Lustrzany taniec [Mirror Dance - pl]
- Автор: Буджолд Лоис Макмастер
- Год: 2002
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 3-7337-142-7
- Переводчик: Lukasz Praski
- Жанр: Космическая фантастика
Электронная книга - «Lustrzany taniec [Mirror Dance - pl]». Краткое содержание книги:
Jedno Mark wiedział na pewno. Miles sam nie wydostał się z kriokomory. Bez względu na to, czy ciało Milesa uległo rozkładowi, czy nadal jest zamrożone, muszą istnieć jacyś świadkowie. Jakaś nitka, mały haczyk, powiązanie, ślad rozsypanych okruszków prowadzący do rozwiązania krwawej zagadki — coś. Chyba umrę, jeśli nic się nie znajdzie. Musi coś być.
— Lord Mark? — odezwał się pogodny głos.
Do tej pory oglądał własne buty, ale podniósł wzrok i ujrzał przed sobą przepiękny dekolt obramowany malinowym muślinem i białą koronką. Delikatna linia obojczyka, gładkie krągłości i alabastrowa skóra tworzyły niemal abstrakcyjną rzeźbę, przywodzącą na myśl przekrzywioną trójwymiarową mapę topograficzną. Wyobraził sobie, że maleńki niczym owad przechadza się boso po tych miękkich wzgórzach i dolinach…
— Lord Mark? — powtórzyła z wahaniem.
Odchylił głowę w nadziei, że ciemności zamaskują rumieniec zażenowania na jego policzkach i odważył się spojrzeć jej w oczy. Nic nie poradzę, taki mam wzrost. Przepraszam. Twarz dziewczyny była równie przyjemna dla oka: intensywnie błękitne oczy, kąciki ust uniesione w niepewnym uśmiechu. Zwyczajem młodych kobiet w krótkie popielato — blond loki wpięła drobne różowe kwiaty, poświęcając ich życie na rzecz podkreślenia własnej urody. Jednak kwiaty nie potrafiły się utrzymać na krótkich włosach i kilka lada chwila mogło wypaść.
— Tak? — Zabrzmiało to zbyt ostro. Opryskliwie. Spróbował jeszcze raz, łagodniejszym tonem: — Lady…?
— Och. — Uśmiechnęła się. — Nie jestem żadna lady, tylko Kareen Koudelka.
Zmarszczył brwi.
— Krewna komodora Clementa Koudelki? — Nazwisko jednego z wysokich oficerów Arala Vorkosigana. Pojawiło się na liście Galena wśród ludzi, których Mark miał zabić przy nadarzającej się okazji.
— To mój ojciec — powiedziała z dumą.
— Hm… czy jest tutaj? — spytał nerwowo Mark.
Uśmiech zniknął. Kareen Koudelka westchnęła.
— Nie. W ostatniej chwili musiał pojechać do kwatery głównej.
— Aha. — Jasne. Ciekawe, ilu ludzi powinno tu dzisiaj być, ale zabrakło ich z powodu niedyspozycji premiera. Gdyby Mark naprawdę był wrogim agentem, którym miał zostać w tamtym życiu, mógłby bez trudu dojść, kto naprawdę odgrywa kluczową rolę wśród popleczników Arala Vorkosigana, bez względu na to, co wynikało z hierarchii oficerów.
— Rzeczywiście nie wygląda pan tak samo jak Miles — powiedziała, lustrując go badawczo. — Mark zesztywniał, lecz uznał, że wciągając brzuch, zwróciłby tylko uwagę na jego wielkość. — Ma pan mocniejsze kości. Nieźle byłoby zobaczyć was razem. Prędko wróci?
O niczym nie wie, pomyślał ze zgrozą. Nie wie, że Miles nie żyje, nie wie, że ja go zabiłem.
— Nie — mruknął. A potem z masochistyczną ciekawością zapytał: — Też była pani w nim zakochana?
— Ja? — Parsknęła śmiechem. — Nie mam szans. Mam trzy starsze siostry i wszystkie są ode mnie wyższe. Nazywają mnie krasnalem.
Mark czubkiem głowy sięgał jej do ramienia, co oznaczało, że Kareen jest wzrostu przeciętnej kobiety z Barrayaru. Jej siostry musiały być olbrzymkami. W typie Milesa. Poczuł płynącą delikatnymi falami woń kwiatów w jej włosach lub skóry.
Żal i cierpienie ścisnęły mu boleśnie serce. Gdyby nie tamto. Gdybym tego tak nie spaprał, to mogłaby być moja wielka chwila. Kareen patrzyła na niego życzliwie i uśmiechała się, ponieważ nie wiedziała, co zrobił. Przypuśćmy jednak, że skłamałby, że wbrew rozsądkowi, który Ivana nie opuszczał nawet w najbardziej pijackich marzeniach, postanowiłby spróbować z tą dziewczyną; że zaprosiłaby go na tę wspinaczkę jak Milesa — co wtedy? Czy dobrze by się bawiła, widząc jego nagość i niemoc? Jak dusi się niemal na śmierć, bezradny, nieszczęsny… na samą myśl o tym bólu i upokorzeniu pociemniało mu w oczach. Zgarbił się i jęknął:
— Na litość boską, proszę odejść.
