Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Statki czasu [The Time Ships - pl]
Statki czasu [The Time Ships - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Statki czasu [The Time Ships - pl]

Электронная книга - «Statki czasu [The Time Ships - pl]». Краткое содержание книги:

Powieść napisana została z pozycji pojmowania kosmosu przez człowieka końca dwudziestego wieku i zdobyczy współczesnej nauki; jest nowoczesną reinterpretacją wizji Wellsa. Podróżnik w czasie u Baxtera zmierza ku nieskończoności. Jego zadanie jest daleko ważniejsze niz tylko uratowanie Weeny: prócz tajemnicy przyszłości musi także rozwiązać paradoksy otaczającego go świata.
Autoryzowana kontynuacja Wehikułu czasu Herberta George’a Wellsa.
1 ... 70 71 72 73 74 75 76 77 78 ... 128
Перейти на страницу:

Usiłował wstać. Kosmyki jego włosów zwisały jak kawałki przemoczonej tkaniny. Chciałem go chwycić, a on próbował wyrwać się z mojego uścisku. Gdyby był zdrowy, być może zdołałby mi uciec, ale przeszkadzała mu chora noga i bez trudu złapałem go.

— Nie mogę jej uratować! — krzyknąłem mu w twarz. — Będziemy mieli szczęście, jeśli zdołamy ujść z tego z życiem!

Po tych słowach przerzuciłem go sobie przez ramię i wyszedłem z chaty, zmierzając do lasu. Od razu zobaczyłem, że brnę przez kilkunastocentymetrową warstwę zimnej, bagnistej wody. Wiele razy poślizgnąłem się na grząskim piasku, ale bez przerwy trzymałem jedną ręką wijące się ciało Morloka.

Dotarłem do skraju lasu. Pod osłoną baldachimu liści deszcz nie zacinał już tak mocno. Nadal otaczała mnie czerń i musiałem posuwać się w ciemności, potykając się o korzenie i zderzając z pniami. Ziemia pod moimi stopami była rozmokła i zdradliwa. Nebogipfel przestał się szamotać i leżał spokojnie na moim ramieniu.

Wreszcie dotarłem do drzewa, które wydało mi się znajome: grube i stare, z nisko zwieszonymi bocznymi gałęziami, które wyrastały z pnia na wysokości nieco powyżej głowy. Przerzuciłem Morloka przez gałąź. Zwisał z niej jak przemoczony płaszcz. Następnie sam podciągnąłem się z ziemi — z pewnym wysiłkiem, bo wieki minęły od czasu, kiedy ostatni raz wspinałem się na drzewa — i usadowiłem na gałęzi, opierając plecy o pień.

Pozostaliśmy tam aż do końca burzy. Trzymałem rękę na plecach Morloka, żeby mieć pewność, że nie spadnie lub nie spróbuje wrócić do chaty. Musiałem znieść strumienie wody, które spływały po pniu drzewa i zalewały mi plecy oraz ramiona.

Świt uwydatnił dziwne piękno tego lasu. Spoglądając do góry na baldachim, dostrzegłem, jak deszcz ścieka po liściach, a następnie po pniach ku ziemi. Nie jestem botanikiem, ale teraz zobaczyłem, że las przypomina wielką maszynę, którą zaprojektowano tak, aby przetrwała ataki takiej burzy znacznie lepiej niż prymitywne konstrukcje człowieka.

Gdy napłynęło światło, oddarłem pasek z resztek moich spodni — nie miałem na sobie koszuli — i obwiązałem nim twarz Nebogipfela, żeby ochronić jego oczy. Nie poruszył się.

Deszcz ustał w południe i zdecydowałem, że można zejść. Zdjąłem Nebogipfela na ziemię. Mógł chodzić, ale musiałem go prowadzić za rękę, gdyż bez gogli był ślepy.

Po wyjściu z dżungli zobaczyłem, że dzień jest pogodny, a powietrze orzeźwiające. Od morza wiał przyjemny wietrzyk, a po prawie angielskim niebie szybowały lekkie obłoki. Wyglądało to tak, jakby świat narodził się na nowo; po wczorajszej ciężkiej atmosferze nie było śladu.

Trochę niechętnie zbliżyłem się do szczątków chaty. Kawałki rozbitej konstrukcji, dziwaczny puchar ze skorupy orzecha kokosowego i pozostałe przedmioty zagrzebane były do połowy w wilgotnym piasku. Pośrodku tego wszystkiego zobaczyłem małą diatrymę, która niezdarnie dziobała resztki. Krzyknąłem: „A sio!” i pobiegłem naprzód, klaszcząc w dłonie nad głową. Ptasia bestia uciekła. Fałdy jej obwisłego, żółtego ciała kołysały się przy tym na boki.

Pogrzebałem w gruzach. Większość naszego dobytku przepadła — została zmyta. To prawda, że nasze schronienie było nędzne, a przedmioty, które uważaliśmy za swój majątek, sklecone bądź naprawione na poczekaniu, ale był to nasz dom. Naruszenie naszej prywatności wstrząsnęło mną.

