Dzieci Boga [Children of God - pl]
- Автор: Расселл Мэри Дория
- Год: 2000
- Язык: польский
- Год: Zysk i S-ka
- ISBN: 83-7150-596-5
- Переводчик: Andrzej Polkowski
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Dzieci Boga [Children of God - pl]». Краткое содержание книги:
Sofia zmarszczyła czoło.
— Wygląda… jakoś dziwnie. Słońca wzeszły, ale jest jakby trochę ciemno. — Pięć lat w puszczy, pomyślała, przypominając sobie światło słoneczne sączące się przez baldachim liści. — Chyba już nie pamiętam, jak powinno wyglądać normalne niebo!
— Sipąj, Djalao! — zawołał cicho Supaari. Wyprostowała się znad krzaku melfruita, który objadała. — Niebo jest dziwne.
Sofia parsknęła.
— Mówisz jak Izaak — powiedziała, ale spoważniała na widok jego twarzy.
— Barwa jest dziwna — zgodziła się Djalao.
Supaari podniósł się i stanął twarzą do wiatru. Oczyścił płuca przez usta, a potem wciągnął powietrze nozdrzami; wiatr był zbyt słaby, by nieść jakąś określoną woń, ale miał nadzieję wyczuć choćby strzęp zapachu. Djalao wpatrywała się w niego uważnie.
— Nie ma siarki — powiedział jej. — To nie wulkan.
— To niedobrze — szepnęła, nie chcąc niepokoić Kanchaya, który chodził w pobliżu z naręczem liści trijatu.
— Co się stało? — zapytała Sofia.
— Nic — odrzekła Djalao, wskazując jej spojrzeniem Kanchaya, który i tak ledwo radził sobie z przeżyciami ostatnich kilku dni.
Lecz Supaari powiedział Sofii spokojnie:
— Dowiemy się rano.
We wciąż nieruchomym powietrzu, nasączającym się bladym światłem pierwszego świtu, ujrzeli całun dymu wznoszący się słupami ku niebu i łączący się tam, jak łodygi hampiy w koronie drzewa. Tego dnia, kiedy ruszyli w drogę, nawet Sofia wyczuwała woń spalenizny przenikającej poprzez odór maści z benhunjaranu wtartej w jej włosy.
— W Kashanie nic się nie stało — powtarzał wciąż Kanchay. — Djanada już dawno spalili nasz ogród. — A od tego czasu VaKashani skwapliwie trzymali się przepisów ustanowionych przez Jana’atów.
Był jednak osamotniony w swej nadziei, a kiedy zbliżyli się do promu „Magellana”, już z daleka zobaczyli ciała: niektóre poćwiartowane, inne poszarpane przez drapieżniki, większość poskręcana i poczerniała od ognia.
Sofia pozostawiła ich, wpatrujących się z daleka w trupy, a sama wspięła się do wraku promu spustoszonego przez wandali. Ktoś płacze, pomyślała i zastanawiała się kto, kiedy odgłosy szlochu odbijały się głucho od kadłuba. Nie przejmowała się nimi, prawie ich nie słyszała, naprawdę. Mogło być gorzej, myślała, ocierając twarz i myszkując po wraku. Znalazła resztki różnych urządzeń; najcenniejszym znaleziskiem okazał się zapasowy komputer przenośny w nie zauważonej przez nikogo skrzyni. Uważając, by się nie skaleczyć o rozprute drzwi luku towarowego, wyszła z wraku w mglisty blask poranku i wróciła do innych. Usiadłszy po turecku na ziemi, otworzyła laptop i połączyła się z systemem „Magellana”, przede wszystkim poszukując zapisów sytuacji meteorologicznej z ostatniego tygodnia.
— Musieli zniszczyć każdą wioskę, w której kiedykolwiek był ogród — powiedziała Supaariemu bez emocji, rozpoznając dyfuzyjne ścieżki, które Annę Edwards zidentyfikowała wiele lat temu.
— Przecież nie ma już ogrodów — powiedział płaczliwym tonem Kanchay, spoglądając na zniszczoną wioskę. — Później nie hodowaliśmy już jedzenia.
— Każde miejsce, w którym kiedykolwiek stanęła nasza stopa — mówiła Sofia, nie zwracaj ąc na niego uwagi. — Nie ma nic.
— Wszystkie moje wioski — wyszeptał Supaari. — Kashan, Lanjeri, Railner. I wszyscy mieszkańcy…
— Kto może nosić tyle wstążek? — zapytał Kanchay, oszołomiony. — Dlaczego to zrobili? Kto im dał prawo?
