Pierwsze uderzenie [Gust Front - pl]
- Автор: Ринго Джон
- Год: 2004
- Язык: польский
- Год: ISA
- ISBN: 83-88916-73-4
- Переводчик: Przemyslaw Bielinski
- Жанр: Боевая фантастика
Электронная книга - «Pierwsze uderzenie [Gust Front - pl]». Краткое содержание книги:
Wybraliśmy walkę.
— Wydałem wam rozkaz odwrotu. Nie poślę żołnierzy na pewną śmierć. Generale, macie zawrócić oddziały, i to już. Odmowa będzie oznaczać niewykonanie bezpośredniego rozkazu w walce. To moje ostatnie słowo.
Mimo narastającego napięcia Simosin próbował mówić spokojnie.
— No cóż, skoro to pańskie ostatnie słowo, generale, niech będzie.
— Więc wycofajcie żołnierzy! Wyrażę się jaśniej: nie wolno wam atakować Posleenów bez bezpośrednich rozkazów ode mnie albo generała Keetona. Czy to jasne?
— Tak. Skontaktuję się z panem po wycofaniu wojsk.
— Bardzo dobrze. Zacznijcie od razu. — Odwrócił się do członków sztabu, którzy przysłuchiwali się tej rozmowie.
— A jak… przebiega ewakuacja? — Generał Simosin zwrócił się do przedstawicielki Federalnej Agencji Zarządzania Kryzysowego.
— Dosyć dobrze, zważywszy na okoliczności — odpowiedziała. — Otworzyliśmy drogi do Waszyngtonu dla ciężkich pojazdów i kierujemy uchodźców za miasto. Do rana powinniśmy zakończyć ewakuację większości terenów północnej Wirginii. Pomogłoby nam otworzenie kilku dróg, z których nie korzysta wojsko. Wiem, że są przeznaczone do celów obronnych, ale pańskie oddziały nie używają ich często. Wystarczyłby nam jeden szlak dla wojska i jeden awaryjny.
Generał zwrócił się do zastępcy do spraw operacyjnych.
— Czy spodziewamy się dużego wzrostu natężenia ruchu?
— Nie, konwoje wycofują się z Belvoir i Quantico równomiernym strumieniem, tak jak to zaplanowaliśmy. Jeden batalion potrzebuje mniej więcej godziny, żeby przejechać. Nie powinno się to zmienić. Większość z nich kieruje się do Dystryktu Kolumbia, ale kilka wysłaliśmy wzdłuż Prince William Parkway do Manassas. Martwią mnie tylko cywilne pojazdy wjeżdżające na wojskowe szlaki.
— Wydaj rozkaz zatrzymania wszelkimi dostępnymi środkami każdego cywilnego pojazdu, który pojawi się na drodze wojska.
Niech wyświetlą rozkaz na tablicach świetlnych nad drogami. Potem przekaż Agencji nie używane szlaki. Coś jeszcze?
— Nie, na razie sobie radzimy — odpowiedziała przedstawicielka Agencji — ale kiedy Posleeni dojdą na odległość kontaktu, możemy mieć problemy.
— Potrzebni są wam żołnierze?
— Trochę by się przydało. Najlepiej żandarmerii wojskowej.
— Operacyjny, co ty na to?
— Trzysta dwudziesty piąty batalion żandarmerii do pani usług, ma’am.
— Dziękuję — odpowiedziała przedstawicielka Agencji — to powinno nam wystarczyć.
— Proszę więc ewakuować cywilów, a my spróbujemy spowolnić marsz tych centaurowarych drani. — Generał Simosin otarł twarz i spojrzał na wyświetloną mapę.
— Nie chcę, żeby nawet kawaleria znalazła się w zasięgu kontaktu. Posleeni posuwają się za szybko i są zbyt silni. Wykonamy co do joty plan obrony i potem wycofamy wszystkie wojska za Potomac.
Poinformowałem o tym pierwszą armię i DowArKon. A co mogą zrobić saperzy, żeby opóźnić nadejście wroga?
Brygada saperska korpusu znajdowała się akurat w Fort Leonard Wood i przeprowadzała ćwiczenia saperskie na dużą skalę. Czas ćwiczeń wybrano doskonale. Doskonale nieodpowiednio.
— Kompanie saperskie czterdziestej pierwszej i dziewięćdziesiątej piątej dywizji chyba powinny im towarzyszyć, skoro trzeba będzie się okopać — powiedział zastępca szefa sztabu do spraw operacyjnych.
— Więc z czyich usług skorzystamy? — zapytał jeszcze raz dowódca.
