Pierwsze uderzenie [Gust Front - pl]
- Автор: Ринго Джон
- Год: 2004
- Язык: польский
- Год: ISA
- ISBN: 83-88916-73-4
- Переводчик: Przemyslaw Bielinski
- Жанр: Боевая фантастика
Электронная книга - «Pierwsze uderzenie [Gust Front - pl]». Краткое содержание книги:
Wybraliśmy walkę.
— Główne wojska Posleenów zasadniczo zostały zniszczone, ale od północy i południa nadciągają nowe posiłki. Nasi żołnierze utrzymają się tam jeszcze przez kwadrans.
— To lepiej niż mieliśmy prawo oczekiwać. A bunkier?
— Prawie pełny.
— Bogu dzięki. Powiedz sierżantowi, że to ostatni załadunek.
— Komu przypadnie zaszczyt?
— Myślą, że zostawią to sierżantowi. My musimy iść do miasta.
Kiedy przechodzili koło wejścia do zbrojowni, pułkownik spojrzał na umieszczony na drzwiach frontowych zamek o dwóch wieżach i zaśmiał się ponuro.
— Mam nadzieję, że ci dranie mają dość inteligencji, żeby rozpoznawać insygnia.
— Dlaczego?
— Pomyśl tylko, jak znienawidzą ten symbol.
— Zrobię kolację z tych opętanych przez Alld’nt threshkreenl Kenallai opuścił spodek i brnął przez leżące na drodze zwłoki, żeby przyjrzeć się bliżej skutkom rzezi. Nad polem bitwy wciąż wisiał obłok pyłu i dymu, a rozpłatane ciała jego posleeńskich towarzyszy parowały w chłodzie nocnego powietrza.
— Co to mogło być, do dziewiętnastu Msdrt?!
— To, mój eson’antai — powiedział Kenallurial i wskazał na duże, ubrane na zielono thresh. Nie nadawało się na racje żywnościowe, gdyż wybuch pozbawił je niektórych przednich części. Kenallurial oderwał strzęp zielonego stroju.
— Spójrz na ten symbol. Wszyscy thresh odziani na szaro i zielono noszą różne symbole. Wielu nie potrafimy jeszcze rozszyfrować, ale ten już znamy. Tłumaczy się go mniej więcej jako „przywódca techników wojskowych”. Inni, którzy noszą strzelby, są przywódcami wojowników.
— Technicy wojskowi? — zakpił Ardan’aath. — Cóż to za brednie!
Co wojna ma wspólnego z naprawiaczami? Wojna jest dla wojowników, a nie dla próżniaków z materiałami wybuchowymi zamiast broni! Pokaż mi tych ze strzelbami, a przyniosę ci ich na ostrzu miecza!
Obrócił spodek i popędził w stronę swojego atakującego oolfondar.
Kenallai wziął podany mu strzęp ubrania i obrócił czubek sterczących wież do góry.
— To chyba jakaś budowla.
— Tak, eson’antai. To może być ich kwatera główna. I chociaż potrafią świetnie budować, są też, jak widzisz, mistrzami niszczenia. — Zatoczył szeroki łuk ręką.
— Czy ci technicy wojskowi mają swoją nazwę?
— Tak, mówiąo nich „wojska inżynieryjne” albo „saperzy”.
Kenallurial ledwie wymówił tak trudne wyrazy.
— Saperzy — powtarzał Kenallai. — Mam nadzieję, że już nigdy o nich nie usłyszymy.
Kolejka kobiet i dzieci oczekujących przed bunkrem przesuwała się po kilka kroków do przodu jeszcze wtedy, gdy pułkownik Robertson przechodził pod mostem kolejowym nad Sophia Street.
Kiedy zbliżył się do stacji pomp, zauważył, że porucznik Young prowadzi ożywioną rozmowę z ubranym po cywilnemu budowniczym. Dopływ prądu do miasta został odcięty, co oznaczało również brak zasilania ulicznych latarni, ale na placu budowy ustawiono lampy łukowe i ciemność nie przeszkadzała w pracy buldożerom i koparkom. Wzgórze przy Frederick Street naprzeciwko stacji kolejowej zostało zrównane z ziemią, a ulicy praktycznie już nie było. Nie było też śladu stojących tu wcześniej domów ani szkoły Montessori. W ich miejsce pojawił się urwisty brzeg rzeki Rappahanock.
Stacja pomp była niskim, betonowym budynkiem o wymiarach około piętnaście na dziewięć metrów, zwieńczonym wysokim na sześć metrów silosem. Niższą część częściowo pokrywały rzeczne osady. Wąskie schody prowadziły na szczyt silosu, gdzie niegdyś znajdowało się przeszklone ze wszystkich stron pomieszczenie, zwane „pokojem z czarownym widokiem na rzekę”. Z boku widniały drugie, szersze drzwi, nad którymi umocowany był dźwig.
