Statki czasu [The Time Ships - pl]
- Автор: Бакстер Стивен М.
- Год: 1996
- Язык: польский
- Год: Zysk i S-ka
- ISBN: 83-7150-087-4
- Переводчик: Edward Szmigiel
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Statki czasu [The Time Ships - pl]». Краткое содержание книги:
Autoryzowana kontynuacja Wehikułu czasu Herberta George’a Wellsa.
Lśniące skrzydła znów się przechyliły i ogłuszył nas warkot silnika. Samolot wzbił się wysoko i poleciał nad lasem w kierunku oddziału ekspedycyjnego.
Hilary ruszyła pędem przez plażę, pozostawiając za sobą wskutek kuśtykania asymetryczne wgłębienia w piasku.
— Dokąd pani idzie?
Sięgnęła po buty i zaczęła je pospiesznie zakładać, nie dbając o skarpety.
— Oczywiście do obozu.
— Ale... — Spojrzałem na naszą małą, żałosną kupkę małży. — Przecież nie prześcignie pani messerschmitta. Co pani zrobi?
Podniosła pistolet i wyprostowała się. Zamiast odpowiedzieć, spojrzała na mnie oczami bez wyrazu, a następnie odwróciła się i przedarła przez pas palm, które stanowiły skraj lasu, po czym zniknęła w cieniu drzew dipterocarps.
Hałas silnika messerschmitta przycichł, wytłumiony przez leśny baldachim. Zostałem sam na plaży, z małżami i pluskiem fal uderzających o brzeg.
To wszystko wydawało się zupełnie nierealne: wojna przeniesiona do tej paleoceńskiej idylli? Nie czułem strachu, doznawałem jedynie uczucia dziwacznej dyslokacji.
Otrząsnąłem się i przygotowałem, by ruszyć w ślad za Bond do lasu.
Nie zdążyłem dotrzeć do butów, kiedy dotarł do mnie płynny głos:
— Nie!... Idź do wody... Nie!...
To Nebogipfel szedł utykając przez plażę w moim kierunku. Jego sklecona na poczekaniu kula pozostawiła ciąg głębokich, wąskich dołków. Zobaczyłem, że luźny skraj jego maski trzepocze, kiedy Morlok podążał chwiejnym krokiem naprzód.
— O co chodzi? Czy nie widzisz, co się dzieje? Die Zeitmaschine...
— Do wody. — Wsparł się na kuli, wątły jak szmaciana lalka, a jego ciałem wstrząsały gwałtowne oddechy. Sapał tak mocno, że ledwie mogłem rozróżnić, co mówi. — Woda... Musimy wejść do...
— Nie czas na pływanie, chłopie! — ryknąłem z oburzeniem. — Czy nie widzisz...
— Nie rozumiesz — wysapał. — Ty... ty nie... Chodź...
Odwróciłem się z roztargnieniem i spojrzałem ponad lasem. Dostrzegłem znikający kształt die Zeitmaschine, kiedy przelatywała nisko nad drzewami, jej zielone i niebieskie plamy farby odbijały się wyraźnie na tle listowia. Maszyna leciała z nadzwyczajną prędkością, a jej odległy warkot przypominał brzęczenie rozgniewanego owada.
Potem usłyszałem stukot dział artyleryjskich i świst pocisków.
— Bronią się — powiedziałem do Nebogipfela, podekscytowany działaniami wojennymi. — Widzisz? Latająca maszyna najwidoczniej odkryła oddział ekspedycyjny, ale oni strzelają do niej z dział...
— Morze — powiedział Nebogipfel.
Chwycił moje ramię palcami słabymi jak u dziecka i zrobił to tak ponaglająco, tak błagalnie, że musiałem oderwać wzrok od walki powietrznej. Ubrudzona maska ukazywała jedynie szpary oczu Morloka, a jego usta były szeroko otwarte i drżały.
— To jedyne schronienie w pobliżu — ciągnął. — Może wystarczy...
— Schronienie? Walka toczy się dwie mile stąd. Jaka może nam się stać krzywda, kiedy stoimy na tej pustej plaży?
— Bomba... Czy nie zauważyłeś bomby, którą Niemcy ze sobą przywieźli? — Włosy Nebogipfela były proste i przylegały gładko do jego głowy. — Bomby z tej historii wprawdzie nie są wyrafinowane, to zwykłe grudy karolinu... ale mimo to są dość skuteczne. Nie jesteś w stanie w żaden sposób pomóc ekspedycji! Nie teraz... Musimy zaczekać, aż walka dobiegnie końca.
Podniósł na mnie wzrok.
— Rozumiesz? Chodź — powiedział i znów mnie pociągnął. Upuścił kulę i wsparł się na moim ramieniu.