— Wezwałem Fort Belvoir — powiedział jeden z oficerów operacyjnych — a ponieważ reaktywowali tam program Pięćdziesiąt Dwa Echo, mają mnóstwo instruktorów i żołnierzy przeszkolonych w dziedzinie inżynierii pola walki. Są także oficerowie przechodzący podstawowe i zaawansowane szkolenie…
— „I przy wtórze tonów Dixie ruszyli w bój kadeci” — zacytował Simosin. — Dobra, zaczynajmy. Gdzie ich rozmieścimy?
— Pierwszą poważniejszą przeszkodę terenową Posleeni napotkają przy ujściu Occoquan… — powiedział oficer wywiadu korpusu.
Podporucznik William P. Ryan, który nie ukończył jeszcze podstawowego szkolenia oficerów, niewiele wiedział o inżynierii pola walki. A jeszcze mniej znał się na samej walce. Ale chciał się tego nauczyć, mimo że z takiej lekcji raczej nie wychodziło się żywym.
Jedno spojrzenie na żałosny strumień uchodźców, prących na północ międzystanową 95 wystarczyło, żeby chciał zrobić dla nich wszystko, co w jego mocy.
Większość jego kolegów pod czujnym nadzorem instruktorów zakładała ładunki pod mostami na międzystanówkach 95 i 1, nad rzeką Occoquan. Starszy instruktor stwierdził, że Ryan zapowiada się na tyle dobrze, iż można go wysłać z samodzielną misją zniszczenia mostu. I oto teraz jego pluton pod okiem doświadczonego sierżanta instruktora zaminowywał most 123. Pluton składał się z przechodzących szkolenie bojowe żołnierzy wraz z ich instruktorami musztrowymi i młodszymi instruktorami technicznymi. Zadanie cięcia betonu przy moście przypadło w udziale bardziej doświadczonym podoficerom instruktorom.
Ryan przeszedł przez urocze małe miasteczko Occoquan i przedostał się nad drugą stronę rzeki, żeby ocenić, jak Posleeni będą widzieć most z odległych grzbietów gór. Miasteczko przycupnęło na południowym brzegu rzeki, w miejscu, gdzie przepływała między dwoma grzbietami wzgórz. Ich geologia dała początek wodospadom, które przyczyniły się do powstania miasteczka i które później połączono z zaporą Occoquan. Zapora z kolei tworzyła zbiornik wodny, ciągnący się przez ponad trzydzieści kilometrów w kierunku Manassas.
Ryan stał tuż poniżej Rockledge Manor i obserwował mały most dla pieszych, przerzucony przez rzekę tuż przy zakładzie wodociągowym. Pomyślał, że trzeba będzie przysłać tu drużynę i też go zaminować. Zapora to już jednak inna sprawa.
Gdyby ją rozwalili, Bóg jeden raczy wiedzieć, w którym miejscu Posleeni przekroczyliby Occoquan. Sprawdził mapę i doszedł do wniosku, że byłoby to gdzieś koło Yates Ford Road, w połowie drogi, którą musieliby przebyć, gdyby zapora ocalała. Ale Posleeni mogliby też przejść przez samą zaporę. Nie byłoby ich wielu, ale trzeba udaremnić każdą próbę wtargnięcia. Pozostał jeszcze problem starszej, częściowo już zatopionej tamy. Ryan nie był pewien, jak go rozwiązać, więc postanowił przekazać sprawę przełożonym.
Kiedy wracał przez opuszczone miasteczko, ogarnęło go dziwne uczucie smutku. Pamiętał wspaniałe dni, zanim ktokolwiek jeszcze wymówił słowo Posleeni, zanim Ziemia usłyszała o czekającej ją inwazji. Nawet wtedy, gdy Ameryka szykowała się już do wojny, świat był piękny.
Teraz, kiedy zbliżał się do miejsca, w którym saperzy pod jego komendą przygotowywali się do zniszczenia głównej cywilnej konstrukcji w mieście, czuł, że nastał prawdziwy koniec złotej ery. I tylko Bóg wie, jak to wszystko się skończy.
— Panie i panowie — zagrzmiało z głośnika — proszę zachować spokój.
Tłum zebrany za Budynkiem Bezpieczeństwa Publicznego we Fredericksburgu składał się głównie z kobiet i dzieci. Wszystkie wozy policyjne i karetki wyjechały w teren, więc na parkingu było dużo miejsca. Ludzie zdawali sobie sprawę, iż przychodząc tutaj tylko opóźniali to, co było nieuniknione.
— Pracujemy nad ewakuowaniem was stąd — mówił jeden z pozostałych na stanowisku strażaków — ale proszę zachować spokój.