Lustrzany taniec [Mirror Dance - pl]
- Автор: Буджолд Лоис Макмастер
- Год: 2002
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 3-7337-142-7
- Переводчик: Lukasz Praski
- Жанр: Космическая фантастика
Электронная книга - «Lustrzany taniec [Mirror Dance - pl]». Краткое содержание книги:
— Nie znam waszych tańców.
— To taniec lustrzany. Każdy go potrafi zatańczyć, jest bardzo łatwy. Trzeba po prostu powtarzać wszystko, co robi partner.
Zerknął przez łukowe przejście, myśląc o drzwiach prowadzących na promenadę.
— A może… wyjdziemy na dwór?
— Dlaczego? Nie mógłby mnie pan wtedy zobaczyć.
— Mnie też nikt nie mógłby zobaczyć. — Nagle coś wzbudziło w nim poważne podejrzenie. — Moja matka o to panią prosiła?
— Nie…
— Lady Vorpatril?
— Nie! — Roześmiała się. — Dlaczego miałyby to robić? Chodźmy, bo zaraz przestaną grać! — Chwyciła go za rękę i energicznie pociągnęła w stronę sali balowej, gubiąc po drodze jeszcze kilka kwiatków. Mark wolną ręką złapał parę pączków, które osunęły się po jego tunice, i ukradkiem schował je w kieszeni spodni. Ratunku, zostałem porwany przez entuzjastkę…! Bywał w gorszych sytuacjach. Jego wargi rozciągnęły się w ironicznym półuśmiechu.
— Nie wstydzi się pani tańczyć z żabą?
— Co?
— Ivan coś takiego mówił.
— Ach, Ivan. — Wzruszyła ze wzgardą białymi ramionami. — Proszę nie zwracać na niego uwagi, jak my.
Lady Cassio, jesteś pomszczona. Mark trochę się rozchmurzył, więc jego ponuractwo było nieco mniej widoczne.
Lustrzany taniec wyglądał rzeczywiście tak, jak Kareen go opisała. Partnerzy stali zwróceni do siebie twarzami, pochylając się, poruszając i kołysząc w rytm muzyki. Tempo było żywsze niż w dużych tańcach grupowych, toteż na parkiecie zjawiło się więcej młodszych par.
Czując się okropnie widoczny, Mark wraz z Kareen dołączył do tancerzy i zaczął naśladować jej ruchy, pozostając odrobinę w tyle. Rzeczywiście tak jak powiedziała, mniej więcej po piętnastu sekundach zorientował się, o co chodzi w tańcu. Zaczął się nawet trochę uśmiechać. Starsze pary poruszały się elegancko i z powagą, lecz młodsi wykazywali się większą pomysłowością. Jeden młody Vor, wykorzystując ruch ręki, położył palec na nosie i rozczapierzył pozostałe w geście będącym drwiną z partnerki, która złamała zasady i nie powtórzyła tej figury, za to on doskonale sparodiował jej oburzenie. Mark się roześmiał.
— Wygląda pan zupełnie inaczej, gdy się pan śmieje — oświadczyła ze zdziwieniem Kareen. Przekrzywiła zaskoczona głowę.
On także przechylił głowę.
— Inaczej niż kiedy?
— Nie wiem. Nie tak… pogrzebowo. Tam w kącie wyglądał pan, jakby stracił najlepszego przyjaciela.
Gdybyś tylko wiedziała. Wykonała piruet; on zrobił to samo. Ukłonił się zamaszyście; zdumiona, ale zadowolona powtórzyła za nim ukłon. Wyglądała uroczo.
— Będę musiała sprawić, żeby znowu się pan zaśmiał — postanowiła. I z kamienną miną opowiedziała mu jeden po drugim trzy nieprzyzwoite dowcipy. Absurdalny kontrast dosadnych słów z jej dziewczęcą niewinnością sprawił, że Mark musiał wybuchnąć śmiechem.
— Skąd zna pani takie świństwa?
— Rzecz jasna od moich starszych sióstr. — Wzruszyła ramionami.
Mark naprawdę żałował, kiedy muzyka ucichła. Tym razem to on zaciągnął Kareen do sali obok, żeby się czegoś napili, a potem na promenadę. Gdy przestał się koncentrować na tańcu, zrobiło mu się nieprzyjemnie na myśl, ilu ludzi na niego patrzy — i tym razem nie był to przejaw paranoi. Jako para bardzo rzucali się w oczy — piękna Kareen i żaba Vorkosigan.
Na dworze nie było tak ciemno, jak się spodziewał. Nie dość, że z okien rezydencji sączyło się jasne światło, to jeszcze blask zewnętrznych reflektorów, rozproszony przez mgłę, oblewał wszystko lekką kolorową poświatą. Wzniesienie pod kamienną balustradą porastały wysokie krzewy i drzewa, tworząc prawdziwy las. W dół prowadziły kręte, wyłożone kamieniami alejki, przy których stały granitowe ławeczki, zachęcając do odpoczynku. Jednak przenikliwy chłód odstraszał gości przed spacerami, więc było dość pusto.