— Legalność władzy nowego Najdonioślejszego jest podawana w wątpliwość — wyjaśniła Djalao pustym głosem. — Wielcy panowie mówią, że nie nadaje się na ten urząd. Dlatego chciał się pokazać jako ten, który przywraca równowagę, oczyszcza swoje terytorium z cudzoziemców i przestępców.
— Ale sam powiedział, że na południu przywrócono już ład!
— krzyknął Kanchay. — Wszystkie doniesienia radiowe mówiły… — Odwrócił się i spojrzał na Sofię i Djalao. — Kto im dał prawo? — zapytał, a kiedy nie usłyszał odpowiedzi, zrobił trzy długie kroki w stronę Supaariego i popchnął go z całej siły. — Kto ci dał prawo?
— Kanchay! — zawołała Sofia, odzyskując mowę.
— Kto ci dał prawo? — powtórzył Kanchay, ale zanim Jana’ ata zdołał wybełkotać odpowiedź, gniew Runao eksplodował jak lawa. — Kto ci dał prawo? — ryczał wciąż i wciąż, za każdym razem uderzając Supaariego w twarz, aż tryskała krew.
Supaari chwiał się pod ciosami, ale nie próbował się bronić. Sofia, pobladła z przerażenia, zerwała się na nogi i objęła Kanchaya ramionami. Odrzucił ją jak szmacianą lalkę, nie zaprzestając ataku.
— Kanchay! — krzyknęła Sofia i próbowała wcisnąć się między nich, ale Runao znowu odepchnął ją brutalnie. — Djalao! — zawołała z ziemi, z twarzą umazaną krwią. — Zrób coś! On go zabije!
Djalao zamarła, zbyt oszołomiona, by się poruszyć. Dopiero po chwili odciągnęła Kanchay a od krwawiącego Jana’aty.
Wstrząs wprawił wszystkich w otępienie; stali, klęczeli lub leżeli bez ruchu, póki z gardła Kanchaya dobywał się ryk rozpaczy. Dopiero kiedy ucichł, Supaari wstał, splunął krwią i otarł usta spodem dłoni. Obrócił się powoli, rozglądając się uważnie, jakby szukał czegoś, czego już nigdy nie znajdzie, i opadł ciężko na zwiotczały ogon.
A potem, bez słowa, odszedł z ruin Kashanu, z pustką w głowie i pustką w sercu.
Powlekli się za nim. Nie zwracał na nich uwagi. Nie jadł nic, nie był w stanie. Żal przywarł do niego jak woń spalonego mięsa, której nie mógł się pozbyć mimo dwóch ulewnych deszczów w drodze do puszczy. Nawet zapach jego córki nie mógł stłumić odoru śmierci; kiedy spotkali się z resztą na skraju puszczy, nie chciał wziąć Ha’anali w ramiona. Nie chciał splugawić swego dziecka tym, co jej lud… co jego lud…
Tym, co on zrobił.
Kiedy w końcu przybyli do Trucha Sai, był zbyt pogrążony w poczuciu winy, by kogokolwiek wysłuchać. Siedział na skraju polany, nie pozwalając nikomu się dotknąć, nie dając sobie nawet oczyścić futra, choć czuć go było z daleka spalonym mięsem. Kto dał nam prawo?, zadał sobie pytanie, kiedy ciemność nieba zrównała się z mrokiem, jaki ogarnął jego duszę. Kto dał nam prawo?
Nie zasnął tej pierwszej nocy po powrocie do wioski, a kiedy świt rozjaśnił niebo na tyle, by odzyskał wzrok, odszedł, zanim wszyscy się przebudzili. Wierzył, że nikt go nie wytropi, a w puszczy łatwo znajdzie śmierć, jeśli tylko poczeka na nią dostatecznie długo. Przez wiele dni błąkał się bez celu, kiedy było jasno, lub leżał, kiedy powaliło go zmęczenie i głód. Ostatniej nocy, czując nieznośne skurcze w pustym żołądku, usiadł obok niedawno opuszczonego gniazda tinpera. Roiło się w nim od maleńkich khimali, a kiedy zasnął, dobrały się przez futro do jego skóry, by nasycić się krwią. Obudził się pośrodku nocy, czując piekący ból i krwawiąc z tysiąca maleńkich ran, ale nawet się nie poruszył ani nie próbował uwolnić od pasożytów.
Już blisko, pomyślał z pewną ulgą. Nie zasnął ponownie, po prostu stracił świadomość. Tej nocy padało. Nie słyszał grzmotów.
Był już dzień, kiedy jaskrawozłoty promień środkowego słońca odnalazł jego twarz, wślizgując się do puszczy poprzez szczelinę w baldachimie liści. Obsypany darnią, zwinięty w kłębek na dnie lasu, otworzył oczy, nie podnosząc głowy, i przypatrywał się tępo małym khimali, buszującym w części futra, które pokrywało jego nadgarstek.