Każde martwe marzenie
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #5
- Год: 2018
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788364384868
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:
Interludium
Altsin kucnął, nabrał w dłonie śniegu i wtarł sobie w twarz.
Co mam zrobić? Co mogę teraz zrobić, o Pani?
Ta ostatnia myśl lekko go rozbawiła. No tak, chłopie, nosisz kawał duszy Pana Bitew, boga wojowników, ale gdy spotykasz coś, co cię przerasta, odruchowo wzywasz Baelta’Mathran.
Matriarchista z ciebie pełną gębą.
I to nawet gdy wiesz, że te słowa nie mają znaczenia. Wielkiej Matki nie ma. Nie istnieje w tej chwili. Może zaistnieje kiedyś, w przyszłości, może nawet ta przyszłość właśnie się rodzi, tkana rękoma bogów i śmiertelników, ale na razie każde wezwanie Pramatki Bogów, każda modlitwa do niej, trafiają w pustkę.
Już kilka razy próbował zmierzyć się z tą prawdą, ale jak na razie własna reakcja wciąż go zaskakiwała. Dorastał jako wyznawca Wielkiej Matki, może niezbyt religijny, lecz szczerze wierzący w dogmaty, więc teraz powinien przeżyć szok, załamać się, paść na kolana i szlochać w poczuciu opuszczenia i bezradności. Zamiast tego czuł tylko… pustkę? obojętność? Ale w końcu był miejskim szczurem, złodziejem, wchodzącym do świątyń nie w poszukiwaniu duchowej pociechy, lecz nieostrożnych głupców, którym ostrzem małego noża mógł odcinać mieszki. Jego osobista modlitwa, mamrotana zawsze w takich chwilach, brzmiała: „Pani, wybacz mi i odwróć oczy tego człowieka, ale on ma pieniądze, a ja jestem głodny”.
I okazywała się skuteczna. Przynajmniej do chwili, gdy próbował okraść Ceetrona-ben-Gorona. Lecz przyłapanie przez przyszłego szefa Ligi Czapki okazało się czymś najlepszym, co Altsina mogło spotkać w życiu. Zwłaszcza wtedy, gdy jako dzieciak mieszkał w kanałach i częściej żywił się upolowanymi szczurami niż chlebem z masłem.
Jeśli to nie Wielka Matka, Opiekunka Zagubionych, Karmicielka Głodnych stała za tym szczęśliwym przypadkiem, to kto? Lub co? Los? Ale ten prawdziwy, bezduszny przypadek, a nie maska, za którą ukrywa się Eyffra? Siła niemająca twarzy, duszy ani serca, za to potężniejsza od każdego z bogów?
Uśmiechnął się kwaśno.
Los, przeznaczenie… Wszystkie te gówniane sprawy rządzone są tymi samymi prawami, które każą monecie padać raz na jedną, a raz na drugą stronę. A bogowie, ludzie i byty zza Mroku podlegają im po równo.
Może więc to do tych praw powinniśmy wznosić modły? Może to im składać ofiary i stawiać świątynie? Świątynie przypadku, które przez chwilę stałyby w miejscu, po czym zawalały się bez powodu i trzeba by je znów odbudowywać. Sensu nie byłoby w tym żadnego, ale przynajmniej cała kupa głupców znalazłaby jakieś zajęcie.
W sumie religie tak właśnie działają. Nadają sens istnienia ludziom, którzy nie wiedzą, co zrobić z własnym życiem.
Drobinki śniegu roztapiały mu się na skórze, drażniąc setką lodowych igiełek, po czym spływały i zamarzały na brodzie.
