Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]
Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]

Электронная книга - «Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]». Краткое содержание книги:

Imperium szykuje się do wojny z Yezd, ale pojawia się nowe zagrożenie — bunt księcia Draxa i jego wojsk. Zdrada najemników doprowadza Videssos na skraj katastrofy i tylko talent dowódczy Marcusa Scaurusa i zręczna dyplomacja jego sprzymierzeńca zamieniają klęskę w zwycięstwo. Jednak Imperium Videssos w dalszym ciągu czeka walka z Yezd, Do odległej krainy potężnych koczowników wyrusza poselstwo, które ma pozyskać ich pomoc. Jego droga najeżona jest niebezpieczeństwami, o sojusz z koczownikami stara się również Yezd…
1 ... 70 71 72 73 74 75 76 77 78 ... 130
Перейти на страницу:

Widząc, że wreszcie dociera do sedna sprawy, słuchacze pochylili się naprzód, nadstawiając uszu.

— Gdyby Imperator nie był zajęty kampanią tak od nas odległą lub gdyby barbarzyńcy, którzy więżą Namdalen zgodzili się na opóźnienie, sam pospieszyłbym do Videssos, by przywieźć potrzebne nam pieniądze. Jak sami widzicie, jest to jednak niemożliwe. Ja także nie posiadam takiej ilości złota. Dlatego koniecznym będzie, by każdy z was przyczynił się do ostatecznego zwycięstwa, w miarę swoich możliwości, by Yezda nie spustoszyli waszych ziem czekając zbyt długo na zapłatę. Tak właśnie przedstawia się obecna sytuacja. Ja, ze swojej strony, gwarantuję wam, iż wszystkie pieniądze, które mi powierzycie, zostaną wam zwrócone przez Imperatora.

Usiadł, czekając na ich reakcję. Tak jak się spodziewał, nie wyglądali na zachwyconych perspektywą rozstania się ze swoim złotem. Gruby handlarz winem przemówił w imieniu ich wszystkich, gdy powiedział:

— Zostaną nam zwrócone? Jasne, bez wątpienia, tak jak postrzygacz oddaje owcom wełnę. Prywatnie, Marek przyznałby mu rację — jak każde państwo, Videssos chętniej zabierało pieniądze niż je wydawało. Głośno powiedział jednak:

— Znam kilku wpływowych ludzi w stolicy, a nigdy nie zapominam o tych, którzy mi pomogli.

Rozumieli to doskonale — relacja protektor-klient była w Videssos mniej oficjalna niż w Rzymie, ale nie mniej realna. Ale tu, w tym punkcie Imperium, to oni byli potężni i wpływowi, i nie przywykli do tego, by zależeć od kogokolwiek, nie mówiąc już o obcym najemniku.

Do głosu doszedł Zonaras:

— Ten facet ma dziwny nawyk; kiedy mówi, że coś zrobi, robi to naprawdę. Opowiedział, jak legioniści nie dopuszczali Namdalajczyków w góry i jak zorganizowali armię partyzantów na nizinach, by tam walczyli dla nich.

— A wszystko to — mówił — wydawało się o wiele trudniejsze, niż wydostanie pieniędzy ze skarbu państwa.

— Nie ma rzeczy trudniejszej od wyciągnięcia pieniędzy ze skarbu — upierał się grubas, wydając z siebie krótki, chrapliwy śmiech. Ale zarówno on jak i jego towarzysze słuchali uważnie; ponieważ Zonaras był Videssańczykiem, skłonni byli uwierzyć raczej jemu niż trybunowi.

Jeden z miejscowych magnatów, szczupły, prawie kompletnie łysy mężczyzna, pochylony już pod ciężarem lat, z trudem podniósł się z ławki, opierając się na lasce. Wystawił swój pokrzywiony paluch w stronę Skaurusa.

— Więc to ty zrobiłeś z naszych chłopów zbójów? — odezwał się skrzekliwym głosem. Że swoim ogromnym, zakrzywionym nosem i siwymi włosami, wyglądał jak stary, rozzłoszczony sęp. — Dwie studnie zatrute, bydło porwane albo zabite, mój rządca zamęczony. Tyś to na mnie sprowadził? — w swojej wściekłości wyprostował się nieco, wymachując laską jakby to była szabla.

Ale jakiś glos z końca sali zawołał:

— Och, zamknij się, Skepides. Gdybyś chociaż raz, przez ostatnie pięćdziesiąt lat, był sprawiedliwy dla swoich chłopów, nie miałbyś teraz nad czym płakać.

— Co? Co to miało być? — Nie zrozumiawszy drwiny, Skepides odwrócił się do Skaurusa. — Powiem ci tylko tyle, drogi panie, że wolałbym się układać z Namdalajczykami niż takim wichrzycielem jak ty. Niech mnie Skotos porwie, jeśli tak nie jest. I nie chcę mieć nic do czynienia z tym twoim planem.

Powoli i z trudem przedostał się do wyjścia i wykuśtykał na zewnątrz. Jeden czy dwu Videssa-ńczyków poszło w jego ślady.

