Pamięć Światłości
- Автор: Джордан Роберт, Сандерсон Брендон
- Серия: Kolo czasu #14
- Язык: польский
- Переводчик: Jan Karłowski
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Pamięć Światłości». Краткое содержание книги:
A on, Rand, z tym skończy. Jeżeli zdoła.
– Masz – rzekł. – Podarunek, o którym wspomniałem. – Podsunął jej mieszek po blacie.
Spojrzała nań z zaciekawieniem. Rozwiązała rzemyki i wydobyła ze środka niewielką statuetkę przedstawiającą postać kobiety. Miała postawę wyprostowaną i szal na ramionach, choć nie wyglądała jak typowa Aes Sedai. Oraz dojrzałe oblicze, mądre mądrością wieku, takoż mądre spojrzenie i uśmiech na twarzy.
– Angreal? – zapytała Elayne.
– Nie, Ziarno.
– Ziarno…?
– Dysponujesz Talentem tworzenia ter’angreali – tłumaczył Rand. – Angreale tworzy się zupełnie inaczej. Proces wymaga właśnie takiego Ziarna, czyli przedmiotu stworzonego po to, żeby czerpać z ciebie Moc i zaszczepiać ją w innym przedmiocie. Proces wymaga czasu i kosztuje cię mnóstwo sił. Przez kilka miesięcy możesz być słaba, więc raczej odradzałbym rozpoczynanie go w czasie, gdy mamy wojnę. Ale kiedy znalazłem je, zupełnie zapomniane, zaraz pomyślałem o tobie. Od dawna zastanawiałem się, co mógłbym ci podarować.
– Och, Rand, ja też mam coś dla ciebie. – Szybko podeszła do szkatułki z kości morsa, która stała niedaleko na polowym stoliku i wyciągnęła z niej coś. Sztylet, jak się zaraz okazało, z krótkim, tępym ostrzem i rękojeścią z rogu jelenia oplecioną złotą siateczką.
Rand pytająco popatrzył na sztylet.
– Bez urazy, ale nie bardzo przypomina skuteczną broń, Elayne.
– To jest ter’angreal, który może ci się przydać w Shayol Ghul. Dzięki niemu Cień nie będzie w stanie cię zobaczyć.
Wyciągnęła rękę, by dotknąć jego twarzy. Przykrył dłonią jej rękę.
Byli razem długo w noc.
10
Pożytek ze smoków.
Perrin kołysał się w siodle Stayera. Za nim ciągnęła lekka kawaleria wydzielona z armii Elayne: Białe Płaszcze, Mayenianie, Ghealdanie wzmocnieni częścią sił Legionu Czerwonej Ręki. Niewielki fragment sprzymierzonych sił. I o to właśnie chodziło.
Obóz Trolloków pod Caemlyn zaszli z ukosa. Ruiny miasta wciąż dymiły. „Olejowy plan” Elayne wypłoszył stwory poza mury, przynajmniej ich zdecydowaną większość, ale same mury dalej były w ich posiadaniu.
– Łucznicy – zawołał Arganda – salwa! – Jego głos i tak zapewne nie przebił się przez zgiełk szarży, parskanie koni, tętent kopyt. Był jednak wystarczająco donośny, żeby go usłyszeli najbliżsi w szyku. Pozostali zaczną strzelać za ich przykładem.
Perrin pochylił się nad karkiem konia, mając nadzieję, że w takim boju nie będzie musiał sięgać po młot. Przemknęli obok przednich linii Trolloków, zalali je ulewą strzał, a następnie zawrócili, oddalając się od miasta.
Po chwili Perrin obejrzał się przez ramię – nagrodzony został widokiem padającego Trolloka. Śladem jego kawalerii szedł teraz Legion. Akurat zbliżył się do wroga na tyle, żeby przeprowadzić skuteczny ostrzał.
Trolloki odpowiedziały własnym ostrzałem – czarne strzały, grube i długie jak włócznie, wypuszczone z ogromnych łuków. Kilku ludzi Perrina spadło z siodeł, niemniej atak był błyskawiczny, a w związku z tym straty niewielkie.
Trolloki nie miały zamiaru opuszczać swych pozycji pod murami miasta. Jeźdźcy zwolnili więc, do Perrina podjechał Arganda, wciąż oglądając się przez ramię.
– Nie atakują – zauważył.
– Wobec tego my będziemy atakować ich, bez końca – rozkazał Perrin. – Póki ich nie rozbijemy.
– Kontynuujemy atak, Wasza Wysokość – raportował łącznik, jeszcze na dobre nie opuściwszy przestrzeni bramy Podróżowania podtrzymywanej przez dwie Kuzynki w Lesie, gdzie znajdowała się główna kwatera Elayne. – Lord Złotooki donosi, że jeśli zajdzie potrzeba, będzie powtarzał ten sam manewr aż do wieczora.
