Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]
- Автор: Тертлдав Гарри Норман
- Серия: Videssos (pl) #3
- Год: 1995
- Язык: польский
- Год: Amber
- ISBN: 83-7082-893-0
- Переводчик: Janusz Ochab
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]». Краткое содержание книги:
Trybun dojrzał Nevrate Sviodo stojącą obok Gerungusa. Poznał ją po gęstych, czarnych włosach opadających na ramiona. Uśmiechnęła się, gdy ich spojrzenia się spotkały. Poruszyła nieznacznie ręką, by pokazać rozpalony tłum, potem wskazała na Skaurusa i kiwnęła głową, jakby oddzielając od wszystkich zgromadzonych tylko ich dwoje. On też skinął głową, doskonale ją rozumiejąc. Jako Vaspurakanerka, wyznawała inny jeszcze odłam religii Phosa, podczas gdy Rzymianin w ogóle nie liczył się w tym sporze. Dyskusja nie budziła w nich żadnych emocji.
Styppes dyszał i sapał jak wieloryb wyrzucony na brzeg, szykując się do następnego uderzenia.
— Bardzo ładnie — warknął. — Ale Phos nie gra w kości ze Skotosem o porządek we wszechświecie: „podwójne słońca” to pokój i ład, a „podwójna szóstka demonów”, głód i wojna. To oznaczałoby chaos w sercu Phosa, co nie może się zdarzyć. Nie, mój przyjacielu, to nie takie proste. Boski plan Phosa jest bardziej przemyślany. A i Skotos nie potrzebuje gry w kości, by dopiąć swego, gdy ma takich ludzi jak ty, który odciągasz ludzi od prawdziwej wiary. Demony ciemnego boga zapisują każdy twój grzech w swoich księgach, tak, dzień i godzinę, w której został popełniony i jego świadków. Tylko szczera pokuta i nawrócenie na prawdziwą wiarę Phosa może wymazać taką listę. Każde bluźnierstwo wypływające z twych ust przybliża cię o krok do wiecznego lodu!
Styppes był naprawdę zaangażowany w to, co mówił, ale Skaurus nie cenił wysoko jego logiki. Gdy videssański kapłan i jego przeciwnik z Namdalen spierali się dalej, pewien szczegół przyciągnął uwagę trybuna. To, co mówił Styppes o demonach siedzących w piekle i ich spisach grzechów, mogło być opisem ksiąg podatkowych videssańskich poborców. Nie przypuszczał, by to podobieństwo było dziełem przypadku i zastanawiał się, czy Videssańczycy sami to zauważyli.
Wciągnąwszy niechcący smugę śmierdzącego, duszącego dymu, trybun rozkasłał się na chwilę, wchodząc po schodach do siedziby gubernatora prowincji Garsavra. Był to budynek z czerwonej cegły, z dodatkiem marmurowych kolumn ozdabiających wejście. Ciężko uzbrojone oddziały legionistów patrolowały rynek i główne ulice miasta pilnując, by zamieszki nie wybuchły na nowo. Gdyby te, które dopiero co opanowano, miały miejsce kilka dni wcześniej, złożyłby to na karb debaty teologicznej. W tej jednak sytuacji podejrzewał, że rozruchy wzniecali bogaci kupcy i magnaci, czekający na niego w środku — ludzie, którzy będą musieli wyłożyć pieniądze na wykupienie Draxa i jego kompanów z rąk Yezda. Gdyby udało im się pozbyć Rzymian z Garsavry, ich sakiewki byłyby bezpieczne. Zresztą, wielu z nich wciąż popierało Namdalajczyków.
Cieszył się, że ma za plecami swoich oficerów. Wszyscy ubrani byli w najświetniejsze zbroje, grzebieniaste hełmy, krótkie oficerskie peleryny, pancerze wypolerowane do połysku — wszystko to mogło wywrzeć duże wrażenie na Garsavranach. Za nimi postępował herold, trzymając swój róg, jakby był to miecz.
Skaurus po raz kolejny powtarzał w myślach zapamiętane wcześniej frazy i zdania, którymi miał przemówić do zgromadzonych bogaczy. Styppes, jak zwykle gderając, pomógł mu je opracować. Videssański trybuna wystarczał do codziennych rozmów, ale na oficjalnych zebraniach wymagano od mówców formalnego przemówienia, a to był niemal inny język. Co prawda, Gavrasowie pozwalali sobie czasem na szczerość i prostotę, ale każdy wiedział, iż jest to tylko kwestia chwilowego kaprysu. Gdyby trybun tak sobie poczynał, uznano by go za barbarzyńcę, a dzisiaj musiał wyglądać na przedstawiciela władzy Imperatora. Styppes uważał, że przemówienie i tak jest zbyt proste, ale bardziej kwiecistego Rzymianin już by nie zniósł.
Odwrócił się do Gajusza Filipusa, który wysłuchiwał jego prób.
— Co by o tym powiedział Cyceron?