Błękitne oczy zmierzyły go zaskoczonym, niedowierzającym spojrzeniem.
— Pym ostrzegał mnie, że miewa pan zły humor… cóż, dobrze. — Wzruszyła ramionami i odwróciła się, odrzucając głowę.
Parę różowych kwiatków wysunęło się z jej włosów i poleciało na podłogę. Mark rzucił się na nie.
— Proszę zaczekać!
Odwróciła się, marszcząc brwi.
— O co chodzi?
— Spadły pani kwiaty. — Wyciągnął do niej stulone dłonie, w których trzymał zgniecione różowe kuleczki. Próbował się uśmiechnąć, ale obawiał się, że wyszło mu tak samo źle jak z kwiatkami.
— Och. — Wzięła je od niego. Miała długie palce zakończone krótkimi, pozbawionymi lakieru paznokciami — kobieta o takich dłoniach na pewno nie pędziła próżniaczego życia. Obejrzała kwiaty, jak gdyby niepewna, czy ma je ponownie wpiąć we włosy. W końcu bezceremonialnie wsunęła je między loki na czubku głowy, gdzie zupełnie nie pasowały do reszty i znacznie gorzej się trzymały. Potem znów odwróciła się, by odejść.
Powiedz coś, bo stracisz jedyną szansę!
— Nie nosi pani długich włosów jak inne — wyrzucił z siebie. O, nie, jeszcze pomyśli, że ją krytykuje…
— Nie mam czasu się z nimi bawić. — Bezwiednie przeczesała palcami kilka loków, roztrącając nieszczęsne roślinki.
— A co takiego pani robi?
— Głównie się uczę. — Ożywienie, które zniknęło z twarzy dziewczyny po jego brutalnej demonstracji niechęci, zdawało się powoli wracać. — Księżna Vorkosigan obiecała mi, że jeżeli dalej będę miała dobre wyniki, w przyszłym roku wyśle mnie do szkoły na Kolonii Beta! — Jej oczy błysnęły jak ostrza laserowych skalpeli. — Poradzę sobie. Jeszcze im pokażę. Jeżeli Miles daje sobie radę, ja też mogę.
— Wie pani, co robi Miles? — spytał nagle zaniepokojony.
— Udało mu się przecież skończyć Cesarską Akademię Wojskową. — Uniosła podbródek, jak gdyby w natchnieniu. — Wszyscy mówili, że jest mizerny i chorowity, że to strata czasu i na pewno młodo zginie. Kiedy mu się powiodło, mówili, że to grzeczność wobec jego ojca. Ale on skończył akademię prawie z najlepszym wynikiem, a z tym jego ojciec chyba nie miał nic wspólnego. — Z satysfakcją pokiwała głową.
Jednak mieli rację, że umrze młodo. Najwyraźniej nic nie wiedziała o małej prywatnej armii Milesa.
— Ile ma pani lat? — zapytał.
— Osiemnaście.
— Ja mam, hm, dwadzieścia dwa.
— Wiem. — Nadal przyglądała mu się z zainteresowaniem, lecz ostrożniej. Nagle w jej oczach pojawiło się zrozumienie. Spytała ciszej: — Martwi się pan o księcia Arala, prawda?
Nadzwyczaj wyrozumiałe wytłumaczenie jego nieuprzejmości.
— Księcia, mojego ojca — powtórzył. Miles mówił to jednym tchem. — Między innymi.
— Zaprzyjaźnił się pan tu z kimś?
— Właściwie… sam nie wiem. — Z Ivanem? Z Gregorem? Z matką? Czy któreś z nich można w ogóle nazwać przyjacielem? — Starałem się przede wszystkim poznać rodzinę. Rodziny też nigdy przedtem nie miałem.
Uniosła w zdumieniu brwi.
— Ani przyjaciół?
— Nie. — Dziwnie było uświadomić to sobie. Tak późno. — Ale chyba nigdy mi ich nie brakowało. Zawsze miałem pilniejsze sprawy. — I wciąż mam.
— Miles chyba zawsze miał wielu przyjaciół.
— Nie jestem Milesem — warknął Mark trafiony w czuły punkt. Nie, to nie jej wina. Gdziekolwiek by go dotknąć, zawsze trafiało się w czuły punkt.
— Widzę… — Zamilkła, bo z sąsiedniej sali dobiegły nowe dźwięki muzyki. — Chciałby pan zatańczyć?