Pierwsze uderzenie [Gust Front - pl]
- Автор: Ринго Джон
- Год: 2004
- Язык: польский
- Год: ISA
- ISBN: 83-88916-73-4
- Переводчик: Przemyslaw Bielinski
- Жанр: Боевая фантастика
Электронная книга - «Pierwsze uderzenie [Gust Front - pl]». Краткое содержание книги:
Wybraliśmy walkę.
— Co on gada? — powiedział do siebie znudzony Mały Tom Sunday. — Cześć, Wendy.
Wendy Cummings odwróciła się. Mały Tom stał za nią z plecakiem na plecach i torbą przy nodze. Miał na sobie jakiś dziwaczny płaszcz, który sięgał mu prawie do kolan, czarny hełm żołnierski i sportowe okulary przeciwsłoneczne. Wydała zirytowane westchnienie. Jeśli była jakaś osoba, z którą za nic w świecie nie chciałaby spędzić ostatnich godzin życia, to był nią właśnie Mały Tommy Sunday. Ale postanowiła być uprzejma.
— Cześć, Tommy. Co to jest? — zapytała wskazując na jego ubranie.
— Pancerz osobisty — odparł znudzonym tonem. — Nie powstrzyma wprawdzie pocisków z ich karabinów, ale chroni przed śrutem i odłamkami bomb.
Wendy ze zdziwienia otworzyła szeroko oczy — rozpoznała pancerz z programu „Prawdziwa policja”. Ubrani w podobne ochraniacze policjanci, do których strzelano z bardzo małej odległości, rzeczywiście przeżywali.
— Masz ich więcej?
Tommy schylił się sztywno, żeby poszperać w torbie.
— Nie mam już klasy pierwszej, ale mam ochraniacze i kamizelkę z kevlaru.
Wyciągnął ją z torby i zerknął na biust Wendy.
— Może będzie pasować — stwierdził z powątpiewaniem.
— Rany! — wykrztusiła. — Co ty tu nosisz?
W gęstniejącym mroku w torbie błysnął śmiercionośny sprzęt.
Wendy rozpoznała broń maszynową i coś, co wyglądało jak granaty.
Ukończyła wprawdzie szkolny kurs przetrwania, ale tylko dlatego, że był obowiązkowy. Ponieważ nie wymagano później zdania żadnego egzaminu, na zajęciach odrabiała pracę domową z innych przedmiotów albo pisała liściki do koleżanek.
— Różne rzeczy — burknął i szybko zamknął torbę.
— Czy… mogłabym pożyczyć jakąś broń? — spytała, próbując zapiąć kamizelkę.
— A co byś z nią robiła? — zapytał ironicznie, zapinając rzepy pod jej ramionami.
— Wypróbowała. — Po raz pierwszy od lat spojrzała mu w oczy.
Nagle zdała sobie sprawę, że jest o wiele wyższy, niż myślała, o wiele wyższy nawet od niej. To ją zaskoczyło. Zawsze był dla niej po prostu Małym Tommym. Tak bardzo nie rzucał się w oczy, że aż wydawał się niski.
— Powinnaś była wypróbować już parę lat temu — burknął.
Sięgnął znowu do torby i wyciągnął krótki, czarny pistolet w kaburze.
— Używałaś kiedyś tego? — spytał retorycznie, po czym gwałtownie wysunął magazynek i odciągnął suwadło, żeby wyrzucić kulę z zamka. Złapał pocisk kaliber 9 mm w powietrzu jak pstrąg łowiący muchę.
— Nie, nigdy — odpowiedziała, nagle onieśmielona jego umiejętnościami.
Podniósł magazynek.
— To jest paliwo, a tankuje się w ten sposób. — Wsunął magazynek z powrotem do komory. — Jest zatankowany, kiedy słychać szczęknięcie. Zapala się w ten sposób. — Przesunął suwadło z powrotem. — A to — powiedział, kładąc palec na spuście i kierując broń w niebo — jest pedał gazu. Kierujesz tak: patrzysz przez tylny celownik na przedni celowniki. Ustaw biały punkt na przednim pośrodku litery V na tylnym, a potem naciśnij bardzo powoli pedał gazu. Oto kurs nauki jazdy glockiem Toma Sundaya.
Schował broń do kabury i wręczył jej.
— No to cześć — powiedział i z łatwością dźwignął wypchaną torbę.
— Dokąd idziesz?
Patrzył na nią przez chwilę, przechylając głowę na bok.
— To — skinął brodą w stronę jej koszulki — nosi się w zasadzie pod ubraniem. Idę gdzieś na Charles albo Princess Annę Street, skąd jest dobry widok. — Przerzucił pasek torby przez ramię. — Wypalę całą paczkę marlboro i zaczekam, aż Posleeni wychylą główkę zza krzaka. A potem zamierzam umrzeć.