Otoczenie sprawiało wrażenie niezwykle romantycznego, ale co z tego? Dlaczego to w ogóle robię? Po co podsycać głód, którego i tak nie można zaspokoić? Sam widok Kareen sprawiał mu ból. Mimo to przysunął się bliżej. Kręciło mu się w głowie, bardziej od jej zapachu niż od wina i tańca. Jej skóra była rozgrzana po wyczynach na parkiecie; w celowniku snajpera płonęłaby jak pochodnia. Makabryczna myśl. Gdzieś w głębi zakamarków jego mózgu seks i śmierć wydawały się ściśle ze sobą łączyć. Bał się. Niszczę wszystko, czego się dotknę. Nie dotknę jej. Postawił kieliszek na kamiennej poręczy i wepchnął ręce głęboko w kieszenie. Palce lewej dłoni obracały nerwowo maleńkie kwiatki, które tam wcześniej ukrył.
— Lordzie Marku — powiedziała Kareen, pociągnąwszy łyk wina. — Przybywa pan z galaktyki. Gdyby był pan żonaty i zamierzał mieć dzieci, chciałby pan, żeby żona skorzystała z replikatora macicznego czy nie?
— Dlaczego jakaś para miałaby nie korzystać z replikatora? — spytał zaskoczony nagłą zmianą tematu.
— Żeby, na przykład, żona dała mężowi dowód miłości.
— Boże, co za barbarzyństwo! Oczywiście, że nie. Sądzę, że to byłby dowód czegoś wręcz przeciwnego — że on nie kocha żony. — Zamilkł na chwilę. — To pytanie czysto teoretyczne, prawda?
— Tak jakby.
— To znaczy, nie zna pani chyba nikogo, kto serio mógłby się zastanawiać nad takim wyborem? Nie chodzi o pani siostry czy kogoś takiego? — spytał zaniepokojony. I na pewno nie o ciebie? Gdyby tak, to takiemu barbarzyńcy należałoby wsadzić łeb do wiadra z lodem. I potrzymać, dopóki nie przestałby wierzgać.
— Och, żadna z moich sióstr nie wyszła jeszcze za mąż. Chociaż wcale nie z powodu braku propozycji. Ale rodzice zwlekają z decyzją. Taką mają strategię — wyznała.
— Tak?
— Lady Cordelia zachęcała ich, kiedy urodziła się im druga córka. Zaraz po jej przyjeździe na Barrayar nastąpił okres, gdy zaczęli szeroko stosować medycynę galaktyczną, pojawiła się pigułka, dzięki której można było wybrać płeć dziecka. Przez pewien czas wszyscy chcieli mieć chłopców. Dopiero niedawno proporcje się wyrównały. Ale moje siostry i ja urodziłyśmy się w środku posuchy na dziewczynki. Dzisiaj każdy mężczyzna, który w kontrakcie małżeńskim zabroni żonie korzystać z replikatora macicznego, ma kłopoty z ożenkiem. Pośrednicy nawet nie zawracają nim sobie głowy. — Zachichotała. — Lady Cordelia powiedziała mamie, że jeśli wszystko dobrze rozegra, jej wnuki mogą się urodzić z „Vor” przed nazwiskiem.
— Rozumiem. — Mark zamrugał oczami. — Takie ambicje mają pani rodzice?
— Niekoniecznie. — Kareen wzruszyła ramionami. — Ale jeśli poza tym wszyscy są równi, ten mały przedrostek daje każdemu przewagę.
— Dobrze… wiedzieć. — Pomyślał o winie, lecz nie sięgnął po kieliszek.
W drzwiach sali balowej ukazał się Ivan i ujrzawszy ich, pomachał, ale nie zatrzymał się. W dłoni nie trzymał kieliszka, lecz całą butelkę. Zanim zniknął za zakrętem ścieżki, trwożnie obejrzał się przez ramię. Zaglądając kilka minut później przez balustradę, Mark dojrzał jego głowę na prowadzącej w dół alejce.
Pociągnął łyk wina.
— Kareen… czy ja się nadaję?
— Do czego? — Przechyliła z uśmiechem głowę.
— Dla… kobiet. Tylko na mnie spójrz, zupełnie obiektywnie. Naprawdę wyglądam jak żaba. Cały powykręcany, a jeżeli szybko czegoś ze sobą nie zrobię, niedługo będę szerszy niż dłuższy… Na dodatek jestem klonem. — Że nie wspomnę o niewielkich problemach z oddychaniem. Podsumowując wszystkie te drobiazgi, uznał, że logicznym i zupełnie zrozumiałym wyjściem z sytuacji byłoby rzucenie się głową w dół z kamiennej balustrady. Dzięki temu oszczędziłby sobie wielu cierpień.