Statki czasu [The Time Ships - pl]
- Автор: Бакстер Стивен М.
- Год: 1996
- Язык: польский
- Год: Zysk i S-ka
- ISBN: 83-7150-087-4
- Переводчик: Edward Szmigiel
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Statki czasu [The Time Ships - pl]». Краткое содержание книги:
Autoryzowana kontynuacja Wehikułu czasu Herberta George’a Wellsa.
Pewnego dnia spacerowałem razem z nią wzdłuż skraju lasu, niedaleko brzegu. Bond przedzierała się przez gęstwinę podszycia. Utykała, ale szła żwawym, żołnierskim krokiem. Opisała mi, jak potoczyła się wojna po roku 1938.
— Wydawało mi się, że zburzenie kopuł doprowadzi do zaprzestania wojny — powiedziałem. — Czy ludzie nie widzą, że po takiej katastrofie nie ma o co walczyć?
— Chce pan powiedzieć, że to powinno doprowadzić do zakończenia wojny? Ależ skąd. Przypuszczam, że na pewien czas zamarło życie miejskie. Nasza ludność dostała niezłe baty. Ale istnieją oczywiście bunkry. To właśnie tam teraz toczy się wojna i w przeważającej części tam pracują fabryki amunicji oraz inne zakłady. Sądzę, że nie jest to stulecie sprzyjające rozwojowi miast.
Przypomniałem sobie oznaki zacofania kraju poza londyńską kopułą i spróbowałem wyobrazić sobie ciągłe życie w podziemnym schronie przeciwlotniczym. Wyobraziłem sobie dzieci z zapadłymi oczami, biegające w ciemnych tunelach oraz ludzi, którzy wskutek strachu stali się służalczy i prawie dzicy.
— A co z samą wojną? — zapytałem. — Co z frontami, z waszym wielkim oblężeniem Europy?
Bond wzruszyła ramionami.
— Paplające maszyny informują o wielkich postępach: o Ostatniej Ofensywie i tym podobnych rzeczach. — Zniżyła głos. — Ale — tak w ogóle to nie sądzę, by miało większy sens roztrząsanie tego tematu w naszej sytuacji — lotnicy mają możliwość obejrzenia Europy, nawet pomijając fakt, że oglądają ją w nocy i w świetle błysków od ognia artyleryjskiego, i pogłoski się rozchodzą. Moim zdaniem linie okopów nie przesunęły się ani trochę od 1935 roku. Utknęliśmy w martwym punkcie.
— Nie potrafię sobie wyobrazić, o co wszyscy jeszcze walczycie. Kraje są potwornie zniszczone, zarówno pod względem przemysłowym, jak i gospodarczym. Na pewno żaden z nich nie może zbytnio zagrażać pozostałym i żaden nie posiada nic, co warto by było zdobywać.
— Być może to prawda — powiedziała. — Nie sądzę, by po wojnie Brytania była w stanie wiele zrobić poza odbudowaniem kraju. Długo nie będziemy nikogo podbijać! I przy obecnej równowadze Berlin musi to widzieć podobnie.
— Zatem po co to ciągnąć?
— Bo nie stać nas na to, by przerwać.
Pod opalenizną, której Bond nabrała w tej odległej epoce paleoceńskiej, dostrzegłem ślady dawnej bladości.
— Docierają do nas najróżniejsze raporty — ciągnęła. — Plotki, ale z tego, co słyszę, nie pozbawione znamion prawdy, o niemieckich wynalazkach technicznych.
— Wynalazkach technicznych? To znaczy broni.
Oddaliliśmy się od lasu i zeszliśmy do brzegu morza. Czułem gorące powietrze na twarzy. Pozwoliliśmy, by woda obmywała podeszwy naszych butów.
Wyobraziłem sobie Europę z roku 1944: zniszczone miasta i, od Danii po Alpy, miliony mężczyzn i kobiet, którzy próbują wyrządzić sobie nawzajem niepowetowane szkody... W tym tropikalnym spokoju to wszystko wydawało się absurdem — gorączkowym snem szaleńca!
— Ale cóż możecie jeszcze wynaleźć? — zaprotestowałem. — Co zdoła dokonać większych zniszczeń?
— Mówi się o bombach nowego rodzaju, potężniejszych od dotychczasowych... O bombach zawierających karolin.
Przypomniałem sobie, jak Wallis snuł podobne rozważania w 1938 roku.