— Spróbujcie ich namówić — nalegał Marek. — Im będzie was więcej, tym mniej przypadnie na każdego.

— A co zrobisz, jeśli żaden z nas się nie zgodzi? — zapytał inny kupiec. — Zabierzesz nam złoto siłą?

Trybun czekał na to pytanie.

— Nie ma o tym mowy — powiedział szybko. — Właściwie, jeżeli zadecydujecie, że nie chcecie mi pomóc, zamierzam nic nie robić, dosłownie nic.

Jego słuchacze, zbici z tropu, zaczęli głośno dyskutować, niemal o nim zapominając.

— Nie zmusi nas? Ha! Co to za sztuczka? Do lodu z nim! Niech sobie kupuje swoich barbarzyńców za własne pieniądze! — Ta ostatnia opinia, w różnych wariantach, miała szerokie poparcie. Tylko gruby sprzedawca wina był na tyle sprytny, by otwarcie zapytać Rzymianina.

— Co masz na myśli, mówiąc że nic nie będziesz robił?

— No cóż, właśnie to — Marek był obrazem niewinności. — Po prostu zabiorę moich żołnierzy z powrotem do stolicy, jako że nie miałbym już tutaj nic do roboty, a przynajmniej tak mi się wydaje.

To wywołało wśród Videssańczyków jeszcze większe poruszenie niż deklaracja sprzed kilku minut.

— A kto będzie nas wtedy bronił przed Yezda? — wrzasnął jakiś głos z końca sali.

— A dlaczego miałoby mnie to obchodzić?

— Na Phosa! — wybuchnął mężczyzna — Zmarnowałeś już sporo czasu wykazując, jaki to z ciebie dobry sługa Imperium. — Za plecami Skaurusa Gajusz Filipus śmiał się w kułak. — Teraz kiedy mowa o ochronie obywateli Imperium, ty chcesz uciekać.

Kupcy i magnaci poparli go okrzykami — wszyscy, oprócz handlarza winem, który patrzył na trybuna z respektem, jakim czasami jeden oszust darzy innego.

— Jeżeli jesteście obywatelami, to zachowujcie się tak jak obywatele — warknął Marek, waląc pięścią w stół. — Wasze cenne Imperium pozwalało wam obrastać tłuszczem i pieniędzmi, zapewniało wam bezpieczeństwo przez więcej lat, niż którykolwiek z was mógłby zliczyć i nie zdaje mi się, żebyście na to narzekali. Ale kiedy pojawiają się kłopoty i to ono potrzebuje waszego wsparcia, co robicie? Wrzeszczycie jak stado baranów bez pasterza. Na waszego Phosa, panowie, jeżeli sami nie chcecie pomóc, dlaczego spodziewacie się, że wam ktoś pomoże? Powiem wam tylko to — jeżeli za dziesięć dni, o tej porze, zabraknie mi jednej sztuki złota, wycofam się, a wtedy możecie się targować z Yavlakiem. Życzę wam wszystkim miłego dnia.

Otoczony przez swoich oficerów, wymaszerował z komnaty, zostawiając za sobą martwą ciszę.

— Ja bym ci dał po gębie za takie gadanie — powiedział Gagik Bagratouni, gdy wyszli na zewnątrz, prosto w popołudniowe słońce. — Ale, jak mówisz, oni obrastają już tak długo. Chyba zapłacą.

— Ciebie nie musiałbym tak straszyć — odparł Marek. — Vaspurakan to burzliwe państwo, a twoi ziomkowie wiedzą, co do nich należy. — Westchnął głośno. — Jeśli podziwiam Imperium za to, że zapewnia swoim ludziom spokojne życie, to chyba nie powinienem też mieć im za złe egoizmu. Nigdy dotąd nie musieli się poświęcać.

Kątem oka dostrzegł jakiś ruch i odwrócił się gwałtownie do Gajusza Filipusa.

— A co ty chcesz zrobić, na bogów?!

Starszy centurion drgnął przestraszony i odsunął ręce od sztyletu. Cienkie ostrze zostało tam, gdzie je wetknął — w szparze pomiędzy blokami, z których ułożona była jedna z kolumn przy wejściu do budynku.

— Chciałem to zrobić już od lat — usprawiedliwiał się. — Ile razy słyszałeś te opowieści o kolumnach tak doskonale zbudowanych, że nie można wsadzić ostrza noża w szpary między blokami? Zawsze uważałem, że to brednie i tutaj mam dowód. — Wyciągnął sztylet.

Marek przewrócił oczami.

— Dobrze, że nie ma tu Viridoviksa, bo jakby to zobaczył, nasłuchałbyś się do końca życia. Masz ci los, kolumny!

Uśmiechał się do siebie przez całą drogę powrotną do obozu legionistów.

Następnego ranka pojawiła się tam pełna szacunku delegacja Garsavran, która oznajmiła mu, iż nie radzi sobie z ustalaniem opłat proporcjonalnych do majątku. Wybieg był tak oczywisty, że Marek omal nie roześmiał się im w twarz.

1 ... 70 71 72 73 74 75 76 77 78 ... 130
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)