Statki czasu [The Time Ships - pl]
- Автор: Бакстер Стивен М.
- Год: 1996
- Язык: польский
- Год: Zysk i S-ka
- ISBN: 83-7150-087-4
- Переводчик: Edward Szmigiel
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Statki czasu [The Time Ships - pl]». Краткое содержание книги:
Autoryzowana kontynuacja Wehikułu czasu Herberta George’a Wellsa.
Wyrzuciłem ręce w powietrze, podczas gdy wody paleoceńskiego morza obmywały mi kostki.
— A niech to licho porwie, pani kapitan Bond! Przecież jesteśmy w epoce odległej o pięćdziesiąt milionów lat od narodzin Chrystusa! Cóż może tutaj znaczyć ta walka między Anglią i Niemcami, która nastąpi w tak odległej przyszłości?!
— Nie możemy sobie pozwolić na odpoczynek — odrzekła ponuro i ze znużeniem. — Czy pan tego nie rozumie? Musimy tropić Niemców aż do początków Stworzenia, jeśli to będzie konieczne.
— Więc kiedy ta wojna się skończy? Czy nabruździcie w całej wieczności, zanim jej zaniechacie? Czy nie widzi pani, że to wszystko... — Zatoczyłem ręką łuk, mając na myśli całą straszną przyszłość, w której miasta zostaną zburzone, a ludność będzie się tłoczyć w podziemnych jaskiniach — ... jest absurdalne? A może będziecie to ciągnąć aż do chwili, gdy pozostanie tylko dwóch ludzi i jeden z nich roztrzaska temu drugiemu czaszkę kawałkiem cegły? Co?
Bond odwróciła się do mnie — światło odbijające się od morza uwypukliło zmarszczki na jej twarzy — ale nic nie odpowiedziała.
Nasza w miarę spokojna egzystencja po pierwszym spotkaniu z Gibsonem trwała pięć dni.
10. ZJAWA
Było południe, niebo bezchmurne, a dzień pogodny. Przez cały poranek pomagałem nepalskiemu lekarzowi, odgrywając niezdarnie rolę pielęgniarza. Z ulgą przyjąłem zaproszenie Hilary Bond na kolejny wspólny spacer po plaży.
Dość łatwo przeszliśmy przez las — żołnierze zdążyli już wyrąbać szerokie ścieżki, które rozchodziły się promieniowo od bazy — i kiedy dotarliśmy do plaży, w te pędy zsunąłem buty oraz skarpetki, rzuciłem je na skraju lasu i popędziłem do wody. Hilary Bond zdjęła obuwie w mniejszym pośpiechu, układając je na piasku wraz z bronią ręczną, którą miała przy sobie. Podwinęła nogawki — zobaczyłem, jak bardzo zniekształcona jest jej noga, a skóra pokurczona wskutek starego oparzenia — i weszła za mną do spienionej wody przy brzegu.
Zdjąłem koszulę (wszyscy zachowywaliśmy się dość swobodnie w tamtym obozie w starożytnym lesie, zarówno mężczyźni, jak i kobiety) i zanurzyłem głowę oraz górną część ciała w przezroczystej wodzie, nie zważając na to, że zamoczyłem sobie nogawki. Odetchnąłem głęboko, rozkoszując się tym wszystkim: gorącym słońcem, które przypiekało mi twarz, widokiem błyszczącej wody, miękkim piaskiem między palcami u nóg, ostrym zapachem soli i ozonu.
— Widzę, że cieszy pana ten wypad — powiedziała Hilary z pobłażliwym uśmiechem.
— Owszem. — Opowiedziałem jej o tym, jak rano pomagałem lekarzowi. — Bardzo chcę być do czegoś przydatny. Ale dziś rano tyle się nawąchałem odoru chloroformu, eteru i różnych antyseptyków — jak również bardziej przyziemnych zapachów, że...
Uniosła ręce.
— Rozumiem.
Wyszliśmy z morza. Wytarłem się do sucha koszulą. Hilary wzięła pistolet, ale buty pozostawiliśmy ułożone na plaży i ruszyliśmy skrajem wody. Po kilkudziesięciu jardach dostrzegłem płytkie wgłębienia zdradzające obecność corbiculi — małży, które zamieszkiwały tę plażę w bardzo dużej liczbie. Przykucnęliśmy na piasku i pokazałem jej, jak wykopać drobne żyjątka. Po kilku minutach mieliśmy ich całkiem sporo. Suszyły się na kupce obok nas.
Wilgotne, krótko przycięte włosy Hilary przylegały gładko do głowy. Kiedy oglądała małże z dziecięcym zafascynowaniem, twarz dziewczyny jaśniała radością i dumą, że sama zdołała je wykopać. Byliśmy zupełnie sami na plaży — z powodzeniem moglibyśmy być jedynymi ludźmi w tym paleoceńskim świecie. Czułem każdą kropelkę potu na głowie, każde ziarenko piasku, które ocierało się o moje golenie. A nad tym wszystkim królowało zwierzęce ciepło kobiety przy moim boku. Wydawało mi się, jakby wielorakie światy, które przebyłem, skurczyły się do tej jednej chwili żywych wrażeń — do teraźniejszości.