— No i oczywiście — ciągnęła Bond — jest jeszcze wojna z wykorzystaniem skoków w czasie. Widzi pan, nie możemy zaprzestać walki, jeśli oznaczać to będzie monopol Niemców na taką broń. — W jej głosie słychać było spokojną desperację. — Pan to rozumie, prawda? Stąd ten pośpiech, by zbudować reaktory jądrowe, zdobyć karolin i wyprodukować więcej plattnerytu... Dlatego zainwestowano tyle pieniędzy i środków w te molochy podróżujące w czasie.
— I to wszystko po to, żeby cofnąć się w czasie przed Niemcami? Żeby ich załatwić, zanim oni zdążą załatwić was?
Uniosła głowę i spojrzała wyzywająco.
— Albo żeby naprawić szkody, które wyrządzają. Można też tak na to spojrzeć, czyż nie?
Nie kwestionowałem, tak jak pewnie zrobiłby to Nebogipfel, ostatecznej daremności takich wysiłków, gdyż jasne było, że filozofowie z roku 1944 nie zrozumieli jeszcze wielorakości historii w takim stopniu, w jakim mnie się to udało dzięki naukom Nebogipfela.
— Jednakże — zaprotestowałem — przeszłość to olbrzymi szmat czasu. Przybyliście, żeby nas odszukać, ale skąd wiedzieliście, że wylądujemy akurat tutaj? Jak udało warn się dotrzeć do nas, nawet z dokładnością do kilku milionów lat?
— Mieliśmy kilka wskazówek — odparła.
— Jakich? Chodzi o wrak, który pozostawiliśmy w Imperiał College?
— Częściowo. Ale były też wskazówki archeologiczne.
— Archeologiczne?
Spojrzała na mnie z zakłopotaniem.
— Proszę posłuchać, nie jestem pewna, czy chce pan to usłyszeć...
To oczywiście niezwykle zaostrzyło moją ciekawość! Nalegałem, żeby mi powiedziała.
— No dobrze. Ze szczątków w Imperial College’u naukowcy domyślili się, dokąd się udaliście w przeszłość. Rozpoczęli więc intensywne, archeologiczne badania tamtego obszaru. Wykopali doły...
— Dobry Boże — wtrąciłem. — Szukaliście moich skamieniałych kości!
— I kości Nebogipfela. Tok rozumowania był taki, że jeśli odkryte zostaną jakiekolwiek anomalie — kości lub narzędzia — zdołamy dość dokładnie ustalić waszą pozycję na podstawie waszego położenia w warstwie skalnej...
— Czy coś znaleziono? Hilary...
Znów się powstrzymała i musiałem nalegać, by mi odpowiedziała.
— Znaleźli czaszkę.
— Ludzką?
— Podobną do ludzkiej. — Zawahała się. — Była mała, mocno zniekształcona i roztrzaskana, na pół. Znaleziono ją w warstwie o pięćdziesiąt milionów lat starszej od warstwy, w której mogły się znajdować szczątki jakiegokolwiek człowieka.
„Mała i zniekształcona”. Uświadomiłem sobie, że to musiała być czaszka Nebogipfela! Czy mogła to być pozostałość po jego spotkaniu z pristichampusem — w jakiejś innej historii, w której nie doszło do ingerencji Gibsona?
I czy moje kości leżały zmiażdżone i skamieniałe w jakimś sąsiednim, nie odkrytym dole?
Pomimo żaru słońca padającego na moje plecy i głowę poczułem chłód. Nagle ten jaskrawy paleoceński świat wydał mi się przygaszony — przypominał przezroczyste okno, przez które przeświecało bezlitosne światło czasu.
— A więc odkryliście ślady plattnerytu i dzięki temu nas odnaleźliście — powiedziałem. — Wyobrażam sobie jednak, że rozczarowało was, iż — znów — zastaliście tylko mnie, a nie hordę pruskich podżegaczy wojennych. Proszę jednak posłuchać. Czy nie dostrzega pani pewnego paradoksu? Budujecie swoje pancerniki czasu, ponieważ obawiacie się, że Niemcy robią to samo. No dobrze. Ale sytuacja jest symetryczna. Ze swojego punktu widzenia Niemcy muszą się obawiać, że wy pierwsi wykorzystacie takie machiny czasu. Obie strony zachowują się dokładnie tak, że wywołują najgorsze reakcje u swoich przeciwników. Tym samym obie strony pogarszają sytuację.
— Możliwe — stwierdziła Bond. — Jednak technika czasowa w rękach Niemców byłaby katastrofą dla aliantów. Zadaniem tej ekspedycji jest wytropienie niemieckich podróżników i zapobieżenie wszelkim szkodom, jakie Niemcy mogą uczynić historii.