Statki czasu [The Time Ships - pl]
- Автор: Бакстер Стивен М.
- Год: 1996
- Язык: польский
- Год: Zysk i S-ka
- ISBN: 83-7150-087-4
- Переводчик: Edward Szmigiel
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Statki czasu [The Time Ships - pl]». Краткое содержание книги:
Autoryzowana kontynuacja Wehikułu czasu Herberta George’a Wellsa.
Idąc pewnego dnia przez las, dostrzegłem parę jasnych oczu, które patrzyły na mnie uważnie z nisko zawieszonej gałęzi.
Zwolniłem kroku, starając się nie wykonywać gwałtownych ruchów, i zdjąłem łuk z pleców.
Mały stwór miał ze cztery cale długości i przypominał miniaturowego lemura. Jego ogon i pysk nasuwały na myśl gryzonia. Widać było wyraźnie ostre siekacze i miał zakończone pazurami stopy oraz podejrzliwy wzrok. Albo był taki inteligentny, że wydawało mu się, iż nie zwrócę na niego uwagi, jeśli pozostanie w bezruchu, albo tak głupi, że nie spodziewał się żadnego zagrożenia z mojej strony.
Zaledwie chwilę trwało, nim naciągnąłem strzałę i wystrzeliłem.
Dzięki praktyce moje umiejętności polowania oraz zastawiania sideł bardzo się rozwinęły i pętle oraz pułapki, które stosowałem, odnosiły całkiem dobry skutek. Nie było tak jednak w przypadku moich łuków i strzał. Konstrukcja moich strzał była dość solidna, ale nigdy nie znalazłem odpowiednio giętkiego drewna na łuki. I na ogół, zanim niezdarnie naciągnąłem łuk, większość upatrzonych zwierząt, rozbawionych moimi błazeństwami, zdążyło się schronić.
Ale nie ten stworek! Patrzył z umiarkowaną ciekawością, kiedy moja krzywa strzała mknęła w jego kierunku. Po raz pierwszy dobrze wycelowałem i krzemienny grot przyszpilił jego ciałko do pnia drzewa.
Wróciłem do Nebogipfela, dumny z upolowanego zwierzęcia, gdyż ssaki były nam bardzo potrzebne, nie tylko jako źródło mięsa, ale także z powodu futra, zębów, tłuszczu i kości. Przez maskę z wyciętymi szparami Nebogipfel przyjrzał się małym zwłokom stworzenia podobnego do gryzonia.
— Być może upoluję ich więcej — powiedziałem. — To stworzonko właściwie do samego końca nie rozumiało, w jakim niebezpieczeństwie się znajduje. Biedactwo!
— Czy wiesz, co to za zwierzę?
— No powiedz.
— Przypuszczam, że to Purgatoriiis.
— A zatem?
— Należy do naczelnych. Najwcześniejszych, jakie znamy — powiedział z rozbawieniem.
Zakląłem.
— Myślałem, że mam to wszystko już za sobą. Ale nawet w tym paleocenie człowiek nie może się ustrzec przed krewniakami! — Przyjrzałem się malutkim zwłokom. — A więc to jest przodek małpy, człowieka i Morloka! Z tego niewiele znaczącego, małego żołędzia wyrośnie dąb, który przygniecie nie tylko Ziemię, lecz wiele innych światów... Ciekaw jestem, ilu ludziom, narodom i gatunkom dałoby początek to skromne stworzonko, gdybym go nie zabił. Może jeszcze raz zniszczyłem własną przeszłość!
— Obaj nie możemy się ustrzec przed oddziaływaniem na historię — powiedział Nebogipfel. — Każdy nasz oddech, każde ścięte przez ciebie drzewo, każde zwierzę, które zabijamy, powodują, że tworzymy nowy świat w wielorakości światów. Tak to wygląda. To nieuniknione.
Po tym wyjaśnieniu wręcz nie mogłem dotknąć ciała biednego stworzenia. Zaniosłem je do lasu i zakopałem.
Pewnego dnia poszedłem wzdłuż naszego małego, czystego strumienia na zachód, w kierunku jego źródła, zagłębiając się w krainie.
Wybrałem się o świcie. Z dala od wybrzeża woń soli i ozonu osłabła i została zastąpiona przez zapachy gorącego, wilgotnego lasu porośniętego drzewami dipterocarps oraz odurzający aromat stłoczonych kwiatów. Droga nie była łatwa, ponieważ pod stopami miałem warstwę gęstej roślinności. W powietrzu unosiła się znacznie większa wilgoć i wkrótce moja czapka z włókien kokosu była przemoczona. W gęstniejącym powietrzu odgłosy wokół mnie — szelest roślin i nieustanne trele oraz pokasływania rozlegające się w lesie — przybrały głębszy ton.
