Statki czasu [The Time Ships - pl]
- Автор: Бакстер Стивен М.
- Год: 1996
- Язык: польский
- Год: Zysk i S-ka
- ISBN: 83-7150-087-4
- Переводчик: Edward Szmigiel
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Statki czasu [The Time Ships - pl]». Краткое содержание книги:
Autoryzowana kontynuacja Wehikułu czasu Herberta George’a Wellsa.
Usiadłem w chłodnej ciemności i przez chwilę wyobrażałem sobie, że jestem w łóżku we własnym domu na Petersham Road, ale poczułem zapachy i usłyszałem odgłosy paleoceńskiej nocy.
Wygramoliłem się z siennika i zeskoczyłem z podłogi na piasek. Noc była bezksiężycowa, a ostatnie gwiazdy bladły na niebie, zapowiadając wschód słońca. Morze falowało łagodnie, a ściana lasu była czarna i nieruchoma.
W tym zimnym, przesiąkniętym błękitem spokoju Morlok utykał w moim kierunku, przesuwając się wzdłuż plaży. Zgubił kulę i wydawało mi się, że z ledwością może ustać, nie mówiąc już o biegu. Miał zmierzwione, rozwiane włosy i zgubił maskę. Jeszcze kiedy biegł, dostrzegłem, że musi unosić ręce, by osłonić swoje olbrzymie, wrażliwe oczy.
A za nim, w pościgu...
Miał jakieś dziesięć stóp długości i w sumie przypominał krokodyla, ale jego nogi były długie i gibkie, dzięki czemu poruszał się jak galopujący koń, całkiem niepodobnie do krokodyli z moich czasów — pościg i bieg najwyraźniej były dla tego stwora rzeczą zupełnie naturalną. Jego wąskie oczy utkwione były w Morloku i kiedy potwór otworzył usta, zobaczyłem rzędy ostrych jak piła zębów.
Koszmarna zjawa znajdowała się zaledwie kilka jardów od Nebogipfela!
Wrzasnąłem i ruszyłem do akcji, machając rękoma, ale już w chwili, kiedy to robiłem, wiedziałem, że Nebogipfel zginie. Bolałem nad Morlokiem, ale — ze wstydem to odnotowuję — pomyślałem najpierw o sobie, gdyż po jego śmierci zostałbym sam w tym bezmyślnym paleocenie...
I to właśnie w tamtej chwili, z zaskakującą wyrazistością, rozległ się strzał ze skraju lasu.
Wydaje mi się, że pierwsza kula nie trafiła bestii, ale spowodowała, że potwór odwrócił wielki łeb i przestał tak szybko przebierać potężnymi nogami.
Morlok upadł jak długi na piasku, ale wsparł się na łokciach i zaczął czołgać na brzuchu.
Padł drugi, a potem trzeci strzał. Krokodyl wzdrygnął się, kiedy kule uderzyły w jego cielsko. Spojrzał buntowniczo na las, rozwarł szczęki najeżone ostrymi zębami i wydał ryk, który niczym grzmot odbił się echem od drzew. Następnie stwór ruszył z determinacją w kierunku źródła tych niespodziewanych ciosów.
Z lasu wynurzył się niski, krępy mężczyzna w szarym mundurze. Ponownie uniósł karabin, wycelował w krokodyla i czekał spokojnie na zbliżającą się bestię.
Dotarłem do Nebogipfela i postawiłem go na nogi. Drżał. Staliśmy na piasku i czekaliśmy, aż dramatyczna scena dobiegnie końca.
Krokodyl był nie dalej niż dziesięć jardów od żołnierza, kiedy padł kolejny strzał. Krokodyl potknął się — dostrzegłem krew spływającą z jego pyska — ale natychmiast energicznie się podniósł. Huknęły kolejne strzały i kule po kolei wbijały się w olbrzymie cielsko.
Wreszcie w odległości mniejszej niż dziesięć jardów stwór runął na ziemię, kłapiąc wielką paszczą, a żołnierz — spokojny, jak gdyby nigdy nic — odsunął się na bok, robiąc bestii miejsce.
Odnalazłem maskę Nebogipfela, po czym obaj ruszyliśmy szlakiem krokodyla w górę plaży. Potwór rozrył piasek pazurami, kilka ostatnich śladów poznaczonych było śliną, śluzem i parującą krwią. Z bliska krokodyl wyglądał jeszcze bardziej przerażająco. Oczy i paszczę miał szeroko rozwarte. Kiedy dogorywał, olbrzymie mięśnie jego tylnych nóg drgały, a kopyta waliły o piasek.
Morlok obejrzał dokładnie gorące cielsko.
— Pristichampus — stwierdził niskim głosem podobnym do bulgotu.
