Dzieci Boga [Children of God - pl]
- Автор: Расселл Мэри Дория
- Год: 2000
- Язык: польский
- Год: Zysk i S-ka
- ISBN: 83-7150-596-5
- Переводчик: Andrzej Polkowski
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Dzieci Boga [Children of God - pl]». Краткое содержание книги:
Nie zabiorą tyle, by zabić swojego żywiciela, pomyślał Supaari, czując żal, że przeżył tę noc, i wstręt na widok rozbieganych, opitych krwią skorupiaków. Wysysają krew i nie dają nic w zamian. Jak to pasożyty. One…
Usiadł, zamrugali…
Był oszołomiony, bliski śmierci z głodu, ale jego świadomość odnalazła ów moment z przeraźliwą jasnością. Było to poczucie, opowiadał później Sofii, nie tyle jakiegoś pogodnego zadowolenia — choć nawet wtedy wiedział, że będzie ono jego nagrodą, kiedy odegra swoją rolę — ile radości. Wydało mu się, że ze wszystkiego, co go otaczało, przejrzała doskonałość, że on sam, puszcza i khimali stali się jednym, że są jedną cząstką dziwnej przejrzystości. Słońce oświetliło maleńką polankę — i to również wydało mu się objawieniem. Oszołomienie i rozpacz rozwiały się jak chmury, co pozwoliło przeniknąć owej… iluminacji. Widział przed sobą wszystko: kroki, które podejmie, drogę, którą pójdzie, jej koniec. Musiał tylko to zrozumieć.
Wszystko stało się nagle jasne.
Radość trwała bardzo krótko, ale już wiedział, że nigdy nie będzie taki jak przedtem. Kiedy minęła, dźwignął się na nogi, nieświadom własnego oszołomienia. Poczuł silny odór: coś musiało umrzeć tego ranka, gdzieś w pobliżu, w leśnym podszyciu. Nie zastanawiając się, zgiął się w pół i obrócił powoli, zamiatając ogonem rośliny, z rękami rozłożonymi szeroko, by zachować równowagę, węsząc uważnie, póki nie umiejscowił źródła zapachu: sporego leśnego wa ‘ile ‘a, który zdechł ze starości. Pożarł go na surowo, rozrywając mu brzuch zębami i pazurami. Lepszy padlinożerca niż pasożyt, pomyślał.
Wiedział, nawet wtedy, że jeszcze będzie jadł mięso Runów. Różnica polegała na tym, że teraz zamierzał przekształcić ich ofiarę. Zwróci im ją: życie za życie.
— Sipaj, Supaari! — rozległy się krzyki Runów, kiedy zobaczyli go na skraju osady. — Myśleliśmy, że odszedłeś!
— Nie zbliżajcie się… ktoś musi trzymać się z dala — powiedział i rozwarł ramiona, by pokazać wrzody pod pachami i krwawe plamy na futrze.
Sofia podeszła do niego mimo tych ostrzeżeń.
— Ktoś cię oczyści. Ktoś jest tak…
— Nie zbliżaj się.
Jej troskliwa gotowość bardzo go wzruszyła, ale nie mógł na to pozwolić, jeszcze nie teraz. Patrząc ponad nią na Runów, przyglądał się wiosce, schludnej i zadbanej, przyglądał się samym Runom, którzy żyli całe lata w Trucha Sai bez wtrącania się Jana’atów w ich życie.
— Co powoduje te wrzody? — zapytał ich głośno. Rozległ się pomruk odpowiedzi i dotarł do niego zapach ich lęku. Zaniepokoił ich i zrobiło mu się przykro. Ale to było konieczne — ten lęk, to oszołomienie, zanim nadejdzie jasność.
— Co je powoduje? — zapytał ponownie.
— Khimali — odpowiedziała krótko Djalao, stając obok Sofii. Zrozumiał, że chciała przerwać tę dziwną scenę. Chciała go odciągnąć gdzieś na bok, by przeszukać mu futro, miażdżyć palcami te ruchliwe stworzenia, skończyć z tym raz na zawsze.
— Są niebezpieczne — dodała sucho. — Sprawiają, że jesteś słaby. Proszę, pozwól tej jednej…
Lecz Supaari zawołał:
— A czym są khimalP.
— Pasożytami! — odpowiedziała Djalao, patrząc na niego ze zdumieniem. — Sipaj, Supaari, dlaczego…
— A czym są pasożyty — zapytał, wciąż patrząc na innych Runów. — To stworzenia, które żywią się krwią gospodarza, nie dając mu w zamian nic, które czerpią życie z życia innych.
Większość Runów rozglądała się niepewnie, przestępując z nogi na nogę. Ale Djalao wyprostowała się i spojrzała mu prosto w oczy. Ona już wie, pomyślał. Ona zrozumiała.