— Ten gruby gaduła? A kogo to obchodzi? Na mównicy Cezar jest wart pięciu takich jak on. Mówi, co ma powiedzenia i koniec. A co do przemówienia — to z całym szacunkiem — myślę, że zrzygałby się na swoją togę, gdyby musiał tego słuchać.
— Nie powiem, żebym mu się specjalnie dziwił; czuję się jak Ortaias Sphrantzes.
— Och, aż tak źle nie jest, panie — powiedział szybko Gajusz Filipus. Roześmiali się obaj. Ortaias nigdy nie używał jakiegoś słowa, gdy mógł je zastąpić dziesięcioma innymi — zwłaszcza jeśli osiem z nich było zupełnie niejasnych.
Marek przepuścił herolda. Wszedł on pierwszy do sali, w której gubernator przyjmował delegacje. Trybun po raz pierwszy mógł się przyjrzeć lokalnym magnatom — około dwudziestce mężczyzn, którzy siedzieli gawędząc po przyjacielsku między sobą i grzejąc się w blasku późnolet-niego słońca.
Ostry dźwięk trąbki uciął te pogaduszki. Niektórzy aż podskoczyli. Wszyscy odwrócili głowy w stronę drzwi, przez które wchodził Skaurus. Nie rozglądał się ani na lewo, ani na prawo, gdy zajmował miejsce w wysokim krześle zarządcy i kładł ręce na wspaniałym stole z drzewa różanego. Wielu ludzi zasiadało ostatnio na tym miejscu — pomyślał — prawowici gubernatorzy, Ono-magoulos, Drax, Zigabenos, a teraz on sam — i lepiej, że on a nie Yavlak.
Jego oficerowie ustawili się za nim — Gajusz Filipus, Juniusz Blesus i Sekstus Minucjusz, wszyscy nieruchomi jak posągi; Sittas Zonaras, który przydawał im videssańskiego charakteru; imponujący w swej zbroi Vaspurakanera, Gagik Bagratouni; i Laon Pakhymer, na wpół rozbawiony całą sytuacją.
Trybun podniósł się, patrząc z góry na swoją publiczność. Odpowiedziały mu spojrzenia — niektóre wyraźnie pod wrażeniem tej parady, inne znudzone, jeszcze inne całkiem wrogie. Większość z jego słuchaczy wyglądała na ugrzecznionych kupców. Nie jest źle — pomyślał — nie gorzej niż w Mediolanie, gdzie musiał stawić czoło senatowi miasta — jak odległa zdawała się ta chwila!
Wziął głęboki oddech. Zamarł na moment z przerażenia myśląc, że jednak wszystko zapomniał, ale gdy tylko zaczął mówić, słowa nasunęły się same.
— Panowie, zostaliście przeze mnie wybrani i zaproszeni na dzisiejsze spotkanie — proszę więc, byście raczyli mnie wysłuchać. Wiecie jak Namdalen nikczemnie podporządkował sobie miasta zachodu — ściągnął z was haracz, spustoszył wasze wsie i miasteczka, opętany szaleństwem swojej rebelii; jak podle traktował bezbronnych ludzi, którzy zniewoleni siłą, musieli oddawać dorobek całego swojego życia na rzecz zbrodniczych planów Namdalen. Dlatego zdumiewającym jest dla mnie, drodzy panowie, jak łatwo dajecie się zwodzić tym, którzy was oszukali i chcą teraz znaleźć u was pomoc — kosztem waszej krwi. To właśnie ci, którzy wyrządzili wam tak wiele krzywd, bo jakież to korzyści przyniosła wam rebelia, oprócz morderstw, gwałtów i kalectwa?
Niemal roześmiał się, widząc wytrzeszczone ze zdumienia oczy grubasa z drugiego rzędu, handlarza winem. Zapewne nie słyszał nigdy, by cudzoziemiec powiedział coś bardziej skomplikowanego niż „Nalej mi jeszcze”.
Po raz pierwszy znajdując przyjemność w wygłaszaniu takiego przemówienia, trybun kontynuował:
— Teraz ci, którzy gotowi są pomóc Namdalen, chcą was przeciągnąć na swoją stronę i wzniecają złość i gniew w mieście, choć sami nie odważą się ryzykować własnym majątkiem i zdrowiem. — Niech się nawzajem podejrzewają — pomyślał Marek. — W tym samym czasie jednakże, domagają się oni, by Imperium nadal ich ochraniało, a swoją winę próbują zrzucić na niewinnych. Czy możecie pozwolić, panowie, by ci, którzy płaszczą się przed rebelią, tak niecnie was wykorzystywali? Jak widzicie, za wolą Phosa — Marek użył frazy, którą podpowiedział mu Styp-pes, a na którą sam by nigdy nie wpadł — Namdalen jest uwięziony. Teraz, gdy jego nikczemność już nam nie zagraża, musimy dołożyć wszelkich starań, by mieć pewność, że nie wymknie się nam jak ogień z pieca. Ale ten, który go więzi, żąda zapłaty.