Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Pan Lodowego Ogrodu. Tom II
Pan Lodowego Ogrodu. Tom II - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Pan Lodowego Ogrodu. Tom II

Электронная книга - «Pan Lodowego Ogrodu. Tom II». Краткое содержание книги:

Jarosław Grzędowicz — urodzony w 1965 roku, debiutował w 1982 na łamach tygodnika „Odgłosy” opowiadaniem Azyl dla starych pilotów. Klub absolutnej karty kredytowej (publikacja w internecie w 1999 r.) otrzymał nominację do Nagrody Elektrybałta, a po publikacji w Wizjach alternatywnych 2002 także nominację do nagrody Sfinksa. W 1990 roku wraz z Andrzejem Łaskim, Krzysztofem Sokołowskim, Dariuszem Zientalakiem i Rafałem Ziemkiewiczem założył magazyn literacki „Fenix”, w którym prowadził dział prozy polskiej, a od 1993 roku był jego redaktorem naczelnym.
Oprócz tego pracuje jako dziennikarz „wolny strzelec”, prowadzi stałą rubrykę naukowo-cywilizacyjną w Gazecie Polskiej i tłumaczy komiksy, głównie z serii Usagi Yojimbo i Batman.
W Fabryce Słów ukazała się Księga jesiennych demonów, jego pierwszy autorski zbiór opowiadań grozy.
Pan Lodowego Ogrodu to pierwsza powieść Jarosława Grzędowicza, w mistrzowski sposób łącząca elementy science fiction i fantasy.
Ilustracje Jan J. Marek
1 ... 70 71 72 73 74 75 76 77 78 ... 116
Перейти на страницу:

Typowe poczucie humoru najeźdźców.

Natykam się też na osadę, która jest zupełnie pusta, choć bez śladu zniszczeń.

Najpierw siedziałem w krzakach i obserwowałem.

Panowała kompletna cisza. Dymy nie sączyły się spod dachów, nie gdakały kury, nie szczekały psy ani nie ryczało bydło. Nic.

Siedzę tak z pół godziny, porządnie zamaskowany i nieruchomy.

Pośród chałup panuje totalna martwota. Zaczyna padać drobny deszcz, sypią się liście z drzew.

Wślizguję się za niewysoki częstokół, właściwie pochylony na zewnątrz płot z zaostrzonych żerdzi, i sunę ostrożnie wzdłuż ścian.

Nie widać najmniejszego śladu walki. Żadnych trupów, żadnej krwi.

Wszystkich jakby wymiotło. Mężczyzn, kobiety, starców, dzieci, bydło, świnie, kozy i psy.

Nad wioską nie latają nawet ptaki, nie widać muchy czy mrówki.

Odruchowo aktywuję Cyfral.

Pojawia się w rozbłysku tęczowych iskier, motyla nimfetka o złotych włosach. Zaczynam się do niej przyzwyczajać.

* * *

— Zużyłeś prawie wszystko — powiedziała. — W tej jaskini.

Klęczący pod chałupą Drakkainen obrzucił się szybkim spojrzeniem.

— Rzeczywiście nie widzę tej poświaty. Ani nie czuję mrowienia — mruknął półgębkiem. — Trudno. Wchodzimy.

Drzwi najbliższej chaty nie były zamknięte. Pchnął je lekko ostrzem, a potem wśliznął się do środka, wzdłuż ściany, wciąż mając kryte plecy.

Przez dłuższy czas nie było nic słychać. Drakkainen obszedł pokaźną izbę z gotowym do ciosu mieczem, przestawiając nogi w postawie bojowej, niczym w jakimś dziwacznym, posuwistym tańcu. Zajrzał we wszelkie zakamarki i za każde drzwi. A później wyprostował się, mruknął pod nosem „czysto" i skrzesał ogień. Płomyk kaganka podmalował blaskiem belkowane ściany, zasłane starannie drewniane łoża we wnękach, nakryte kawałkami futra, długi stół zastawiony do posiłku.

Obfitego posiłku na kilkanaście osób. Dwie upieczone w całości tusze na drewnianych szaflikach, płaskie, okrągłe bochenki, pęki białoróżowych pędów podobnych do tataraku, jakieś kiszone warzywa w glinianych miskach, pływające w zalewie.

Pieczeń była zimna, w dzbanach opadła piana, chleb lekko podsechł po wierzchu, ale nic nie było zepsute. Pachniało całkiem apetycznie.

Drakkainen przyklęknął przy palenisku i roztarł w palcach szczyptę popiołu.

— Wygląda, jakby to zdarzyło się wczoraj — oznajmił. — Usiedli do kolacji. Wystawna kolacja i zamożna chata. Wszystko wysprzątane, na stole czyste nakrycia i przyzwoite noże, pieczone dziki czy jakie inne tapiry, wokół paleniska futra, istny skansen. Kilkoro zdążyło ukroić sobie płaty z pieczeni, ktoś złamał chleb, ktoś zdążył nalać piwa. I tyle. Nikt nie wypił ani łyka, nikt niczego nie ugryzł. Spokojnie wstali i wyszli, zabierając bydło i trzodę, oraz muchy i pszczoły, ewentualnie bardzo troskliwie i bez gwałtu porwało ich UFO. Co ja gadam, to ja tutaj jestem UFO. Wstał.

— Aż prosi, żeby się poczęstować. Aż prosi, żeby zatrzymać się na nocleg. Na ścianach broń, w studni woda, zapasy opału, czyste łóżka. Ideał. I dlatego wcale mi się to nie podoba. Wychodzimy, Cyfral. Przez łaźnię. Niczego nie dotykamy, nie zabieramy nawet gwoździa.