Rozejrzał się, szukając czegoś, na czym mógłby wyładować złość. Z lewej strony miał zamarzniętą równinę, która gdzieś tam łączyła się z oceanem, z prawej skały, bryły lodu i wznoszącą się ku niebu ścianę Wielkiego Grzbietu. Przed sobą… Opuścił wzrok i uderzył pięścią w ziemię, przelewając w ten cios cały swój gniew i frustrację. Przede wszystkim na siebie. Oszukuj się dalej, sukinsynu. Odwracaj myśli od tego, co masz przed oczyma. Szedłeś przez życie, wierząc, że upór i duma są najlepszą reakcją na wszystkie problemy, że nikogo i niczego nie potrzebujesz, bo sam poradzisz sobie ze wszystkim, co cię spotka. Potrafiłeś tak długo opierać się duszy boga, aż ta ugięła się i uznała cię za równorzędnego partnera we władaniu – wyciągnął przed siebie dłonie – tym ciałem. I uważasz, że miałeś ciężko? Że dokonywałeś jakichś dramatycznych wyborów?
A oni? Jak zachowałbyś się na ich miejscu?
Patrz! Naprawdę myślisz, że duma jest odpowiedzią na wszystko? Duma, ty durniu, to przywilej aroganckich, samolubnych bęcwałów, których nikt i nic nie obchodzi. Patrz, co zostaje, gdy nie stać cię na dumę!
Patrzył.
Na obóz rozpościerający się jak okiem sięgnąć. Na tysiące śnieżnych chat, skórzanych namiotów i szałasów skleconych z jakichś resztek… I na to, co unosiło się nad obozowiskiem, cienisty nimb desperacji, smutku i braku nadziei.
Te istoty, aherowie… Upadły zbyt wiele razy i nie miały już sił, by walczyć z losem. Nie miały siły nawet na desperację, gniew czy nienawiść. A najgorsze, że furia Pani Lodu nie była nawet skierowana przeciwko nim. Oni są tylko ofiarami. Och, na parszywą gębę Reagwyra, gdyby chociaż ta zimna suka zmiażdżyła ich z pełną premedytacją, z powodu jakiejś prawdziwej lub urojonej winy. Ale tak? Zetrzeć z powierzchni ziemi tysiące istnień mimowolnie? No właśnie: przypadkiem.
Widział też to, co znajdowało się między nim a obozem… A złośliwy głos w głowie pytał: „I gdzie byłaby twoja duma w takiej sytuacji, chłopcze? Ile zdołałbyś jej ocalić?”.
Nie wiedział, kim jest ten głos, czy to portowy złodziejaszek, czy awenderi Pana Bitew, który kiedyś sam patrzył w twarz takiej rozpaczy i upadł pod tym ciężarem, pogrążając się w obłędzie. Czy też może to nowy on, Altsin będący połączeniem tych dwóch istot, ciągle jednak jeszcze hołubiący w sobie arogancję przygłupiego gówniarza.
Patrz. Czuj i… Zapłacz, sukinsynu.
Bo jeśli nie zapłaczesz, to lepiej, byś tu i teraz umarł.
Pochylił głowę.
Nie.
Jeszcze nie teraz.
Od obozowiska dzieliło go kilkaset kroków. A cały teren przed nim pokrywały zawiniątka. Niektóre miały ledwo łokieć długości, inne dwa, żadne nie więcej niż trzy. Tysiące zawiniętych w futra pakunków leżących wprost na śniegu. Część została już rozszarpana przez wygłodniałych drapieżców, polarne lisy i niedźwiedzie, dla których zapewne te wychudzone do szczętu ciałka były ostatnią szansą na przetrwanie. Ślady na śniegu świadczyły o tym, że kiedyś próbowano strzec tego miejsca przed zwierzętami. Kiedyś. Gdy jeszcze mieszkańcy obozowiska mieli dość sił.
Altsin patrzył. Ale odrzucał wszystkie uczucia, bronił się przed nimi z całych sił.
Bo nie chodziło nawet o te tysiące martwych dzieci, lecz o sposób, w jaki je tu porzucono. Ile trzeba stracić, jak bardzo być słabym, by nie zdołać wykopać w śniegu najpłytszej nory? Nie zrozumiesz, czym jest prawdziwa bezsilność, póki własne ciało nie odmówi ci posłuszeństwa do tego stopnia, że nie możesz nawet pochować własnego dziecka. Co jeszcze, oprócz małego ciała, zostawiasz tutaj, wracając do obozowiska? Jaki kawał okrwawionej, wyjącej z rozpaczy duszy?