Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #2
- Год: 2010
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788361187165
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód». Краткое содержание книги:
Kilka osób pokiwało głowami, takie historie nie były niczym niezwykłym. Ludzie w kilka chwil tracili rodzinne majątki, jedna zła decyzja mogła odebrać dorobek życia. Wypasałeś stado w złym miejscu, wybrałeś nieodpowiedniego wspólnika, pożyczyłeś pieniądze od niewłaściwych, a co ważniejsze, wpływowych ludzi – możesz się skarżyć, ale na parszywy los i własną głupotę.
– Gdy się o wszystkim dowiedziałem, zrobiłem to, co trzeba. Zebrałem kilku kamratów i pojechałem w ślad za najemnikami, ścigającymi mojego brata. Dopadliśmy ich niemal w ostatniej chwili. Potem najechaliśmy Anduren, gdzie siedział mój drugi brat, ten ranny. Ktoś o tym słyszał?
Rozległy się pomruki i co dziwne, w większości z nich słychać było coś w rodzaju uznania.
– W osiem koni podjechaliśmy pod więzienie i zanim ktokolwiek się zorientował, już śmigaliśmy przez Stepy. I tak, ni z tego, ni z owego, zostałem przywódcą dzikiej bandy. Gdybyśmy się wtedy spotkali, czaardan rozniósłby nas na kopytach. Ale nie było już odwrotu, tak w każdym razie myślałem, i zaczęło się życie banity. Z początku... z początku próbowałem sam przed sobą udawać, że tylko się mszczę za krzywdę rodziny. Napadaliśmy karawany tej gildii, która zajęła naszą ziemię, niszczyliśmy wszystko, co nosiło jej znaki, zagarnialiśmy ich stada i tabuny. Ale potem ich wozy zaczęły jeździć w grupach po dwadzieścia i trzydzieści, do tego otaczało je pół setki konnych, więc nie mieliśmy szans, by się na nie porwać. No to nająłem nowych ludzi, ale ci nie chcieli walczyć w imię naszej zemsty. Chcieli łupów, koni, wina i kobiet. Więc żeby ich przy sobie zatrzymać, to zagarnęło się jakiś tabun, należący już sam nie wiem do kogo, to napadło na samotny wóz, poswawoliło w położonej na uboczu wioseczce. Tak, krok po kroku, zmieniałem się w konnego herszta, dzikiego watażkę. Trzymałem ludzi krótko, po wojskowemu, żadnych gwałtów, żadnego mordowania dla przyjemności, dyscyplina i posłuszeństwo. W zamian wyprowadzałem ich z opresji, które zmiotłyby z powierzchni ziemi inną bandę. Przypominały mi się dawne czasy, gdy zajeżdżałem Se-kohlandczyków, tylko że teraz zajeżdżałem swoich. Przez trzy lata wymykaliśmy się obławom, uderzaliśmy, gdzie nas się nie spodziewano, graliśmy na nosie wojsku, gildiom kupieckim, prawu. Zemsta poszła w zapomnienie, liczyła się tylko sława, duma i zabawa. To było jak gra, odnalazłem się, a może raczej zagubiłem w niej, i to tak bardzo, że nawet śmierć braci, zabitych w jakiejś potyczce, niewiele mnie obeszła. – Kocimiętka spojrzał w płomyk trzymanego w ręku kaganka. – Nazywałem się wtedy Aerus Blankowyk.
Narastający od kilku chwil szmer wybuchł gwarem. Blankowyk? Ten Blankowyk? Czarny Blankowyk?
– W końcu trafiłem na lepszego od siebie. Na najlepszego ze wszystkich. – Były bandyta spojrzał na dowódcę czaardanu. – Gdybym wcześniej usłyszał, że Genno Laskolnyk wrócił na Wschód, rozpuściłbym bandę i próbował ukryć się gdzieś indziej, choćby po drugiej stronie Imperium. Ale nie usłyszałem... i wpadliśmy w obławę, którą wspomagał kha-dar. Każdy mój podstęp zawodził, każda sztuczka okazywała się gówno warta. Uciekaliśmy trzy dni i noce, a pogoń nie dawała się zgubić. Cała chorągiew półpancerna. Odcięli nas od rzeki, więc nie mogliśmy nawet uciec na drugą stronę granicy, choć pewnie to też by nic nie dało. Wreszcie, czwartego dnia rano, dopadli nas, w chwilę po tym, jak wydałem rozkaz, żeby każdy próbował ratować się na własną rękę. To była krótka walka, z trzydziestu moich ludzi przeżyło ośmiu. Niektórzy służą ze mną nadal.
Gwar i spojrzenia rzucane na boki. Kailean uśmiechnęła się nieznacznie.
– Byłem już gotów przywołać lwa i stanąć do ostatniej walki, gdy pojawił się on – Kocimiętka skinął głową na Laskolnyka – i od razu wiedziałem, dlaczego nam się nie udało. I z miejsca wróciły dawne wspomnienia. Prawie zacząłem salutować. Rozpoznał mnie, nawet się nie zdziwił, a potem zadał pytanie, ja zadałem mu swoje, odpowiedź mi się spodobała i nadal jeżdżę po Stepach.
Uśmiechnął się i czekał. Ale zgodnie ze zwyczajem, nikt nie mógł się odezwać, dopóki nie padła odpowiednia formuła.
– Chcecie wiedzieć jakie? Laskolnyk zapytał, czy będę dla niego jeździł. Ja zapytałem, co z moimi ludźmi. Jak powiedział mi później, to była odpowiedź, którą chciał usłyszeć. Gdybym nie zainteresował się wtedy losem moich kamratów, kazałby mnie zabić na miejscu jak wściekłego psa. I może nawet by mu się to udało.
Rozejrzał się, a oczy pociemniały mu nagle jak wieczorne niebo.
– Jestem Dwukształtnym, taki się urodziłem i nic nikomu do tego. Kha-dar o tym wie, wiedział o tym już w czasie wojny. Imperium nie toleruje takich umiejętności. Nigdy nie tolerowało, ale nie wiem dlaczego, bo dwukształtność nie jest groźniejsza niż przywoływanie duchów czy demonów, których Kodeks też zabrania, ale nie ściga z taką zaciekłością. Moja matka opowiedziała mi kiedyś, że gdy się rodziłem, miała wizję wielkiego lwa, lwicy, która weszła do pokoju i urodziła jedno młode. W tej samej chwili, w której i ja przyszedłem na świat. I odkąd skończyłem dwanaście lat, czuję tego lwa, potężnego wyn-nero, jak porusza się tuż obok mnie. Czasem śnię, miewam sny o świecie, gdzie nie ma ludzi, są tylko lwy, sarny, jelenie i bawoły. I wiem, że czasem on śni o mnie, o jeździe na koniu i robieniu szablą. Ja... nie zmieniam tak naprawdę kształtu, tylko zamieniam się z nim miejscami. On przechodzi do naszego świata, a ja do jego. Wtedy... wtedy jestem człowiekiem w ciele lwa albo lwem z ludzką duszą, a gdzieś tam, po drugiej stronie Wszechrzeczy, jest lew w ciele człowieka albo człowiek z duszą lwa. To niebezpieczne, tu i tam. Zwłaszcza tam. Lew w ciele człowieka pośród innych lwów. Śniłem kiedyś o tym, o ucieczce, szukaniu schronienia przed pobratymcami, obłędnym strachu. To nieuczciwa zamiana, więc rzadko z niej korzystam. Ale czasem trzeba.