Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Każde martwe marzenie
Każde martwe marzenie - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Każde martwe marzenie

Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:

Każde martwe marzenie
1 ... 70 71 72 73 74 75 76 77 78 ... 210
Перейти на страницу:

Interludium

Alt­sin kuc­nął, na­brał w dło­nie śnie­gu i wtarł so­bie w twarz.

Co mam zro­bić? Co mogę te­raz zro­bić, o Pani?

Ta ostat­nia myśl lek­ko go roz­ba­wi­ła. No tak, chło­pie, no­sisz ka­wał du­szy Pana Bi­tew, boga wo­jow­ni­ków, ale gdy spo­ty­kasz coś, co cię prze­ra­sta, od­ru­cho­wo wzy­wasz Ba­el­ta’Ma­th­ran.

Ma­triar­chi­sta z cie­bie peł­ną gębą.

I to na­wet gdy wiesz, że te sło­wa nie mają zna­cze­nia. Wiel­kiej Mat­ki nie ma. Nie ist­nie­je w tej chwi­li. Może za­ist­nie­je kie­dyś, w przy­szło­ści, może na­wet ta przy­szłość wła­śnie się ro­dzi, tka­na rę­ko­ma bo­gów i śmier­tel­ni­ków, ale na ra­zie każ­de we­zwa­nie Pra­mat­ki Bo­gów, każ­da mo­dli­twa do niej, tra­fia­ją w pust­kę.

Już kil­ka razy pró­bo­wał zmie­rzyć się z tą praw­dą, ale jak na ra­zie wła­sna re­ak­cja wciąż go za­ska­ki­wa­ła. Do­ra­stał jako wy­znaw­ca Wiel­kiej Mat­ki, może nie­zbyt re­li­gij­ny, lecz szcze­rze wie­rzą­cy w do­gma­ty, więc te­raz po­wi­nien prze­żyć szok, za­ła­mać się, paść na ko­la­na i szlo­chać w po­czu­ciu opusz­cze­nia i bez­rad­no­ści. Za­miast tego czuł tyl­ko… pust­kę? obo­jęt­ność? Ale w koń­cu był miej­skim szczu­rem, zło­dzie­jem, wcho­dzą­cym do świą­tyń nie w po­szu­ki­wa­niu du­cho­wej po­cie­chy, lecz nie­ostroż­nych głup­ców, któ­rym ostrzem ma­łe­go noża mógł od­ci­nać miesz­ki. Jego oso­bi­sta mo­dli­twa, mam­ro­ta­na za­wsze w ta­kich chwi­lach, brzmia­ła: „Pani, wy­bacz mi i od­wróć oczy tego czło­wie­ka, ale on ma pie­nią­dze, a ja je­stem głod­ny”.

I oka­zy­wa­ła się sku­tecz­na. Przy­naj­mniej do chwi­li, gdy pró­bo­wał okraść Ce­etro­na-ben-Go­ro­na. Lecz przy­ła­pa­nie przez przy­szłe­go sze­fa Ligi Czap­ki oka­za­ło się czymś naj­lep­szym, co Alt­si­na mo­gło spo­tkać w ży­ciu. Zwłasz­cza wte­dy, gdy jako dzie­ciak miesz­kał w ka­na­łach i czę­ściej ży­wił się upo­lo­wa­ny­mi szczu­ra­mi niż chle­bem z ma­słem.

Je­śli to nie Wiel­ka Mat­ka, Opie­kun­ka Za­gu­bio­nych, Kar­mi­ciel­ka Głod­nych sta­ła za tym szczę­śli­wym przy­pad­kiem, to kto? Lub co? Los? Ale ten praw­dzi­wy, bez­dusz­ny przy­pa­dek, a nie ma­ska, za któ­rą ukry­wa się Eyf­fra? Siła nie­ma­ją­ca twa­rzy, du­szy ani ser­ca, za to po­tęż­niej­sza od każ­de­go z bo­gów?

Uśmiech­nął się kwa­śno.