Jeszcze przed południem przemierzyłem dwie lub trzy mile i dotarłem gdzieś w okolice Brentford. Znalazłem tu szerokie, płytkie jezioro, z którego oprócz naszego strumienia wypływało wiele innych, a z kolei jezioro było zasilane przez szereg pomniejszych strumyków i rzek. Wokół tego oddzielonego zbiornika wodnego rosły drzewa, a do ich pni i niższych gałęzi przywarły pnącza, włącznie z niektórymi, które rozpoznałem jako dynie i luffy. Woda była ciepła i słonawa. Nie odważyłem się jej pić, ale w lagunie roiło się od przeróżnych form życia. Powierzchnię wody pokrywały zgrupowania olbrzymich lilii w kształcie odwróconych butelek, o szerokości mniej więcej sześciu stóp — przypominały rośliny, które widziałem w pawilonie nenufarów Turnera w Royal Botanic Gardens w Kew. (Uznałem to za ironię, że Kew znajdowało się nie dalej niż milę od miejsca, w którym stałem!) Spodki lilii wyglądały na dość silne i elastyczne, bym mógł na nich stanąć, ale nie odważyłem się sprawdzić tego w praktyce.
Zaledwie kilka minut zabrało mi sklecenie na poczekaniu wędki, którą zrobiłem z długiego, prostego, młodego drzewka. Przyczepiłem do niej linkę i na haczyk z metalowej części samochodu czasu nadziałem robaka.
Po kilku minutach nagrodzony zostałem energicznymi pociągnięciami linki. Uśmiechnąłem się szeroko na myśl o zazdrości niektórych moich przyjaciół-wędkarzy — na przykład kochanego, starego Filby’ego — że odkryłem tę nie odłowioną oazę.
Wieczorem rozpaliłem ognisko i nieźle się posiliłem smażoną rybą i bulwami.
Krótko przed świtem obudziło mnie dziwne pohukiwanie. Usiadłem i rozejrzałem się dokoła. Ogień prawie zgasł. Słońce jeszcze nie wstało, a niebo miało ten nieziemski, szaroniebieski odcień, który zwiastuje nowy dzień. Nie było wiatru i nie poruszał się żaden liść. Ciężka mgła wisiała nieruchomo nad wodą.
Po chwili rozpoznałem grupę ptaków, które obsiadły jezioro w odległości stu jardów ode mnie. Ich pióra były ciemnobrązowe i każdy z nich miał takie długie nogi jak flaming. Stąpały w wodzie przy brzegu jeziora lub stały nieruchomo na jednej nodze jak rzeźby. Miały głowy takie jak kaczki z moich czasów i zanurzały te znajomo wyglądające dzioby pod pobłyskującą powierzchnią oraz przesuwały je w wodzie, najwidoczniej poszukując jedzenia.
Mgła nieco ustąpiła i moim oczom ukazał się większy obszar jeziora. Zobaczyłem teraz wielkie stado tych stworzeń (które Nebogipfel później zidentyfikował jako Presbyornis) — tysiące ptaków wchodzących w skład wielkiej, niepoliczalnej kolonii. W podobnej do pary mgiełce poruszały się jak duchy.
Powiedziałem sobie, że ten krajobraz wcale nie jest bardziej egzotyczny od skrzyżowania Gunnersbury Avenue i Chiswick High Road, a jednak trudno było sobie wyobrazić widok bardziej niepodobny do Anglii!
Kiedy dni upływały w tamtej pełnej życia duchocie, moje wspomnienia Anglii roku 1891 wydawały się coraz bardziej odległe i nieistotne. Największe zadowolenie znajdowałem w budowaniu, polowaniu i zbieractwie. Wszechogarniające ciepło słońca i świeżość morza dawały mi poczucie zdrowia, siły i zatraconej w młodości bezpośredniości zmysłowych doznań. Postanowiłem, że kończę z myśleniem. W tym złożonym, paleoceńskim świecie były tylko dwa świadome umysły i doszedłem do wniosku, że od teraz mój nie przyniesie mi wiele dobrego, z wyjątkiem utrzymywania mnie przy życiu jeszcze przez jakiś czas.
Nadeszła pora, by do głosu doszło serce i ciało. I wraz z upływem dni stawałem się coraz bardziej świadomy wielkości świata, ogromu czasu i małości własnej osoby oraz moich trosk na tle tej wielorakiej panoramy historii. Nie byłem już ważny, nawet dla siebie. Zrozumienie tego przypominało wyzwolenie duszy.
Po pewnym czasie nawet śmierć Mosesa przestała mnie nękać.
7. PRISTICHAMPUS
Nagle zbudził mnie wrzask Nebogipfela. Podniesiony głos Morloka przypomina bulgot, dziwny i dość przerażający.