Pierwsze uderzenie [Gust Front - pl]
- Автор: Ринго Джон
- Год: 2004
- Язык: польский
- Год: ISA
- ISBN: 83-88916-73-4
- Переводчик: Przemyslaw Bielinski
- Жанр: Боевая фантастика
Электронная книга - «Pierwsze uderzenie [Gust Front - pl]». Краткое содержание книги:
Wybraliśmy walkę.
— Czy jest pani na liście do losowania? — zapytała.
Shari patrzyła na nią szeroko otwartymi oczami. Minęła długa chwila, zanim pytanie do niej dotarło.
— Co?
— Wrzuciła pani swoje nazwisko do koszyka do losowania?
— Losowania? — wyszeptała; z przerażenia i braku wody zaschło jej w ustach i w gardle.
W końcu kobieta pojęła, że Shari jest w szoku.
— Wszystko w porządku?
Shari zaczęła się cicho śmiać, a potem wybuchnęła płaczem.
Każdy krok z parkingu aż do okopów wojska na międzystanowej był ostatni. Kilka razy Posleeni byli tuż przy niej, ale zwabiał ich jakiś bardziej interesujący cel. Kiedy Shari musiała wziąć na ręce Susie, zwalniając jeszcze bardziej, ogarnęła ją pewność, że jej dzieci umrą. A sądząc po dobiegających z tyłu odgłosach, czekająca je śmierć była najgorszą z możliwych.
Marsz przez miasto był jak koszmarny sen, w którym człowieka gonią potwory, a on wie, że lada chwila dopadną go i zabiją. Ale to nie był sen; to była straszna rzeczywistość.
Kobieta przywołała do płaczącej Shari jednego z krzątających się wokół strażaków. Ratownik podszedł z przygotowanym zastrzykiem hibernacyjnym.
Jakaś sanitariuszka chwyciła Shari za ramiona.
— Musisz wziąć się w garść. Jesteś nam potrzebna, potrzebujemy wszystkich matek. Jesteś Shari Reilly, tak?
Shari kiwnęła głową, wciąż nie mogąc powstrzymać płaczu.
Dziewczynki też zaczęły cicho popłakiwać, a Billy siedział i tylko się kiwał, wpatrzony w gęstniejący mrok.
— Przyszłaś z Central Parku?
Shari pokiwała głową, próbując złapać oddech.
— Musisz poczekać, aż wywołają twoje nazwisko. Najgorsze masz już za sobą. Zajmiemy się tobą i twoimi dziećmi. Teraz obejrzę stopę twojej córki.
Podczas kiedy sanitariuszka opatrywała nogę Susie, Shari powoli dochodziła do siebie.
— To normalna reakcja — próbowała ją pocieszać sanitariuszka. — Jesteś w szoku. Jezu, wszyscy jesteśmy w szoku! Ale ty przyszłaś tutaj z…
— Z piekła — dokończył Billy.
Shari przytuliła syna do siebie.
— Wszystko w porządku, skarbie?
— Ja… ja…
— Już dobrze, skarbie, jesteśmy bezpieczni.
— Nie, nie jesteśmy, mamo. Nie kłam.
— Synku — powiedziała stanowczo sanitariuszka — saperzy budują dla was bezpieczne schronienie, a my zrobimy wszystko, co w naszej mocy, żeby odciągnąć uwagę Posleenów i was uratować.
— Myślisz, że się wam uda? — zapytała Shari, z trudem łapiąc oddech między spazmami płaczu.
— Nie mogę niczego obiecać — powiedziała szczerze sanitariuszka — ale będziemy się starać.
— Przepraszam. — Jakaś kobieta wyłoniła się z ciemności. — Ktoś mi powiedział, że pani była w centrum handlowym w Spotsylwanii.
— Jej głos załamał się na moment. — Może widziała pani mężczyznę jadącego — urwała — ciemnozielonym…
— Mój mąż był wysoki…
— Widziała pani…
Wokół niej rósł krąg kobiet rozpaczliwie wypytujących o swoich najbliższych, ale sanitariuszka wstała i zasłoniła ją jak rozjuszona lwica.
— Słuchajcie, ludzie. Wiem, że martwicie się o… o wasze rodziny, waszych mężów, ale ta pani dość już przeżyła…
— Nie — powiedziała Shari drżącym głosem — muszę to powiedzieć, muszę… Za mną nie było już nikogo. Nikogo. Przykro mi…
— Znowu zaczęła cicho płakać. — Nie mogłam nic zrobić. Ja po prostu musiałam iść dalej, rozumiecie? Musiałam ratować dzieci, musiałam iść, cały czas iść… Była tam mała dziewczynka… ale nie chciała iść ze mną, a ja niosłam dzieci… nie mogłam, nie mogłam!
