Lustrzany taniec [Mirror Dance - pl]
- Автор: Буджолд Лоис Макмастер
- Год: 2002
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 3-7337-142-7
- Переводчик: Lukasz Praski
- Жанр: Космическая фантастика
Электронная книга - «Lustrzany taniec [Mirror Dance - pl]». Краткое содержание книги:
Zbliżył się do nich młody człowiek w mundurze kapitana i pokłonił się obojgu.
— Major Protokołu pragnie pana ujrzeć, milordzie — rzekł półgłosem. Słowa w dziwny nieokreślony sposób zawisły między nimi w powietrzu. — Proszę tędy.
Wyszli za nim z długiej sali, wspięli się po rzeźbionych schodach z białego marmuru i minąwszy korytarz, znaleźli się w przedsionku, gdzie zebrało się już pół tuzina książąt lub ich oficjalnych reprezentantów. Za szerokim łukowo sklepionym przejściem do komnaty głównej widać było Gregora w otoczeniu niewielkiej grupy mężczyzn odzianych w czerwonobłękitne stroje galowe, z wyjątkiem trzech, którzy mieli na sobie ciemne szaty ministrów.
Cesarz siedział na zwykłym składanym taborecie, nawet nie krześle.
— Spodziewałem się, że będzie na tronie — szepnął Mark do księżnej.
— To symbol — odpowiedziała także szeptem. — Odziedziczony po dawnych czasach, jak większość symboli. To standardowy taboret polowy oficera armii.
— Aha. — Później musiał odejść od księżnej, ponieważ Major Protokołu wskazał mu wyznaczone miejsce w szeregu. Miejsce Vorkosiganów. Tak jest. Przeżył krótką chwilę paniki, bo zdawało mu się, że gdzieś zapodział woreczek ze złotem, ale na szczęście okazało się, że tkwi bezpiecznie zawieszony przy pasie tuniki. Lepkimi od potu palcami rozplatał jedwabne tasiemki. Przecież to tylko głupia, nieważna uroczystość. Dlaczego miałbym się denerwować?
Zwrot, kilka kroków naprzód — ze skupienia wyrwał go anonimowy szept dobiegający z przedsionka:
— Mój Boże, Vorkosiganowie naprawdę chcą to zrobić…!
Wystąpić naprzód, zasalutować, przyklęknąć na lewym kolanie; woreczek spoczywał na wyciągniętej dłoni, przepisowo zwróconej wewnętrzną stroną w górę. Mark wyjąkał oficjalną formułkę, czuł przy tym, że oczy czekających wwiercają mu się w plecy jak wiązki łuków plazmowych. Dopiero wówczas uniósł głowę i napotkał spojrzenie cesarza.
Gregor uśmiechnął się, wziął od niego złoto i wypowiedział równie oficjalne słowa podziękowania. Podał woreczek ministrowi finansów ubranemu w czarną aksamitną szatę, którego jednak zaraz odprawił.
— A więc w końcu zostałeś lordem Vorkosiganem — mruknął cesarz.
— Lepiej lordem Markiem — poprawił pospiesznie Mark. — Nie jestem lordem Vorkosiganem, dopóki Miles… — przypomniał sobie bolesne określenie księżnej — dopóki jego ciało nie ulegnie rozkładowi. Moje wystąpienie tutaj nic nie znaczy; chcieli tego książę i księżna. Po prostu nie mogłem im się w tym momencie przeciwstawić.
— Ach, tak. — Gregor uśmiechnął się ze smutkiem. — Dziękuję i za to. Jak się czujesz?
Gregor pierwszy spytał o jego samopoczucie, nie księcia. Zamrugał oczami. Zaraz jednak pomyślał, że Gregor mógł mieć co godzinę raport na temat stanu zdrowia swojego premiera, gdyby chciał.
— Chyba dobrze. — Wzruszył ramionami. — W każdym razie w porównaniu z innymi.
— Mhm — rzekł Gregor. — Nie skorzystałeś z karty, którą ci dałem. — Widząc zdumione spojrzenie Marka, dodał łagodnie: — To nie jest zwykła pamiątka.
— Nie… zasłużyłem jeszcze, panie, by nadużywać twojej łaskawości.
— Cesarstwo ma wobec twojej rodziny nieskończenie wielki dług. Możesz z tego skorzystać.
— O nic nie prosiłem.
— Wiem. Honorowo, ale głupio. Masz okazję tu i teraz.
— Nie chcę żadnych specjalnych względów.
— Wiele nowych przedsięwzięć powstaje dzięki pożyczonemu kapitałowi. Później nakłady zwracają się z nawiązką.
— Kiedyś już spróbowałem — powiedział z goryczą Mark. — Pożyczyłem Najemników Dendarii i zastałem bankrutem.
