Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Statki czasu [The Time Ships - pl]
Statki czasu [The Time Ships - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Statki czasu [The Time Ships - pl]

Электронная книга - «Statki czasu [The Time Ships - pl]». Краткое содержание книги:

Powieść napisana została z pozycji pojmowania kosmosu przez człowieka końca dwudziestego wieku i zdobyczy współczesnej nauki; jest nowoczesną reinterpretacją wizji Wellsa. Podróżnik w czasie u Baxtera zmierza ku nieskończoności. Jego zadanie jest daleko ważniejsze niz tylko uratowanie Weeny: prócz tajemnicy przyszłości musi także rozwiązać paradoksy otaczającego go świata.
Autoryzowana kontynuacja Wehikułu czasu Herberta George’a Wellsa.
1 ... 73 74 75 76 77 78 79 80 81 ... 128
Перейти на страницу:

— Ale proszę posłuchać — ciągnął łagodnym tonem Gibson. — Czy nie uważa pan, że lepiej by było, gdyby pan wrócił z nami do bazy oddziału ekspedycyjnego? Przecież przybyliśmy tu, żeby pana odnaleźć. Mamy przyzwoite zapasy, nowoczesne narzędzia i wszystko inne. — Zerknął na Nebogipfela i dodał nieco bardziej niepewnym tonem: — I być może lekarz zdoła pomóc temu biedakowi. Czy jest tu coś, czego potrzebujecie? Zawsze możemy wrócić później.

Oczywiście, nie było niczego takiego — nie czułem potrzeby, by jeszcze kiedykolwiek przemierzać tych kilkaset jardów z powrotem wzdłuż plaży! — ale wiedziałem, że wraz z przybyciem Gibsona i jego żołnierzy moja krótkotrwała idylla dobiegła końca. Spojrzałem Gibsonowi w twarz, która była szczera i świadczyła o jego praktycznym podejściu, i wiedziałem, że nigdy nie zdołam znaleźć słów, by uświadomić mu, jak wielką odczuwam stratę.

Z sipajami na czele i Morlokiem wspartym na moim ramieniu ruszyliśmy w głąb dżungli.

Z dala od wybrzeża powietrze było parne i wilgotne. Szliśmy gęsiego. Jeden sipaj był z przodu, jeden z tyłu, a Gibson, Morlok i ja w środku. Przez dużą część drogi niosłem wątłego Morloka w ramionach. Sipaje ciągle obrzucali nas podejrzliwymi, ukradkowymi spojrzeniami, choć po pewnym czasie odsunęli ręce od parcianych kabur. Przez całą drogę nie odezwali się słowem ani do mnie, ani do Nebogipfela.

Ekspedycja Gibsona przybyła z roku 1944 — sześć lat po naszym wyjeździe w chwili napaści Niemców na londyńską kopułę.

— Czy wojna nadal trwa?

— Niestety tak — odparł ponurym tonem. — Oczywiście, zareagowaliśmy na ten brutalny atak na Londyn. Odpłaciliśmy im pięknym za nadobne.

— Czy pan też brał udział w tych działaniach?

Spojrzał — najwyraźniej mimowolnie — na baretki przyszyte do piersi munduru. Nie rozpoznałem ich w tamtej chwili — nie jestem fanatykiem wojska, a zresztą niektórych tych odznaczeń jeszcze nie było za moich czasów — ale dowiedziałem się później, że był to Order Za Wzorową Służbę i Krzyż Wzorowego Lotnika; faktycznie wysokie odznaczenia, zwłaszcza w przypadku takiego młodego żołnierza.

— Tak, brałem udział w niejednej akcji — odparł Gibson bez przesadnych emocji. — Miałem kilka niezłych misji. To szczęście, że mogę tu o nich opowiedzieć. Wielu dobrych żołnierzy nie może.

— I te misje odniosły sukces?

— A jakże. Po tym, jak zrobili wyłom w naszej kopule, bez większej zwłoki wyświadczyliśmy im tę samą przy sługę!

— A miasta pod kopułami?

Spojrzał na mnie.

— A jak pan myśli? Bez kopuły miasto jest bezbronne wobec ataków z powietrza. Rzecz jasna, można ustawić ogień zaporowy z dział o kalibrze osiemdziesiąt osiem...

— Osiemdziesiąt osiem?

— Niemcy mają działo przeciwlotnicze „Zapora 36” o kalibrze 8,8 centymetra, dość pożyteczne jako działo polowe i broń do zwalczania molochów, jak również skuteczne, jeśli chodzi o jego główny cel. Dobra konstrukcja... W każdym razie jeśli bombowiec przedostanie się przez taki ogień przeciwlotniczy, może zrzucić wszystko do wnętrza miasta, które nie jest osłonięte kopułą.

— A jakie są rezultaty po sześciu latach tej walki?

Wzruszył ramionami.

— Przypuszczam, że z miast pozostało niewiele. W każdym razie w Europie.

