Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód

Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód». Краткое содержание книги:

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
1 ... 70 71 72 73 74 75 76 77 78 ... 173
Перейти на страницу:

Kil­ka osób po­ki­wa­ło gło­wa­mi, ta­kie hi­sto­rie nie były ni­czym nie­zwy­kłym. Lu­dzie w kil­ka chwil tra­ci­li ro­dzin­ne ma­jąt­ki, jed­na zła de­cy­zja mo­gła ode­brać do­ro­bek ży­cia. Wy­pa­sa­łeś sta­do w złym miej­scu, wy­bra­łeś nie­od­po­wied­nie­go wspól­ni­ka, po­ży­czy­łeś pie­nią­dze od nie­wła­ści­wych, a co waż­niej­sze, wpły­wo­wych lu­dzi – mo­żesz się skar­żyć, ale na par­szy­wy los i wła­sną głu­po­tę.

– Gdy się o wszyst­kim do­wie­dzia­łem, zro­bi­łem to, co trze­ba. Ze­bra­łem kil­ku kam­ra­tów i po­je­cha­łem w ślad za na­jem­ni­ka­mi, ści­ga­ją­cy­mi mo­je­go bra­ta. Do­pa­dli­śmy ich nie­mal w ostat­niej chwi­li. Po­tem na­je­cha­li­śmy An­du­ren, gdzie sie­dział mój dru­gi brat, ten ran­ny. Ktoś o tym sły­szał?

Roz­le­gły się po­mru­ki i co dziw­ne, w więk­szo­ści z nich sły­chać było coś w ro­dza­ju uzna­nia.

– W osiem koni pod­je­cha­li­śmy pod wię­zie­nie i za­nim kto­kol­wiek się zo­rien­to­wał, już śmi­ga­li­śmy przez Ste­py. I tak, ni z tego, ni z owe­go, zo­sta­łem przy­wód­cą dzi­kiej ban­dy. Gdy­by­śmy się wte­dy spo­tka­li, cza­ar­dan roz­niósł­by nas na ko­py­tach. Ale nie było już od­wro­tu, tak w każ­dym ra­zie my­śla­łem, i za­czę­ło się ży­cie ba­ni­ty. Z po­cząt­ku... z po­cząt­ku pró­bo­wa­łem sam przed sobą uda­wać, że tyl­ko się msz­czę za krzyw­dę ro­dzi­ny. Na­pa­da­li­śmy ka­ra­wa­ny tej gil­dii, któ­ra za­ję­ła na­szą zie­mię, nisz­czy­li­śmy wszyst­ko, co no­si­ło jej zna­ki, za­gar­nia­li­śmy ich sta­da i ta­bu­ny. Ale po­tem ich wozy za­czę­ły jeź­dzić w gru­pach po dwa­dzie­ścia i trzy­dzie­ści, do tego ota­cza­ło je pół set­ki kon­nych, więc nie mie­li­śmy szans, by się na nie po­rwać. No to na­ją­łem no­wych lu­dzi, ale ci nie chcie­li wal­czyć w imię na­szej ze­msty. Chcie­li łu­pów, koni, wina i ko­biet. Więc żeby ich przy so­bie za­trzy­mać, to za­gar­nę­ło się ja­kiś ta­bun, na­le­żą­cy już sam nie wiem do kogo, to na­pa­dło na sa­mot­ny wóz, po­swa­wo­li­ło w po­ło­żo­nej na ubo­czu wio­secz­ce. Tak, krok po kro­ku, zmie­nia­łem się w kon­ne­go hersz­ta, dzi­kie­go wa­taż­kę. Trzy­ma­łem lu­dzi krót­ko, po woj­sko­we­mu, żad­nych gwał­tów, żad­ne­go mor­do­wa­nia dla przy­jem­no­ści, dys­cy­pli­na i po­słu­szeń­stwo. W za­mian wy­pro­wa­dza­łem ich z opre­sji, któ­re zmio­tły­by z po­wierzch­ni zie­mi inną ban­dę. Przy­po­mi­na­ły mi się daw­ne cza­sy, gdy za­jeż­dża­łem Se-koh­land­czy­ków, tyl­ko że te­raz za­jeż­dża­łem swo­ich. Przez trzy lata wy­my­ka­li­śmy się ob­ła­wom, ude­rza­li­śmy, gdzie nas się nie spo­dzie­wa­no, gra­li­śmy na no­sie woj­sku, gil­diom ku­piec­kim, pra­wu. Ze­msta po­szła w za­po­mnie­nie, li­czy­ła się tyl­ko sła­wa, duma i za­ba­wa. To było jak gra, od­na­la­złem się, a może ra­czej za­gu­bi­łem w niej, i to tak bar­dzo, że na­wet śmierć bra­ci, za­bi­tych w ja­kiejś po­tycz­ce, nie­wie­le mnie obe­szła. – Ko­ci­mięt­ka spoj­rzał w pło­myk trzy­ma­ne­go w ręku ka­gan­ka. – Na­zy­wa­łem się wte­dy Aerus Blan­ko­wyk.

Na­ra­sta­ją­cy od kil­ku chwil szmer wy­buchł gwa­rem. Blan­ko­wyk? Ten Blan­ko­wyk? Czar­ny Blan­ko­wyk?