— Hm. — Uśmiech Gregora przybladł. Cesarz spojrzał ponad ramieniem Marka na tłum kłębiący się przed wejściem do komnaty. — Porozmawiamy jeszcze. Tymczasem miłego wieczoru. — Nieznacznym skinieniem głowy dał mu znak, że pora odejść.
Mark dźwignął się z kolan, zasalutował regulaminowo i wycofał się tam, gdzie czekała na niego księżna.
ROZDZIAŁ SIEDEMNASTY
Po zakończeniu przydługiej i nużącej ceremonii podatkowej służba rezydencji cesarskiej rozpoczęła bankiet dla tysiąca gości, których posadzono w kilku komnatach według rangi. Mark znalazł się naprzeciw stołu, przy którym siedział sam Gregor. Pod pretekstem delektowania się winem i wykwintnymi potrawami nie mówił zbyt wiele do sąsiadów przy stole. Popijał i żuł jak najwolniej. Mimo to po jakimś czasie poczuł się nieprzyjemnie przejedzony, a w głowie zaczęło mu się kręcić od alkoholu. Dopiero wtedy zauważył, że księżna podczas wszystkich toastów ledwie moczy usta. Poszedł za jej przykładem. Żałował, że nie dostrzegł tego wcześniej, ale na szczęście później dał radę odejść od stołu na własnych nogach i pokój chybotał się tylko troszeczkę.
Mogło być gorzej. Mogłem przez to wszystko przechodzić, udając cały czas Milesa Vorkosigana.
Księżna zaprowadziła go do sali balowej wyłożonej błyszczącą intarsjowaną posadzką, która oczekiwała na tancerzy, choć na razie nikt jeszcze nie tańczył. W kącie ustawiła się prawdziwa orkiestra złożona z ludzi ubranych w uniformy Cesarskich Sił Zbrojnych. W tej chwili grało tylko kilku muzyków — na początek jakąś muzykę kameralną. Wysokie drzwi po jednej stronie sali prowadziły na promenadę, gdzie mogli znaleźć wytchnienie spragnieni nocnego chłodu goście. Mark odnotował to w pamięci, by później móc tamtędy umknąć. Jakże chciałby teraz znaleźć się sam w ciemnościach. Zaczynał nawet tęsknić za swoją kabiną na pokładzie „Peregrine’a”.
— Tańczy pani? — zapytał księżnę.
— Dziś tylko raz.
Jej tajemnicza odpowiedź wkrótce się wyjaśniła. Zjawił się cesarz Gregor i ze swym poważnym uśmiechem poprowadził księżnę na parkiet, aby oficjalnie rozpocząć bal. Gdy orkiestra skończyła wstęp, dołączyły do nich inne pary. Tańce Vorów były dość wolne i konwencjonalne, a pary zamiast tańczyć osobno, poruszały się raczej w skomplikowanych grupach w sposób tak precyzyjny, że nie sposób było zapamiętać wszystkich kroków i gestów. Mark uznał, że to pewna alegoria układów na tej planecie.
Pozbawiony swej towarzyszki i opiekunki, Mark uciekł do bocznej sali, gdzie muzyka rozbrzmiewała tylko w tle. Pod ścianą stały stoły uginające się od jedzenia i napojów. Przez chwilę tęsknie pomyślał, że świetnie by było upić się do nieprzytomności. Słodka nieświadomość… Jasne, proszę bardzo. Upij się publicznie, a potem odchoruj to na oczach wszystkich. Właśnie tego potrzebowała księżna. Już i tak niewiele mu brakowało.
Wycofał się pod okno. Jego ponura mina potrafiła chyba odstraszyć każdego, kto chciałby się doń zbliżyć. Oparł się o ścianę obok futryny i skrzyżował ręce na piersi, przygotowując się do przetrwania balu. Może uda mu się przekonać księżnę, aby zabrała go do domu wcześniej, skoro już miała za sobą swój jedyny taniec. Wszystko wskazywało jednak na to, że pracuje nad tłumem gości. Mimo że wydawała się swobodna, wesoła i przyjazna, Mark nie usłyszał dziś z jej ust ani jednego słowa, które nie służyłoby jakiemuś celowi. Zdumiewające było jej opanowanie w obliczu napięcia, w jakim żyła od wielu dni.
Mark pogrążył się w jeszcze czarniejszym nastroju, gdy zaczął myśleć o pustej kriokomorze. CesBez nie może być wszędzie, powiedziała kiedyś księżna. Niech to szlag… CesBez miał widzieć wszystko. Dlatego przecież na kołnierzu Illyana złowieszczo połyskiwało srebrne oko Horusa. A może opinia o CesBezie to zwykła propaganda?