Skinęła mu głową, a łącznik wrócił, skąd przyjechał. Wokół niej Las Braem wciąż drzemał – gałęzie drzew pozbawione były liści, jakby dalej trwała zima.
– Przekaz informacji w jedną i drugą stronę jest zdecydowanie zbyt skomplikowany – stwierdziła Elayne z niezadowoleniem. – Żałuję, że nie udało się nam zmusić tych ter’angreali do działania. Aviendha twierdzi, że jeden umożliwia obserwacje na wielkie dystanse, a drugi rozmowę. Ale niewczesne żale i próżne ochoty plączą stopy, jak mawia Lini. Tak bym chciała obserwować przebieg bitwy na własne oczy…
Birgitte nie odpowiedziała. Oczy złotowłosego Strażnika wbite były uważnie w pole przed nimi, nic w jej postawie nie zdradzało, że słyszała cokolwiek ze słów wypowiedzianych przez Elayne.
– Tak w ogóle – drążyła dalej – potrafię się przecież obronić, czego dowiodłam już przy niejednej okazji.
Dalej żadnej odpowiedzi. Oba ich wierzchowce szły noga w nogę, kopyta cicho zagłębiały się w miękkiej ziemi. Obóz mieszczący kwaterę główną był tak zbudowany, żeby można go było zwinąć, praktycznie rzecz biorąc z marszu. „Namioty” żołnierzy zbudowane były z wodoodpornego materiału zawieszonego na linkach rozciągniętych między drzewami. Jedyne meble w obozie stanowiły umeblowanie jej – już porządnego – namiotu. Wydzielona grupa Kuzynek trzymała w pogotowiu sploty Podróżowania, gotowa w każdej chwili ewakuować Elayne i jej dowódców w głąb Lasu.
Trzon jej sił czekał w gotowości niczym napięty łuk ze strzałą nasadzoną na cięciwę. Jednak plan nie przewidywał bitwy na warunkach narzuconych przez wroga. A taka, wedle raportów, była sytuacja – tarany Trolloków wciąż trzymały miejskie mury i frontalny atak pod ulewą strzał z pewnością skończyłby się katastrofą.
Trzeba je wyciągnąć w pole. Jeżeli nie da się tego zrobić inaczej, jak tylko cierpliwie ponawiając pierwotną taktykę, to niech tak będzie.
– Podjęłam decyzję – mówiła dalej do konsekwentnie milczącej Birgitte. – Przejadę przez bramę, żeby na własne oczy obejrzeć armię Trolloków. Mogłabym…
Birgitte sięgnęła pod koszulę i wydobyła na wierzch medalion z lisim łbem, jedną z trzech niedoskonałych kopii, jakie Elayne udało się skonstruować. Druga kopia i oryginał były u Mata. Z trzecią uciekł Mellar.
– Spróbuj – powiedziała Birgitte, nie patrząc na nią – a przerzucę cię przez moje cholerne ramię jak barmanka pijaka w burzliwą noc i zaniosę z powrotem do obozu. Niech mi Światłość wybaczy, Elayne, ale zrobię to!
Elayne zmarszczyła brwi.
– Mogłabyś mi przypomnieć, dlaczego właściwie zdecydowałam się dać ci jeden z tych medalionów?
– Nie bardzo pamiętam – odparowała Birgitte. – Niemniej ta decyzja zdradza zdumiewającą zdolność przewidywania i instynkt samozachowawczy, których tobie z pewnością przypisać nie można.
– To nie w porządku, Birgitte.
– Wiem! Nie w porządku jest też to, jak bardzo muszę się z tobą zmagać. Mówię to na wypadek, gdybyś nie zwróciła uwagi. Sama sobie zadaję pytanie, czy wszystkie młode Aes Sedai są tak niesforne, czy tylko mnie trafił się wyjątkowo krnąbrny egzemplarz?
– Przestań jęczeć – mruknęła Elayne, równocześnie uśmiechając się promiennie i kiwając głową salutującym jej żołnierzom. – Bo zacznę żałować, że nie mam Strażnika, który został właściwie wyszkolony w Wieży. On przynajmniej nie zadręczałby mnie ciągłym gderaniem.
Birgitte zaśmiała się.
– Myślę, że nawet w połowie nie rozumiesz Strażników tak dobrze, jak ci się wydaje, Elayne.
Elayne postanowiła zbyć milczeniem całą kwestię, jako że mijały właśnie teren przeznaczony pod Podróżowanie, gdzie Sumeko i pozostałe Kuzynki organizowały ruch łączników miedzy polami bitew. Na razie zawarta z nimi umowa ewidentnie pozostawała w mocy.