— A co trzeba zrobić — zapytał ją cicho — żeby pozbyć się pasożytów?
— Trzeba je pozabijać — odpowiedziała równie cicho i z równą pewnością. — Pozabijać je… wszystkie po kolei… aż przestaną nas nękać.
23. „GIORDANO BRUNO”: 2064 czasu ziemskiego
Przykro mi, John, ale jakoś nie widzę wielu możliwości — powiedział łagodnie Emilio Sandoz. — Co proponujesz? Bunt na „Giordanie Bninie”?
— Nie traktuj mnie protekcjonalnie, Emilio! Mówię poważnie…
— Wcale mi się nie wydaje, że mówisz poważnie — powiedział Emilio, wlewając rozbeltanejajka na patelnię. Quell zdawał się wzmagać w nim apetyt; obudził się o piątej rano czasu lokalnego, czując straszliwy głód. Kiedy poszedł do kuchni, żeby zrobić sobie coś do zjedzenia, zastał już tam Johna Candottiego, snującego plany, jak opanować statek i wrócić na Ziemię.
— Chcesz trochę? Mogę zrobić więcej jajecznicy.
— Nie. Posłuchaj! Im dłużej zwlekamy, tym dalej jesteśmy od Ziemi i…
— Więc co chcesz zrobić? Poderżnąć Carlowi gardło podczas snu?
— Nie! — wyszeptał John. — Ale możemy go zamknąć w kabinie…
— Och, przestań! — jęknął Emilio, przewracając oczami i mieszając jajecznicę. — Daj mi trochę soku, dobrze?
— Emilio, on jest jeden! Nas jest siedmiu…
— A rozmawiałeś już z innymi na ten temat, panie chrześcijaninie? — zapytał Emilio, naśladując Charlesa Laughtona.
John zarumienił się. Otworzył kredens i wyjął karton z sokiem.
— Rozmawiam najpierw z tobą, ale jestem pewny, że…
— Więc nie bądź taki pewny — powiedział sucho Emilio. Pozbawiony emocji, dostrzegał realia z porażającą jasnością; rozumiał teraz, dlaczego zbuntowani więźniowie poddają się natychmiast, gdy im przez dziurki od klucza wpuszczą gaz nasycony ąuellem. — Siedmiu na jednego, ale tym jednym jesteś ty sam, John.
Przełożył jajecznicę na talerz, podszedł z nim do stołu i usiadł plecami do kuchni. John poszedł w jego ślady, stawiając na stole pojemnik z sokiem i siadając naprzeciw niego. Emilio jadł w milczeniu, czując na sobie jadowite spojrzenie przyjaciela, lecz po chwili odsunął talerz i podniósł głowę.
— Zrozum, John. Przeanalizuj fakty. Bez względu na to, co myślisz o nim samym czy o jego motywach, Danny Żelazny Koń już zaryzykowałswą duszę, prawda? — Wpatrywał się w Johna spokojnie, póki ten nie kiwnął niechętnie głową. — Joseba ma swoje własne powody, by lecieć na Rakhat, niezależne od innych. Sean… jego nie rozumiem, ale on chyba uważa, że cyniczny stosunek do ludzkiej natury jest najlepszą odpowiedzią na grzech. Nie stanie po żadnej stronie.
John nie spuszczał z niego oczu, ale zaczynał się poddawać.
— Jeśli chodzi o Nica — mówił Emilio — to nie radziłbym ci go nie doceniać. Nie jest taki głupi, na jakiego wygląda, a zaszczepiono mu głęboką lojalność wobec padrone. Zaatakuj Carla, będziesz miał do czynienia z Nikiem, a ostrzegam cię: jest naprawdę dobry w swoim fachu. — Wzruszył ramionami. — Załóżmy jednak, że Sean zachowa neutralność, że zdołasz nakłonić do współpracy Danny’ego i Josebę i że w jakiś sposób spacyfikujemy Carla i Nica. Nadal będziemy potrzebować kogoś, kto sprowadzi statek z powrotem na Ziemię, a tym kimś jest Gruby Frans…
— Zgoda, ale Frans to typowy najemnik! Można go kupić!
— Wiadomo, że uważa Carla za świra…
— Frans ma prawdziwy talent do koloryzowania wszystkiego. — Emilio oparł łokcie na stole. — John, Carlo to zimny, pozbawiony skrupułów egoista, ale na pewno nie jest świrem. A nawet gdyby był, nie liczyłbym na współpracę Fransa. — John najeżył się, ale Emilio nie zwracał na to uwagi. — Kamorra ma długie ręce i dobrą pamięć. Sprzeciwienie się Carlowi to dla Fransa zbyt duże ryzyko.