Oceniłem, że dotarliśmy w okolice South Hampstead. Przebrnęliśmy przez rząd drzew i wynurzyliśmy się na polanie. Był to kolisty obszar o średnicy mniej więcej ćwierć mili, ale nie powstał w sposób naturalny: pniaki na obrzeżu świadczyły o tym, że las został wycięty. Jeszcze gdy się zbliżaliśmy, dostrzegłem oddziały rozebranych do połowy żołnierzy piechoty, którzy przebijali się przez poszycie za pomocą pił i maczet, poszerzając obszar. Ziemia na polanie ogołocona była z poszycia i utwardzona kilkoma warstwami liści palmowych wdeptanych w błoto.

Na środku tej polany spoczywały cztery wielkie molochy, które napotkałem w 1873 i 1938 roku. Te bestie zajmowały cztery strony kwadratowego obszaru szerokości stu stóp, stojąc nieruchomo z otwartymi oknami podobnymi do ziejących paszcz zgłodniałych zwierząt. Przeciwminowe cepy zwisały luźno i bezużytecznie z bębnów na przodzie, a zielono-czarne cętki znaczące ich metalowe kadłuby pokrywała warstwa guano i opadłych liści. Na terenie całego obozowiska porozsiewane były inne pojazdy i przedmioty, łącznie z lekkimi samochodami opancerzonymi oraz małymi działami artyleryjskimi zamontowanymi na wózkach o szerokich kołach.

Gibson dał mi do zrozumienia, że to będzie pewnego rodzaju cmentarz podróżujących w czasie molochów w roku 1944.

Wszędzie pracowali żołnierze, ale kiedy przy boku Gibsona wynurzyłem się na polanie, z kulejącym Nebogipfelem wspartym na moim ramieniu, wszyscy przestali pracować i spojrzeli na nas z niezwykłym zaciekawieniem.

Dotarliśmy do dziedzińca otoczonego czterema molochami. Na środku tego placu znajdował się pomalowany na biało maszt. Zwisała z niego flaga brytyjska, jaskrawa, zwiotczała, zupełnie niestosowna w tym miejscu. Na placu rozbito sporo namiotów. Gibson zaprosił nas, żebyśmy usiedli na brezentowych stołkach obok największego. Z jednego molocha wynurzył się chudy, blady i najwyraźniej nieprzywykły do upału żołnierz. Uznałem, że to ordynans Gibsona, gdyż podpułkownik kazał mu przynieść napoje i zakąski.

Kiedy tam siedzieliśmy, wszędzie wokół nas postępowały prace w obozie. Działo się tam bardzo dużo, tak jak zawsze na placówkach wojskowych. Większość żołnierzy miała na sobie pełen ubiór złożony z koszuli z tkaniny diagonalnej w kolorze zieleni dżungli oraz spodni ze ściągaczami na kostkach. Na głowach nosili miękkie, filcowe kapelusze z osłonami na kark w jasnym kolorze khaki, lub australijskie (tak twierdził Gibson) kapelusze dżunglowe. Oznaki wojskowe mieli naszyte na koszule lub kapelusze i większość z nich nosiła broń: skórzane bandolety na amunicję do lekkiej broni, parciane torby i tym podobne. Wszyscy nosili ciężkie epolety, które pamiętałem z roku 1938. W upale i wilgoci większość tych żołnierzy wyglądała dość nieporządnie.

Zobaczyłem jednego żołnierza, który ubrany był na biało od stóp do głów. Miał grube rękawice i miękki hełm na głowie, z wbudowanym wizjerem, przez który patrzył. Pracował przy otwartych płytach bocznych jednego z molochów. W takim stroju biedak musiał się topić w upale. Gibson wyjaśnił mi, że strój wykonany był z azbestu, aby ochronić go przed ogniem z silnika.

Nie wszyscy żołnierze byli mężczyznami. Wydaje mi się, że mniej więcej dwie piąte personelu to były kobiety. Wielu żołnierzy miało ślady przeróżnych ran: blizny po oparzeniach lub szwach, a nawet, tu i ówdzie, zobaczyłem protezy kończyn. Uświadomiłem sobie, że oznaczało to, iż straty wśród młodzieży europejskiej powiększały się nieustannie od roku 1938 i trzeba było powoływać do wojska nawet kalekie osoby oraz coraz więcej młodych kobiet.

Gibson zdjął ciężkie buty i rozmasował ścierpnięte stopy, uśmiechając się do mnie smutno. Nebogipfel popijał wodę ze szklanki, podczas gdy ordynans podał Gibsonowi i mnie filiżankę tradycyjnej, angielskiej herbaty — herbaty w paleocenie!

— Niezłą pan tu utworzył kolonię — powiedziałem do Gibsona.

— Tak sądzę. Wie pan, to po prostu ćwiczenia. — Odstawił buty i wypił łyk herbaty. — Przypuszczam, że zauważył pan, iż są tu różne formacje.

— Nie — odrzekłem szczerze.

— Oczywiście większość to żołnierze wojsk lądowych. — Wskazał na szczupłego, młodego żołnierza, który na ramionach tropikalnej koszuli miał naszywki w kolorze khaki. — Ale kilku z nas, tak jak on i ja, jest z RAFu.

— Z RAFu?

1 ... 73 74 75 76 77 78 79 80 81 ... 128
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)