Na ile poznał rozkład tutejszych chałup, na ogół niemal identycznych, jakby oferowanych przez tę samą firmę developerską, przy łaźni powinno znajdować się drugie, tylne wyjście prowadzące na zamknięty budynkami gospodarczymi podwórzec.

Znalazł je i bezszelestnie wyśliznął się na zewnątrz. Zajrzał jeszcze do obory i stodoły, ale nie spotkał nikogo. Nie zobaczył też wierzchowca, brązowego bawołu z ogromnymi rogami, czy upiornej, podobnej do miniaturowego hipopotama świni. Ani muchy, ani pająka. Nic.

Panowała martwa cisza, jedynie wiatr szumiał w drzewach i nieopodal pluskał strumień. Vuko wykradł się przez drewnianą, solidną furtkę w rogu podwórza i powędrował między chałupami, opustoszałymi i cichymi tak samo jak ta, którą zwiedził. W powietrzu wirowały jaskrawe, jesienne liście, podobne do tropikalnych motyli.

— Każdy by się tu zatrzymał — oznajmił Vuko. — Miejsce jest piękne i opuszczone. Tylko zamieszkać. Nawet widok jest stąd wspaniały. I bronić by się można, aczkolwiek przydałby się lepszy częstokół.

— Widzisz gdzieś tę poświatę? — zapytała Cyfral.

— To magiczne mrowienie? Nie. Ani śladu. Tyle, że to nic nie znaczy. Myślę, że się tu zatrzymują. Każdy, kto wędruje tym szlakiem albo zapędzi się w tę dolinę. Myśliwi, uchodźcy, pasterze.

— Więc dlaczego nikogo tu nie ma?

— Dobre pytanie. Na pewno chcesz się dowiedzieć? Bo ja nie.

Obszedł całą osadę, kryjąc się ostrożnie, jakby spodziewał się snajperów albo min. Nic się nie działo.

A potem zawrócił i nadział się prosto na kraba.

Stał pośrodku uliczki pomiędzy chałupami, zupełnie nieruchomo, niczym paskudna rzeźba. Stał i patrzył prosto na Drakkainena szczelinowatym otworem łba, przypominającym hełm turniejowy typu „żabi pysk". Ramiona były założone obojętnie pod pachy, ostrza schowane, kolczaste jak łuski ryby głębinowej płyty pancerza unosiły się lekko, rytmicznie.

Zwiadowca bardzo powoli odpiął pasy plecaka i postawił go na ziemi.

— Wiem, że w środku jesteś dzieckiem — wyszeptał. — A raczej byłeś, bo teraz jesteś potworem. Dlatego, jeśli będę musiał, to cię zabiję. Chcę tylko przejść.

Wystawił jedną nogę, rozłożył odpowiednio ciężar ciała i położył płasko koniec ostrza na przedramieniu, po czym rozluźnił wszystkie mięśnie i skoncentrował się na oddychaniu.

— Może go obejść? — zasugerowała nerwowo Cyfral.

— Jakoś nie przypuszczam — odparł Vuko. — Chyba nie czeka na autobus. Wyraźnie blokuje drogę do bramy.

Krab zaszeleścił dziwnym głosem, ale nadal się nie poruszał.

— Czy to dlatego tamci zniknęli?

— Nie — odparł Vuko. — Ludzie, którzy się na nie nadzieją, wyglądają jakby wpadli w wentylator, a tu nigdzie nie ma ani kropli krwi. Problem w tym, że już nie jestem taki szybki jak kiedyś. Ile mi tego zostało?

— Czego?

— Tego magicznego mżenia, poświaty, da piczku materi. Jest cokolwiek czy nie? Zaczął się wiercić, czas się kończy. Jesteś systemem operacyjnym, przypominam.

— Resztki, rozproszone. Gdyby to skumulować, mógłbyś upudrować sobie nos.

— Na lewą dłoń.

Trochę to przypominało gorące powietrze nad palnikiem. Załamująca światło chmurka wielkości jajka, w której migotały mikroskopijne iskierki niczym diamentowy pył.

Krab zaklekotał i przestąpił z nogi na nogę. Potrójne szpony zgrzytnęły o kamienie podwórka.

— Cyfral, podleć do niego. Chcę wiedzieć, co widać między tymi płytami, kiedy się stroszą.

— Oszalałeś? Za nic się do niego nie zbliżę.

— Siedzisz w mojej głowie. Zresztą nawet cię nie zobaczy. Nikt cię nie widzi, piczkumaterinu, tylko ja. Spadaj, a potem nie odzywaj się do mnie, jestem skoncentrowany.

— Na czym?

— Zmiataj!

Odęła się i poleciała. Ostrożnie, wielkim łukiem, by zbliżyć się do kraba od tyłu. Drakkainen mamrotał pod nosem, przymrużonymi oczami wpatrując się w mieniącą się nad jego dłonią poświatę.

Rozległ się nagle paskudny zgrzyt żelaza i krab zupełnie niespodziewanie uniósł tułów oraz rozplótł ramiona, ukazując dwa półksiężycowate ostrza.

Vuko, nadal mamrocąc coś uparcie po fińsku, przesunął się drobnymi krokami w bok, pod ścianę, gdzie wznosił się wsparty na grubych słupach podcień.

1 ... 70 71 72 73 74 75 76 77 78 ... 116
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)