Lustrzany taniec [Mirror Dance - pl]
- Автор: Буджолд Лоис Макмастер
- Год: 2002
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 3-7337-142-7
- Переводчик: Lukasz Praski
- Жанр: Космическая фантастика
Электронная книга - «Lustrzany taniec [Mirror Dance - pl]». Краткое содержание книги:
— Rzeczywiście, to wszystko prawda — przyznała rozsądnie. Do diabla, kobieto, masz z uprzejmości wszystkiemu zaprzeczyć.
— Ale jesteś klonem Milesa. Musisz mieć też jego inteligencję.
— Czy umysł rekompensuje całą resztę? Z punktu widzenia kobiet?
— Pewnie nie wszystkich. Tylko tych rozumniej szych.
— Ty do nich należysz.
— Tak, ale niegrzecznie z mojej strony byłoby o tym mówić. — Przeczesała palcami włosy i rozpromieniła się w uśmiechu.
Jak miał to zinterpretować?
— Może wcale nie mam umysłu Milesa — rzekł ponuro. — Może jacksońscy rzeźbiarze ciał ogłupili mnie, żeby sprawować nade mną kontrolę. To by wyjaśniało wiele zagadek mojego życia. — Znalazł nową niezdrową teorię, którą mógł cierpiętniczo roztrząsać.
Kareen zachichotała.
— Nie sądzę, Marku.
Uśmiechnął się do niej krzywo.
— Tylko bez wymówek i bez litości.
— Teraz mówisz jak Miles.
Z sali balowej wyjrzała jakaś młoda kobieta. Jasna blondynka ubrana w bladoniebieską suknię, atletycznie zbudowana i niemal tak wysoka jak Ivan.
— Kareen! — Pomachała. — Mama woła nas wszystkie.
— Teraz, Delio? — spytała Kareen takim tonem, jakby matka pokrzyżowała jej plany.
— Tak. — Blondynka spojrzała na Marka z niepokojąco żywym zainteresowaniem, lecz zaraz cofnęła się do sali, wzywana przez jakieś obowiązki córki.
Kareen westchnęła, odrywając się od kamiennej konstrukcji, o którą cały czas się opierała, strzepnęła brzeg malinowej sukni, w której zwiewnym materiale zjawiło się maleńkie rozdarcie, a potem uśmiechnęła się na pożegnanie.
— Miło cię było poznać, lordzie Marku.
— Mnie miło było z tobą rozmawiać. I tańczyć. — Mówił szczerze. Gdy znikała w rozświetlonym wnętrzu rezydencji, pomachał jej radośnie, choć wcale nie było mu tak wesoło. Upewniwszy się, że już go nie widzi, przyklęknął i ukradkiem zebrał ostatnie kwiatki, jakie wypadły jej z włosów, po czym włożył je w kieszeń, gdzie dołączyły do poprzednich.
Uśmiechnęła się do mnie. Nie do Milesa. Nie do admirała Naismitha. Do mnie, do Marka. Oto jak wyglądałoby wszystko, gdyby nie został bankrutem w Bharaputrze.
Znalazłszy się wreszcie sam w ciemnościach, tak jak sobie życzył, doszedł do wniosku, że wcale nie ma na to wielkiej ochoty. Postanowił pójść poszukać Ivana, więc wyruszył alejką na dół, w stronę ogrodu. Niestety, ścieżki w kilku miejscach rozwidlały się, prawdopodobnie prowadziły do więcej niż jednego miejsca. Mijał pary siedzące mimo zimna na ławeczkach oraz kilka innych osób, które wyszły z sali, by porozmawiać w ustronnym miejscu lub po prostu dla ochłody. Którą drogą poszedł Ivan? Na pewno nie tędy; ścieżka okazała się ślepym zaułkiem zamkniętym niewielkim okrągłym balkonem. Mark zawrócił.
Ktoś za nim szedł. Wysoki mężczyzna ubrany w czerwonobłękitny mundur. Jego twarz kryła się w cieniu.
— Ivan? — odezwał się niepewnie Mark. Nie sądził, żeby to był on.
— A więc to ty jesteś klaunem Vorkosiganów. — Nie był to głos Ivana. Najwyraźniej człowiek ten chciał go obrazić.
Mark stał nieporuszony.
— Świetnie rozpoznałeś — warknął. — A kim ty jesteś w tym cyrku, tańczącym niedźwiedziem?
— Vorem.
— Rzeczywiście, świadczy o tym niskie czółko. Którym Vorem? — Włoski zjeżyły mu się na karku. Ostatni raz czuł podobne podekscytowanie i mdłości w alejce karawanseraju. Serce zaczęło mu łomotać. Ten jeszcze nie zaczął grozić, poza tym jest sam. Spokojnie.