– W koń­cu tra­fi­łem na lep­sze­go od sie­bie. Na naj­lep­sze­go ze wszyst­kich. – Były ban­dy­ta spoj­rzał na do­wód­cę cza­ar­da­nu. – Gdy­bym wcze­śniej usły­szał, że Gen­no La­skol­nyk wró­cił na Wschód, roz­pu­ścił­bym ban­dę i pró­bo­wał ukryć się gdzieś in­dziej, choć­by po dru­giej stro­nie Im­pe­rium. Ale nie usły­sza­łem... i wpa­dli­śmy w ob­ła­wę, któ­rą wspo­ma­gał kha-dar. Każ­dy mój pod­stęp za­wo­dził, każ­da sztucz­ka oka­zy­wa­ła się gów­no war­ta. Ucie­ka­li­śmy trzy dni i noce, a po­goń nie da­wa­ła się zgu­bić. Cała cho­rą­giew pół­pan­cer­na. Od­cię­li nas od rze­ki, więc nie mo­gli­śmy na­wet uciec na dru­gą stro­nę gra­ni­cy, choć pew­nie to też by nic nie dało. Wresz­cie, czwar­te­go dnia rano, do­pa­dli nas, w chwi­lę po tym, jak wy­da­łem roz­kaz, żeby każ­dy pró­bo­wał ra­to­wać się na wła­sną rękę. To była krót­ka wal­ka, z trzy­dzie­stu mo­ich lu­dzi prze­ży­ło ośmiu. Nie­któ­rzy słu­żą ze mną na­dal.

Gwar i spoj­rze­nia rzu­ca­ne na boki. Ka­ile­an uśmiech­nę­ła się nie­znacz­nie.

– By­łem już go­tów przy­wo­łać lwa i sta­nąć do ostat­niej wal­ki, gdy po­ja­wił się on – Ko­ci­mięt­ka ski­nął gło­wą na La­skol­ny­ka – i od razu wie­dzia­łem, dla­cze­go nam się nie uda­ło. I z miej­sca wró­ci­ły daw­ne wspo­mnie­nia. Pra­wie za­czą­łem sa­lu­to­wać. Roz­po­znał mnie, na­wet się nie zdzi­wił, a po­tem za­dał py­ta­nie, ja za­da­łem mu swo­je, od­po­wiedź mi się spodo­ba­ła i na­dal jeż­dżę po Ste­pach.

Uśmiech­nął się i cze­kał. Ale zgod­nie ze zwy­cza­jem, nikt nie mógł się ode­zwać, do­pó­ki nie pa­dła od­po­wied­nia for­mu­ła.

– Chce­cie wie­dzieć ja­kie? La­skol­nyk za­py­tał, czy będę dla nie­go jeź­dził. Ja za­py­ta­łem, co z mo­imi ludź­mi. Jak po­wie­dział mi póź­niej, to była od­po­wiedź, któ­rą chciał usły­szeć. Gdy­bym nie za­in­te­re­so­wał się wte­dy lo­sem mo­ich kam­ra­tów, ka­zał­by mnie za­bić na miej­scu jak wście­kłe­go psa. I może na­wet by mu się to uda­ło.

Ro­zej­rzał się, a oczy po­ciem­nia­ły mu na­gle jak wie­czor­ne nie­bo.

– Je­stem Dwu­kształt­nym, taki się uro­dzi­łem i nic ni­ko­mu do tego. Kha-dar o tym wie, wie­dział o tym już w cza­sie woj­ny. Im­pe­rium nie to­le­ru­je ta­kich umie­jęt­no­ści. Ni­g­dy nie to­le­ro­wa­ło, ale nie wiem dla­cze­go, bo dwu­kształt­ność nie jest groź­niej­sza niż przy­wo­ły­wa­nie du­chów czy de­mo­nów, któ­rych Ko­deks też za­bra­nia, ale nie ści­ga z taką za­cie­kło­ścią. Moja mat­ka opo­wie­dzia­ła mi kie­dyś, że gdy się ro­dzi­łem, mia­ła wi­zję wiel­kie­go lwa, lwi­cy, któ­ra we­szła do po­ko­ju i uro­dzi­ła jed­no mło­de. W tej sa­mej chwi­li, w któ­rej i ja przy­sze­dłem na świat. I od­kąd skoń­czy­łem dwa­na­ście lat, czu­ję tego lwa, po­tęż­ne­go wyn-nero, jak po­ru­sza się tuż obok mnie. Cza­sem śnię, mie­wam sny o świe­cie, gdzie nie ma lu­dzi, są tyl­ko lwy, sar­ny, je­le­nie i ba­wo­ły. I wiem, że cza­sem on śni o mnie, o jeź­dzie na ko­niu i ro­bie­niu sza­blą. Ja... nie zmie­niam tak na­praw­dę kształ­tu, tyl­ko za­mie­niam się z nim miej­sca­mi. On prze­cho­dzi do na­sze­go świa­ta, a ja do jego. Wte­dy... wte­dy je­stem czło­wie­kiem w cie­le lwa albo lwem z ludz­ką du­szą, a gdzieś tam, po dru­giej stro­nie Wszech­rze­czy, jest lew w cie­le czło­wie­ka albo czło­wiek z du­szą lwa. To nie­bez­piecz­ne, tu i tam. Zwłasz­cza tam. Lew w cie­le czło­wie­ka po­śród in­nych lwów. Śni­łem kie­dyś o tym, o uciecz­ce, szu­ka­niu schro­nie­nia przed po­bra­tym­ca­mi, obłęd­nym stra­chu. To nie­uczci­wa za­mia­na, więc rzad­ko z niej ko­rzy­stam. Ale cza­sem trze­ba.

1 ... 70 71 72 73 74 75 76 77 78 ... 173
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)