Chciałem podzielić się swoimi odczuciami z Hilary.
— Wie pani...
Ale ona wyprostowała się i zwróciła twarz w kierunku morza.
— Proszę posłuchać.
Spojrzałem zaskoczony na skraj lasu, chlupoczącą o brzeg wodę i puste niebo. Jedyne dźwięki, które słyszałem, to szelest lekkiego wietrzyku pośród koron drzew i cichy plusk drobnych fal uderzających o brzeg.
— Czego?
Jej inteligentna, zacięta twarz żołnierza przybrała surowy i podejrzliwy wyraz.
— Ma jeden silnik — powiedziała w skupieniu. — To Daimler-Benz DB, chyba dwunastocylindrowy...
Zerwała się na równe nogi i przyłożyła dłonie do czoła, robiąc z nich daszek nad oczami.
A potem ja też usłyszałem odległy odgłos, który przypominał brzęczenie jakiegoś olbrzymiego owada i dochodził do nas znad morza.
— Proszę spojrzeć — powiedziała Hilary, pokazując ręką. — Tam, w oddali. Widzi pan?
Spojrzałem we wskazanym kierunku i dostrzegłem jakiś niewyraźny kształt, który wisiał nad morzem daleko na wschodzie. Była to plama rodem z innego świata — tarcza nie większa od księżyca w pełni, krąg załamanego światła, które błyszczało i zabarwione było na zielono.
Potem odniosłem wrażenie, że w środku znajduje się jakiś obiekt, który przemienia się w ciało stałe i wiruje. Na koniec wyłonił się wyraźny, ciemny, podobny do krzyża kształt, który pędził coraz niżej po niebie. Nadlatywał ze wschodu, z rejonu, w którym kiedyś miały powstać Niemcy. Brzęczenie stało się znacznie głośniejsze.
— Mój Boże — odezwała się Hilary Bond. — To messerschmitt Typ „Orzeł”. Wygląda na model Bf 109F...
— Messerschmitt... To niemiecka nazwa — powiedziałem idiotycznie.
Spojrzała na mnie.
— Oczywiście, że niemiecka. Czy pan wciąż nie rozumie?
— Co takiego?
— To niemiecki samolot. To die Zeitmaschine, która przyleciała, żeby nas wytropić!
Gdy samolot zbliżył się do brzegu, przechylił się lekko w powietrzu jak mewa na wietrze i zaczął lecieć równolegle do krawędzi morza. Z głośnym warkotem i tak dużą prędkością, że Hilary i ja musieliśmy obrócić się na pięcie, by śledzić lot maszyny, samolot przeleciał nad naszymi głowami na wysokości niespełna stu stóp.
Maszyna miała jakieś trzydzieści stóp długości i być może trochę większą rozpiętość skrzydeł. Na jej czubie wirowało śmigło, którego łopaty były rozmazane wskutek szybkich obrotów. Spód samolotu pomalowano na kolor niebieskoszary, a górne części w brązowo-zielone cętki. Czarne krzyże na kadłubie i skrzydłach wskazywały kraj pochodzenia samolotu, a na pomalowanym poszyciu widniały inne, bardziej krzykliwe symbole wojskowe: głowa orła, uniesiony miecz i tak dalej. Spód maszyny był dość gładki, z wyjątkiem pojedynczego ładunku: metalowego przedmiotu w kształcie łzy o długości mniej więcej sześciu stóp, który pomalowano na wszechobecny kolor niebieski.
Przez pewien czas Bond i ja staliśmy w bezruchu, oszołomieni tym nagłym pojawieniem się samolotu, jakbyśmy byli świadkami zstąpienia istoty nadprzyrodzonej.
Łatwo ekscytujący się, młody człowiek pogrzebany gdzieś głęboko w mojej duszy — cień biednego, zmarłego Mosesa — doznał dreszczyku emocji na widok tej eleganckiej maszyny. Cóż to za przygoda dla pilota! Cóż za wspaniały widok! I jakiej niezwykłej odwagi wymagało poderwanie tej maszyny w czarne od dymu powietrze Niemiec roku 1944 — wzniesienie samolotu na tak dużą wysokość, że krajobraz środkowej Europy musiał się zmniejszyć do rozmiarów mapy, urozmaiconego blatu pokrytego piaskiem, wodami mórz, lasami i maleńkimi ludźmi przypominającymi lalki — a potem zamknięcie obwodu i wyruszenie w czas. Wyobraziłem sobie, jak Słońce biegnie po łuku nad samolotem niczym meteoryt, podczas gdy pod dziobem krajobraz, uplastyczniony przez czas, przepływa i ulega deformacji...