— Cicho — szepnęła sanitariuszka i pogładziła jej włosy. — Już dobrze, wszystko w porządku. Nie można było nic zrobić…
— Musieliśmy iść — zaśmiał się histerycznie Billy. — Szliśmy i szliśmy, i ani razu nie spojrzeliśmy za siebie. Nie wolno patrzeć w tył, trzeba tylko iść i iść…
Nagle zaczął krzyczeć.
Sanitariuszka pochyliła się i przycisnęła mu do karku strzykawkę. Już po chwili spał spokojnie.
— Co to było? — krzyknęła Sari i zerwała się na równe nogi.
— Cicho, to tylko zastrzyk hibernacyjny. Będzie teraz spokojnie spał. Musieliśmy uśpić w ten sposób bardzo wielu ludzi.
Szukające mężów żony zniknęły w ciemnościach, a inna sanitariuszka przyniosła im pościel i zupę.
— Umieszczę cię na liście do losowania — powiedziała. — Saperzy wkrótce zaczną zapełniać bunkier.
— Ciekawe, jak im idzie na międzystanowej? — spytała sanitariuszka.
Sylwetka cysterny na estakadzie rozbłysła, oświetlona łuną tysięcy galonów płonącej nafty, ropy i benzyny, kiedy w polu widzenia pojawiły się hordy Posleenów. Wóz strażacki bezustannie pompował strumień mieszaniny łatwopalnych płynów. Po drugiej stronie Plank Road na swoją kolej czekał drugi. Olbrzymi miotacz płomieni wykazywał się co chwila niesamowitym zasięgiem; Posleeni bezskutecznie próbowali przedrzeć się przez zaporę ognia. Za każdym razem strażacy zlewali ich dokładnie paliwem, a potem kierowali jego strumień na najbliższe skupisko płomieni. Atakujący węglili się w wybuchu, a masakra trwała dalej. Za wozami strażackimi stała kolejka odpowiednio od siebie oddalonych cystern.
— Niech mnie cholera, jeśli to nie działa, pani komendant — powiedział pułkownik Robertson z uznaniem.
— Tak, panie pułkowniku. Pomagają też te dziury, które zrobili pańscy chłopcy.
Wskazała na duże kratery na pasie trawy między pasmami ruchu, które zmuszały Posleenów do nadłożenia drogi prawie o kilometr. Wybuchy i strzały wskazywały miejsca potyczek na flankach.
Posleeni nie napierali frontalnie i wydawało się, że na razie nie mają na to ochoty.
— To niesamowite. Chyba jeszcze nie uformowali szyku — powiedział pułkownik — bo podchodzą tylko pojedynczo. Nadciągają z południa przez Jeff Davis i Tidewater Trail. Będziemy musieli opuścić tę pozycję, zanim skończy się nam mieszanka zapalająca.
— Dobra, wycofamy się na pański rozkaz. — Komendant starła z policzka płat sadzy.
Smród palonych ciał Posleenów przypominał swąd palonej gumy.
Dym był tak gęsty, że trzeba było założyć maski tlenowe, zwłaszcza że nie było wiadomo, jakie zawiera toksyny.
— Do wycofania jeszcze daleko — stwierdził z ponurym uśmiechem pułkownik, kiedy kolejna grupa centaurów przypuściła atak na płomienie.
Strażacy niemal zrobili sobie z tego zabawę; dopuszczali wroga blisko, a potem odcinali mu odwrót, oblewali łatwopalną mieszanką i podpalali. Nawet Wszechwładcy nie potrafili znaleźć źródła tych straszliwych strumieni paliwa.
— Chciałbym, żeby ktoś tu panią zastąpił — powiedział pułkownik Robertson — żebyśmy mogli wspólnie przyjrzeć się wybuchowi bomby paliwowo-powietrznej. Mam nadzieję, że nie wybuchnie, zanim zdążymy wypełnić budynek gazem.
— Nie ma sprawy, pułkowniku. Gdzie pan będzie?
— Mam umówione spotkanie przy arsenale. Chodzi o zgotowanie Posleenom przyjęcia.
Starsza pani strażak uśmiechnęła się.
— Cóż, nalej ponczu, a goście na pewno się zlecą.
— A więc czekam na William Street.
— Dobra. Witamy w historycznym Fredericksburgu.
— Chyba przenieśli się już poza William Street — powiedział Mały Tommy i skręcił w Princess Anne Street. — Pewnie do Fauquier albo Hawk.