Właśnie za tymi drzwiami ukrywano zapasowy sprzęt, kiedy stacja jeszcze działała.
Nanoszone na niższy budynek błoto, zwane nadkładem, sięgało prawie do samych drzwi. Właśnie w tej części bunkra przebywali cywile. Wąskie schody zastąpiono szerszą rampą ze stali konstrukcyjnej. Pułkownik Robertson patrzył, jak wojskowi zakładają ładunki wybuchowe, mające zniszczyć rampę, kiedy wszyscy będą już bezpieczni w bunkrze. Otwory na ładunki wybuchowe wywiercono także wokół drzwi bunkra.
Pułkownik Robertson czekał cierpliwie, aż młody porucznik zakończy rozmowę. Nagle zachciało mu się spać. Spojrzał na zegarek i stwierdził, że już od ponad sześciu godzin skutecznie powstrzymują marsz centaurów. Nowa fala Posleenów przekroczyła już drogę międzystanową 95, przełamała obronę na Jeff Devis i parła wzdłuż Tidewater Trail.
Porucznik Young odwrócił się gwałtownie i niemal wpadł na stojącego za nim pułkownika. Podczas tego piekielnego wieczoru zgubił gdzieś okulary i teraz ledwie mógł rozpoznać swojego przełożonego.
— Dobry wieczór, sir — zasalutował. — Mam przyjemność poinformować, że jest dość miejsca dla wszystkich kobiet i dzieci.
Spojrzał na sznur zapłakanych dzieci i wyczerpanych kobiet, wspinających się po rampie do bunkra.
Jeszcze kilkanaście godzin temu te dzieci były pogodne i beztroskie, a teraz, w obliczu nadciągającej inwazji, drżały w chłodzie i mroku, oczekując w każdej chwili nadejścia bestii.
— Oby tylko nam się udało.
— Uda się — zapewnił swojego rozmówcę pułkownik.
W głowie kłębiły mu się wprawdzie czarne myśli, ale było już za późno, żeby zgłaszać jakiekolwiek wątpliwości. Nie było wyboru między tym planem a lepszym, można było wybierać tylko między tym planem a żadnym.
— Cóż, nawet jeśli się nie uda, sir, oni i tak się o tym nie dowiedzą.
— Chce pan ich wszystkich zahibernować?
— Wszystkich oprócz kilku trzeźwo myślących kobiet. Gdyby się okazało, że popełniliśmy jakiś błąd, ktoś będzie mógł go naprawić i uratować innych.
— Ma pan na myśli zaprószenie ognia albo coś w tym rodzaju?
— Tak, albo na przykład reakcję uczuleniową na hibernację. Chłopaki z Bezpieczeństwa Publicznego i rafinerii Quarles świetnie się spisali. Bunkier został przystosowany do dwutygodniowego pobytu. Po tym czasie, zgodnie ze wskazówkami, czuwające matki zahibernują się same w oczekiwaniu na ratunek.
— Sir — powiedział operator radiowy pułkownika Robertsona — drugi oficer na linii.
— Uniform 51, tu Uniform 83, odbiór.
— Tu Uniform 51, odbiór.
— Uniform 51, mamy przebicie do Sunken Road i Kenmore House. Przewidywane wejście na teren starego miasta za pięć, powtarzam, za pięć minut, odbiór.
— Przyjąłem, Uniform 82. Jestem z Uniform 49 przy Punkcie Delta. Plan Jackson prawie wykonany. Koordynujcie z… — Zapomniał sygnału wywoławczego kompanii Charlie. — Koordynujcie z Charlie 6, odbiór.
— Przyjąłem, Uniform 51, tu Uniform 82. — Przez chwilę było cicho, po czym radio zatrzeszczało ostatni raz. — Miło było cię znać, Frank.
— Nawzajem, Ricky. Bóg na pewno rozpozna swoich.
— Potwierdzam, bez odbioru.
Pułkownik Robertson oddał mikrofon oficerowi łączności.
— Musimy ich popędzić — wskazał na malejącą kolejkę kobiet i dzieci.
— Tak jest, sir. Muszę zorganizować więcej nadkładu, ale jeśli pan uważa, że należy popędzić cywilów, cóż, tym też możemy się zająć.
Pułkownik zaśmiał się.
— Szkoda, że nie mamy żadnego wsparcia. Przydałoby się teraz odwrócić uwagę wroga.
35