Los, prze­zna­cze­nie… Wszyst­kie te gów­nia­ne spra­wy rzą­dzo­ne są tymi sa­my­mi pra­wa­mi, któ­re każą mo­ne­cie pa­dać raz na jed­ną, a raz na dru­gą stro­nę. A bo­go­wie, lu­dzie i byty zza Mro­ku pod­le­ga­ją im po rów­no.

Może więc to do tych praw po­win­ni­śmy wzno­sić mo­dły? Może to im skła­dać ofia­ry i sta­wiać świą­ty­nie? Świą­ty­nie przy­pad­ku, któ­re przez chwi­lę sta­ły­by w miej­scu, po czym za­wa­la­ły się bez po­wo­du i trze­ba by je znów od­bu­do­wy­wać. Sen­su nie by­ło­by w tym żad­ne­go, ale przy­naj­mniej cała kupa głup­ców zna­la­zła­by ja­kieś za­ję­cie.

W su­mie re­li­gie tak wła­śnie dzia­ła­ją. Na­da­ją sens ist­nie­nia lu­dziom, któ­rzy nie wie­dzą, co zro­bić z wła­snym ży­ciem.

Dro­bin­ki śnie­gu roz­ta­pia­ły mu się na skó­rze, draż­niąc set­ką lo­do­wych igie­łek, po czym spły­wa­ły i za­ma­rza­ły na bro­dzie.

Ro­zej­rzał się, szu­ka­jąc cze­goś, na czym mógł­by wy­ła­do­wać złość. Z le­wej stro­ny miał za­mar­z­nię­tą rów­ni­nę, któ­ra gdzieś tam łą­czy­ła się z oce­anem, z pra­wej ska­ły, bry­ły lodu i wzno­szą­cą się ku nie­bu ścia­nę Wiel­kie­go Grzbie­tu. Przed sobą… Opu­ścił wzrok i ude­rzył pię­ścią w zie­mię, prze­le­wa­jąc w ten cios cały swój gniew i fru­stra­cję. Przede wszyst­kim na sie­bie. Oszu­kuj się da­lej, su­kin­sy­nu. Od­wra­caj my­śli od tego, co masz przed oczy­ma. Sze­dłeś przez ży­cie, wie­rząc, że upór i duma są naj­lep­szą re­ak­cją na wszyst­kie pro­ble­my, że ni­ko­go i ni­cze­go nie po­trze­bu­jesz, bo sam po­ra­dzisz so­bie ze wszyst­kim, co cię spo­tka. Po­tra­fi­łeś tak dłu­go opie­rać się du­szy boga, aż ta ugię­ła się i uzna­ła cię za rów­no­rzęd­ne­go part­ne­ra we wła­da­niu – wy­cią­gnął przed sie­bie dło­nie – tym cia­łem. I uwa­żasz, że mia­łeś cięż­ko? Że do­ko­ny­wa­łeś ja­kichś dra­ma­tycz­nych wy­bo­rów?

A oni? Jak za­cho­wał­byś się na ich miej­scu?

Patrz! Na­praw­dę my­ślisz, że duma jest od­po­wie­dzią na wszyst­ko? Duma, ty dur­niu, to przy­wi­lej aro­ganc­kich, sa­mo­lub­nych bę­cwa­łów, któ­rych nikt i nic nie ob­cho­dzi. Patrz, co zo­sta­je, gdy nie stać cię na dumę!

Pa­trzył.

Na obóz roz­po­ście­ra­ją­cy się jak okiem się­gnąć. Na ty­sią­ce śnież­nych chat, skó­rza­nych na­mio­tów i sza­ła­sów skle­co­nych z ja­kichś resz­tek… I na to, co uno­si­ło się nad obo­zo­wi­skiem, cie­ni­sty nimb de­spe­ra­cji, smut­ku i bra­ku na­dziei.