Nasz zbawca stał z nogą wspartą na drgających zwłokach bestii. Miał mniej więcej dwadzieścia pięć lat, wyraźnie zarysowane szczęki i szczere spojrzenie. Mimo że otarł się o śmierć, wyglądał na całkiem spokojnego. Uśmiechnął się do nas ujmująco i zobaczyłem, że jest szczerbaty. Jego mundur składał się z brązowych spodni, ciężkich butów i bluzy w kolorze khaki, a na głowie miał zawadiacko nasunięty niebieski beret. Przypuszczałem, że może pochodzić z każdej epoki czy wersji historii, ale wcale mnie nie zdziwiło, kiedy młodzieniec odezwał się potocznym angielskim bez naleciałości obcego akcentu:
— Cholernie paskudny stwór, nieprawdaż? Twarda sztuka. Czy zauważyliście, że musiałem mu strzelić w pysk, zanim padł? A nawet jeszcze wtedy parł do przodu. Trzeba mu oddać sprawiedliwość: był niezgorszym przeciwnikiem!
W obliczu jego spokoju i oficerskich manier poczułem się niezręcznie i dość głupkowato w moim odzieniu ze skóry i z nie ogoloną twarzą. Wyciągnąłem rękę.
— Chyba zawdzięczam panu życie mojego towarzysza.
Uścisnął moją dłoń.
— Nie ma o czym mówić. — Uśmiechnął się szeroko. — Jak sądzę, pan... — Tu wymienił moje nazwisko. — Wie pan, zawsze chciałem to powiedzieć!
— A pan jest... ?
— Och, przepraszam. Nazywam się Gibson. Podpułkownik lotnictwa Guy Gibson. Jestem zachwycony, że pana odnalazłem.
8. OBOZOWISKO
Okazało się, że Gibson nie jest sam. Założył karabin na ramię, odwrócił się i skinął ręką w kierunku ciemnej dżungli.
Z półmroku wyszło dwóch żołnierzy. Koszule obładowanych mężczyzn były przesiąknięte potem i kiedy wkroczyli w napływające światło dnia, wydawali się bardziej podejrzliwi w stosunku do nas i bardziej skrępowani od podpułkownika lotnictwa. Obaj byli Hindusami — sipajami, żołnierzami Imperium. Mieli błyszczące, czarne oczy o zawziętym wyrazie, turbany na głowach i krótko przycięte bródki. Ubrani byli w drelichowe koszule i szorty w kolorze khaki. Jeden dźwigał ciężki karabin maszynowy na plecach i miał przy pasie dwie ciężkie, skórzane torby, najwidoczniej z amunicją do tej broni. Ich duże, srebrzyste epolety lśniły w paleoceńskim świetle słonecznym. Spojrzeli na ścierwo Pristichampusa z nie ukrywanym okrucieństwem.
Gibson powiedział nam, że wraz z tymi żołnierzami poszedł na zwiad. Oddalili się na mniej więcej milę od bazy, która usytuowana była w głębi kraju. (Zdziwiło mnie, że Gibson nie przedstawił żołnierzy po imieniu. Na tamtej odosobnionej plaży w paleoceńskim świecie, w którym znajdowała się zaledwie garstka ludzi, ta drobna niegrzeczność — spowodowana różnicą stopni wojskowych, do której Gibson najwyraźniej przywiązywał dużą wagę — wydawała mi się niedorzecznością!)
Jeszcze raz podziękowałem Gibsonowi za uratowanie Morloka i zaprosiłem go na śniadanie w naszym schronieniu.
— To niedaleko, idąc wzdłuż plaży — wyjaśniłem, pokazując ręką. Gibson spojrzał w tamtym kierunku, osłaniając dłonią oczy.
— Cóż, konstrukcja wygląda na dość solidną.
— Solidną? No myślę! — odparłem i wdałem się w długi, dość obszerny wywód o naszym nie dokończonym schronieniu, z którego byłem przesadnie dumny, i o tym, jak udało nam się przeżyć w paleocenie.
Guy Gibson założył ręce za plecami i słuchał z kamiennym, uprzejmym wyrazem twarzy. Sipaje obserwowali mnie, zaintrygowani i podejrzliwi, trzymając ręce w pobliżu broni.
Po kilku minutach dostrzegłem z opóźnieniem obojętność Gibsona. Przestałem paplać.
Gibson rozejrzał się bystro po plaży.
— Uważam, że poradził pan tu sobie nadzwyczaj dobrze. Nadzwyczaj. Przypuszczam, że po kilku tygodniach takiego życia w stylu Robinsona Crusoe zwariowałbym z powodu samotności. Puby zostaną otwarte dopiero za pięćdziesiąt milionów lat!
Uśmiechnąłem się na jego żart — nie podzielałem jego wesołości — i poczułem się zażenowany z powodu mojej przesadzonej dumy z takich marnych osiągnięć w obliczu tego ideału kompetencji.