Jak dziecko pozwoliłem się zaprowadzić do wody.
Wkrótce dotarliśmy na głębokość co najmniej czterech stóp. Woda sięgała Morlokowi do ramion. Kazał mi przykucnąć, więc ja też byłem prawie cały zanurzony w słonej wodzie.
Nad lasem messerschmitt przechylił się i zawrócił, pikując jak jakiś drapieżny ptak z metalu. Działa artyleryjskie wystrzeliły w kierunku die Zeitmaschine i pociski rozerwały się, tworząc kłęby dymu, które rozpłynęły się w paleoceńskim powietrzu.
Przyznaję, że ta walka powietrzna — pierwsza, jaką kiedykolwiek widziałem — przyprawiła mnie o dreszczyk. W moim umyśle tłoczyły się wizje długich potyczek w powietrzu, które musiały odbywać się na niebie nad Europą w roku 1944. Wyobraziłem sobie lotników, którzy unosili się na wietrze, zabijali i spadali jak anioły Miliona. Pomyślałem, że to apoteoza wojny. Czymże był brud okopów w porównaniu z tym wzniosłym triumfem, tym śmiałym lotem ku chwale lub śmierci?
Teraz messerschmitt oddalił się po spirali od wybuchających pocisków, nieomal że leniwie, i zaczął się wspinać wyżej. Kiedy zakończył ten manewr, wydawał się zawieszony w powietrzu — zaledwie przez chwilę, setki stóp nad ziemią.
I wtedy zobaczyłem, jak bomba — ten śmiercionośny, pomalowany na niebiesko strąk — dość delikatnie oddziela się od swego rodzica i zaczyna spadać na ziemię.
Pojedynczy pocisk wyleciał z lasu po łuku i zrobił dziurę w skrzydle latającej maszyny. Buchnął płomień i die Zeitmaschine w kłębach dymu oddaliła się, wykonując zwariowane pętle.
Krzyknąłem z radości.
— Dobry strzał! Nebogipfelu, czy widziałeś to?
Ale Morlok wynurzył się z wody i swoimi miękkimi rękami ściągnął moją głowę w dół.
— Schyl się — powiedział. — Zanurz się w wodzie...
Ostatni obraz, który zdążyłem zobaczyć, to smuga dymu wyznaczająca trasę pikującego messerschmitta i poprzedzająca go spadająca bomba podobna do błyszczącej gwiazdy, prawie zbyt jasnej, by na nią patrzeć.
Zanurzyłem głowę w morzu.
11. BOMBA
W jednej chwili łagodne światło paleoceńskiego słońca zniknęło.
Powietrze nad powierzchnią wody wypełnił purpurowo-fioletowy, oślepiający blask. Nade mną rozległ się potężny grzmot. Był to huk wielkiej eksplozji, któremu towarzyszył potworny ryk jakby rozdzieranej ziemi. To wszystko złagodzone zostało przez kilkucalową warstwę wody nade mną, ale mimo to hałas był taki głośny, że musiałem zatkać uszy rękami. Wykrzyknąłem i z ust wypłynęły mi bąbelki, które przemknęły po mojej twarzy.
Początkowy huk przycichł, ale ryk wciąż trwał. Niebawem zabrakło mi powietrza i musiałem się wynurzyć. Wziąłem głęboki oddech i potrząsnąłem głową, żeby strząsnąć krople wody z oczu.
Hałas był ogłuszający. Dochodzące z lasu światło było zbyt jasne, by na nie patrzeć, ale pomimo oślepienia dostrzegłem wielką, purpurową kulę ognia, która wydawała się wirować w środku lasu, prawie jak żywa istota. Drzewa zostały poprzewracane jak kręgle wokół tamtego robiącego piruety ognia, a olbrzymie odłamki roztrzaskanych drzew dipterocarps były unoszone i rozrzucane w powietrzu z taką łatwością, jak zapałki. Zobaczyłem zwierzęta wybiegające z lasu, które w popłochu uciekały z tego piekła. Rodzina ptaków diatryma, ze zmierzwionymi i przypalonymi piórami, szła utykając w kierunku wody i pojawił się okazały, dorosły przedstawiciel pristichampusa, człapiąc po piasku.
Teraz ognista kula wydawała się atakować samą ziemię, jakby próbowała się w nią wgryźć. Kłęby ciężkich, żarzących się oparów i kawałki skał wyrzucone zostały wysoko i daleko z głębi zdruzgotanego lasu. Wszystkie te odłamki najwidoczniej były nasycone karolinem, gdyż każdy z nich stanowił źródło gorącej, rozpalonej energii, tak iż przypominało to obserwowanie narodzin rodziny meteorytów.