Wendy bezwiednie wygładziła kamizelkę, a w międzyczasie dokonała szybkiej rewizji swoich poglądów.
— Mogę iść z tobą? Może przydam się do przeładowywania albo czegoś takiego…
— Szczerze wątpią, żeby był czas na przeładowywanie — odpowiedział — ale bardzo ucieszyłaby mnie twoja obecność. A teraz rozejrzyjmy się za jakimś dobrym miejscem na Charles Street.
— Może „U Wortha”? — zaproponowała.
Bili Worth siedział spokojnie na tyłach swojego sklepu, a stojący obok niego żeliwny piec chronił go przed ostatnimi podmuchami wieczornego chłodu. W przedniej części sklepu unosiła się delikatna woń starych książek i wspaniałych antyków. Był to zapach jego domu.
Spędzał — jak sądził — ostatnie chwile życia, studiując stare wydanie „Moll Flanders”, które zawierało kilka fragmentów zazwyczaj nie publikowanych za czasów Defoe, i sącząc cóte d’azur rocznik ‘57, za które dał w zeszłym roku prototyp colta peacemakera.
Nagle zadźwięczał dzwonek przy drzwiach i weszła para klientów.
— Proszę się nie krępować i rozejrzeć po sklepie, panowie — powiedział do dwóch żołnierzy, oficerów, jeśli można było wierzyć jego „Mundurom i Insygniom Sił Zbrojnych Stanów Zjednoczonych”. — Wolałbym jednak niczego dziś nie sprzedawać. Postanowiłem zatrzymać całą kolekcję antyków na lepsze czasy.
Zaśmiał się z dowcipu, który najwyraźniej żołnierzy nie rozśmieszył.
— Witam, panie Worth, to ja, Kenny Young — odezwał się młodszy żołnierz.
— Ach tak, młody pan Young — powiedział i znowu zaśmiał się pod nosem. — Do twarzy panu w mundurze. Sądziłem, że studiuje pan inżynierię.
— Jestem w wojskach inżynieryjnych.
— Brawo! Gdzie stacjonujecie?
Tutaj, panie Worth. Miejscowa jednostka Gwardii to właśnie my, saperzy — porucznik Young uśmiechnął się lekko. Powszechnie znany był fakt, że Bili Worth od lat nie postawił stopy w odległości większej niż pięć czy dziesięć przecznic od części miasta znanej jako „stary Fredericksburg”.
— Gdzieś wzdłuż drogi numer 3? — zapytał z zaciekawieniem właściciel sklepu.
— Tak, jakąś milę stąd.
— Czemu zawdzięczam pańską wizytę w ten wyjątkowo nieprzyjemny wieczór?
— Potrzebujemy informacji o tunelach w tym mieście. Powiedziano nam, że pan może coś o nich wiedzieć.
— Cóż, w zasadzie powinni panowie pomówić z Ralphem Kodgerem… — stwierdził miejscowy historyk.
— Ale on… — zaczął porucznik.
— Nie żyje. Tak, to był swego czasu wielki historyk. Albo może z Bobem Baileyem… — ciągnął Worth.
— …który…
— …przeniósł się do Kansas. Widzę, że rzeczywiście mogli panowie przyjść z tym tylko do mnie.
— Wie pan coś o nich? Gdzie są wejścia? — zapytał saper.
— Jak są zbudowane? — zapytał drugi żołnierz.
— A z kim mam przyjemność, sir? — spytał uprzejmie Bili.
— Kapitan Brown, dowódca kompanii Charlie. Chcemy ukryć część kobiet i dzieci w tunelach, a potem wysadzić w powietrze… w zasadzie całe miasto. Zastanawialiśmy się nad schronem z lat pięćdziesiątych, ale tu chyba nie ma takiego. Więc zostały nam tunele.
Chyba że pan wie coś o schronie.
— Zaiste, to śmiałe przedsięwzięcie. — Worth podszedł do biurka, które stało w centrum jego królestwa. — Czy mógłbym zadać parę pytań?
— Byle szybko — rzucił niecierpliwie dowódca.
— Jak one miałyby przeżyć? — spytał właściciel sklepu. — Te kobiety i dzieci? Bez powietrza, jedzenia i wody? Poza tym nie będzie tam dość miejsca, jak przypuszczam.
Pogrzebał w górnej szufladzie biurka i wydobył coś, co przypominało arkusz pergaminu.
— Sanitariusze zastosują zastrzyki hibemacyjne, które potrafią wprowadzić człowieka w stan utajonego życia na całe miesiące — powiedział podekscytowany porucznik. — Jest ich całe mnóstwo w Budynku Bezpieczeństwa Publicznego.