Te isto­ty, ahe­ro­wie… Upa­dły zbyt wie­le razy i nie mia­ły już sił, by wal­czyć z lo­sem. Nie mia­ły siły na­wet na de­spe­ra­cję, gniew czy nie­na­wiść. A naj­gor­sze, że fu­ria Pani Lodu nie była na­wet skie­ro­wa­na prze­ciw­ko nim. Oni są tyl­ko ofia­ra­mi. Och, na par­szy­wą gębę Re­agwy­ra, gdy­by cho­ciaż ta zim­na suka zmiaż­dży­ła ich z peł­ną pre­me­dy­ta­cją, z po­wo­du ja­kiejś praw­dzi­wej lub uro­jo­nej winy. Ale tak? Ze­trzeć z po­wierzch­ni zie­mi ty­sią­ce ist­nień mi­mo­wol­nie? No wła­śnie: przy­pad­kiem.

Wi­dział też to, co znaj­do­wa­ło się mię­dzy nim a obo­zem… A zło­śli­wy głos w gło­wie py­tał: „I gdzie by­ła­by two­ja duma w ta­kiej sy­tu­acji, chłop­cze? Ile zdo­łał­byś jej oca­lić?”.

Nie wie­dział, kim jest ten głos, czy to por­to­wy zło­dzie­ja­szek, czy awen­de­ri Pana Bi­tew, któ­ry kie­dyś sam pa­trzył w twarz ta­kiej roz­pa­czy i upadł pod tym cię­ża­rem, po­grą­ża­jąc się w obłę­dzie. Czy też może to nowy on, Alt­sin bę­dą­cy po­łą­cze­niem tych dwóch istot, cią­gle jed­nak jesz­cze ho­łu­bią­cy w so­bie aro­gan­cję przy­głu­pie­go gów­nia­rza.

Patrz. Czuj i… Za­płacz, su­kin­sy­nu.

Bo je­śli nie za­pła­czesz, to le­piej, byś tu i te­raz umarł.

Po­chy­lił gło­wę.

Nie.

Jesz­cze nie te­raz.

Od obo­zo­wi­ska dzie­li­ło go kil­ka­set kro­ków. A cały te­ren przed nim po­kry­wa­ły za­wi­niąt­ka. Nie­któ­re mia­ły le­d­wo ło­kieć dłu­go­ści, inne dwa, żad­ne nie wię­cej niż trzy. Ty­sią­ce za­wi­nię­tych w fu­tra pa­kun­ków le­żą­cych wprost na śnie­gu. Część zo­sta­ła już roz­szar­pa­na przez wy­głod­nia­łych dra­pież­ców, po­lar­ne lisy i niedź­wie­dzie, dla któ­rych za­pew­ne te wy­chu­dzo­ne do szczę­tu ciał­ka były ostat­nią szan­są na prze­trwa­nie. Śla­dy na śnie­gu świad­czy­ły o tym, że kie­dyś pró­bo­wa­no strzec tego miej­sca przed zwie­rzę­ta­mi. Kie­dyś. Gdy jesz­cze miesz­kań­cy obo­zo­wi­ska mie­li dość sił.

Alt­sin pa­trzył. Ale od­rzu­cał wszyst­kie uczu­cia, bro­nił się przed nimi z ca­łych sił.

Bo nie cho­dzi­ło na­wet o te ty­sią­ce mar­twych dzie­ci, lecz o spo­sób, w jaki je tu po­rzu­co­no. Ile trze­ba stra­cić, jak bar­dzo być sła­bym, by nie zdo­łać wy­ko­pać w śnie­gu naj­płyt­szej nory? Nie zro­zu­miesz, czym jest praw­dzi­wa bez­sil­ność, póki wła­sne cia­ło nie od­mó­wi ci po­słu­szeń­stwa do tego stop­nia, że nie mo­żesz na­wet po­cho­wać wła­sne­go dziec­ka. Co jesz­cze, oprócz ma­łe­go cia­ła, zo­sta­wiasz tu­taj, wra­ca­jąc do obo­zo­wi­ska? Jaki ka­wał okrwa­wio­nej, wy­ją­cej z roz­pa­czy du­szy?

1 ... 70 71 72 73 74 75 76 77 78 ... 210
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)