— Cudzoziemcze, nie masz pojęcia o honorze Vorów — wychrypiał mężczyzna.
— Faktycznie, nie mam najmniejszego pojęcia — przytaknął pogodnie Mark. — Sądzę, że wszyscy jesteście obłąkani.
— Nie jesteś żołnierzem.
— Też się zgadza. Ależ dzisiaj szybkie tempo. Szkolono mnie tylko na samotnego zabójcę. Śmierć pod osłoną ciemności to moja specjalność. — Zaczął liczyć w myślach sekundy.
Mężczyzna, który zaczął się do niego zbliżać, teraz się zawahał.
— Na to wygląda — syknął. — Nie marnowałeś czasu, starając się o tytuł księcia. Mało subtelnie jak na wyszkolonego zabójcę.
— Nie należę do subtelnych ludzi. — Ustawił punkt ciężkości w środku ciała, ale nie ruszał się, nie wykonywał żadnych gwałtownych ruchów. Trzeba blefować dalej.
— Powiem ci jedno, klaunie. — Znów podkreślił obelżywe słowo.
— Jeśli Aral Vorkosigan umrze, nie ty zajmiesz jego miejsce.
— Cóż, to także szczera prawda — mruknął Mark. — Nie rozumiem, dlaczego tak się gorączkujesz i po co mnie nudzisz, Vorze? — Cholera. Ten wie, że Miles nie żyje. Skąd? Może jest kimś ważnym w CesBezie? Ale na kołnierzu nie miał oka Horusa; jego dystynkcje oznaczały chyba przynależność do załogi jakiegoś statku, choć Mark nie potrafił ich dokładnie zidentyfikować. Człowiek w czynnej służbie. — Czemu taki ważny jest dla ciebie jeszcze jeden mały Vor w Vorbarr Sułtanie, utrzymywany przez rodzinę? Widziałem dziś tu całe stado takich trutni, pili na umór.
— Jesteś bardzo pewny siebie.
— Weź pod uwagę, gdzie się znajdujemy — rzekł zniecierpliwiony Mark. — Tutaj możesz mnie straszyć śmiercią, ale nie spełnisz swoich gróźb. Postawiłbyś CesBez w trudnym położeniu. Nie sądzę, żebyś chciał rozdrażnić Simona Illyana, kimkolwiek jesteś. — Wciąż liczył.
— Nie wiem, jakie wpływy, twoim zdaniem, możesz mieć w CesBezie… — zaczął wściekle mężczyzna.
Nie zdążył jednak dokończyć. Przerwało mu przybycie uśmiechniętego służącego w liberii Rezydencji Cesarskiej, który zjawił się w alejce, niosąc tacę z kieliszkami.
— Coś do picia, panowie? — zaproponował.
Nieznany Vor spiorunował go wzrokiem.
— Nie, dziękuję.
Obrócił się na pięcie i odszedł, roztrącając krzewy, z których spadł deszcz kropelek rosy.
— A ja chętnie — rzekł wesoło Mark. Sługa podsunął mu tacę, kłaniając się lekko. Dla dobra umęczonego żołądka Mark zdecydował się na to samo wino, które pił przez większą część wieczoru. — Osiemdziesiąt pięć sekund. Ależ macie parszywe wyczucie czasu. Mógł mnie trzy razy zabić, a wy przerywacie akurat wtedy, gdy rozmowa staje się ciekawsza. Jak w ogóle namierzacie, w czasie rzeczywistym? Nie możecie mieć przecież na górze tylu ludzi, żeby słuchali każdej rozmowy w budynku. Automatyczne przeszukiwanie na podstawie kluczowych słów?
— Kanapkę, proszę pana? — Służący z kamienną twarzą obrócił tacę i podsunął mu.
— Dziękuję. Kim był ten dumny Vor?
Sługa zerknął w głąb pustej już alejki.
— Kapitan Edwin Vorventa. Jest na przepustce, a jego statek stoi w doku na orbicie.
— Nie jest z CesBezu?
— Nie, milordzie.
— Naprawdę? W takim razie powiedz swojemu szefowi, że chciałbym z nim jak najszybciej porozmawiać.
— Ma pan myśli podczaszego pałacowego, lorda Voraronberga.
Mark wyszczerzył zęby w uśmiechu.
— Tak, oczywiście. Odejdź, mam już dość picia.
— Dobrze, milordzie.
— W każdym razie do rana. Aha, jeszcze jedno. Pewnie nie wiesz, gdzie mogę znaleźć Ivana Vorpatrila?
Młody człowiek przez chwilę spoglądał ponad balkonem, jak gdyby czegoś słuchał, choć w jego uchu nie było widać mikrosłuchawki.
— Za następnym zakrętem w lewo, niedaleko fontanny, stoi altanka. Powinien pan tam spróbować, milordzie.