— Co z machiną? — zapytał mnie Nebogipfel, obracając obwiązaną twarz w różne strony. — Co z samochodem czasu?

Pogrzebałem trochę w ziemi i znalazłem kilka rozporek, rurek oraz płytek, kawałki pogruchotanego spiżu armatniego, które były jeszcze bardziej zniszczone niż przedtem. Jednak kadłub samochodu został zmyty do morza. Z zamkniętymi oczami Nebogipfel pomacał palcami szczątki.

— No cóż — stwierdził — będzie musiało wystarczyć to co zostało.

Usiadł na piasku, poszukał po omacku kawałków płótna i pnączy, po czym jeszcze raz zaczął cierpliwie budować machinę czasu.

6. SERCE I CIAŁO

Po burzy nie udało nam się nigdy odzyskać gogli Nebogipfela i okazało się to dużym utrudnieniem dla Morloka. Ale nie narzekał. Tak jak dotychczas, za dnia nie oddalał się od cienia, a jeśli musiał wychodzić przed nastaniem zmierzchu lub o świcie, zakładał kapelusz z szerokim rondem i ukrywał oczy pod maską ze szparami, którą zrobiłem mu ze zwierzęcej skóry, aby mógł cokolwiek widzieć.

Burza była dla mnie wstrząsem zarówno psychicznym jak i fizycznym, gdyż do tamtej pory wydawało mi się, że zabezpieczyłem się przed nieszczęściami, które mogły na mnie spaść w tym świecie. Zdecydowałem, że musimy sobie zapewnić większe bezpieczeństwo. Po namyśle doszedłem do wniosku, że trzeba zbudować solidną chatę na palach — po to, żeby nie zalała jej woda w trakcie przyszłych deszczów monsunowych. Nie mogłem jednak liczyć na to, że opadłe gałęzie będą odpowiednim budulcem, gdyż często były pokrzywione i czasami zbutwiałe. Potrzebowałem pni, a do tego potrzebna mi była siekiera.

Tak więc zabawiłem się w geologa-amatora, krążąc po okolicy w poszukiwaniu odpowiednich skał. Wreszcie w warstwie żwirowatej gleby na obszarze Hampstead Heath znalazłem kilka ciemnych, obłych krzemieni oraz czertów. Pomyślałem, że te gruzy musiała tu nanieść jakaś rzeka, której już nie ma.

Zaniosłem te skarby do obozowiska, obchodząc się z nimi tak ostrożnie, jakby były ze złota lub czegoś jeszcze cenniejszego, gdyż złoto nie miałoby dla mnie żadnej wartości.

Zabrałem się do rozbijania krzemieni na plaży. Musiałem przeprowadzić sporo eksperymentów i zmarnowałem dość dużo krzemieni, nim odkryłem, jak rozłupywać bryły wzdłużnie, by ukształtować długie, ostre krawędzie. Robiłem to niezdarnie i niewprawnie. Dawniej zdumiewały mnie wycyzelowane groty strzał i ostrza siekier, które wystawione są w szklanych gablotach w naszych muzeach, ale dopiero wtedy, gdy sam próbowałem zrobić takie narzędzia, zrozumiałem, jak wielkie umiejętności i zmysł praktyczny posiadali nasi przodkowie w epoce kamienia gładzonego.

Wreszcie zrobiłem ostrze, które uznałem za zadowalające. Przymocowałem je do krótkiego kawałka drewna, przywiązując paskami ze zwierzęcej skóry, i w wesołym nastroju ruszyłem do lasu.

Po niespełna piętnastu minutach wróciłem ze szczątkami siekiery w ręku. Roztrzaskała się przy drugim uderzeniu, robiąc zaledwie rysę na korze drzewa!

Jednak po dalszych eksperymentach zrobiłem siekierę właściwie i wkrótce ścinałem młode, proste drzewka.

Zdecydowałem, że nadal będziemy obozować na plaży, ale zadbałem o to, żeby nasza chata znajdowała się wysoko nad poziomem przypływu i żeby nie zagrażała jej powódź wskutek wezbrania wód strumienia. Wykopanie dołów pod fundamenty na głębokość, która mnie zadowalała, zabrało mi sporo czasu, ale w końcu wzniosłem kwadratowy szkielet z pionowych, bezpiecznie umocowanych pali, na których rozłożyłem platformę złożoną z powiązanych ze sobą cienkich kłód na wysokości mniej więcej jarda nad ziemią. Podłoga ta była nierówna i postanowiłem, że pewnego dnia rozwinę swoje umiejętności w dziedzinie stolarstwa. Kiedy jednak położyłem się spać w nocy, podłoga wydawała się solidna i bezpieczna i uspokajała mnie myśl, że nie leżymy bezpośrednio na ziemi, na której czyhały rozmaite niebezpieczeństwa. Prawie pragnąłem nadejścia kolejnej burzy, by przetestować moją nową konstrukcję!

Po drabinie, którą dla niego zbudowałem, Nebogipfel wniósł szczątki samochodu czasu na platformę i tam kontynuował uparcie odbudowę machiny.

1 ... 70 71 72 73 74 75 76 77 78 ... 128
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)