Lustrzany taniec [Mirror Dance - pl]
- Автор: Буджолд Лоис Макмастер
- Год: 2002
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 3-7337-142-7
- Переводчик: Lukasz Praski
- Жанр: Космическая фантастика
Электронная книга - «Lustrzany taniec [Mirror Dance - pl]». Краткое содержание книги:
Zbliżała się do nich młoda kobieta, którą zauważył Ivan. Miała na sobie długą i zwiewną, pastelowo zieloną suknię. W ciemnobrązowe loki zaplecione w warkoczyki wpięła prawdziwe, żywe kwiaty.
— Co z nią jest nie tak? — spytał szeptem Mark.
— Żartujesz? — mruknął Ivan. — Cassia Vorgorov? Ta mała krewetka o twarzy konia i figurze deski…? — Urwał, ponieważ mogła go usłyszeć, po czym skinął jej uprzejmie głową. — Cześć, Cass. — W jego głosie prawie w ogóle nie było słychać znudzenia.
— Witaj, lordzie Ivanie — odrzekła niemal bez tchu. Jej oczy rozbłysły w promiennym uśmiechu. Rzeczywiście, miała może odrobinę za długą twarz i za szczupłą figurę, lecz Mark uznał, że Ivan jest zbyt wybredny. Miała ładną cerę i prześliczne oczy. Właściwie wszystkie obecne tu kobiety miały prześliczne oczy — dzięki makijażowi. I używały odurzających perfum. Nie mogła mieć więcej niż osiemnaście lat. Na widok nieśmiałego uśmiechu, jaki posłała Ivanowi, zachciało mu się płakać. Nikt tak na mnie nigdy nie patrzył. Ivan, ty parszywy niewdzięczniku!
— Cieszysz się na tańce? — zapytała Ivana z niedwuznaczną zachętą.
— Nieszczególnie. — Wzruszył ramionami. — Co roku są takie same.
Jej entuzjazm zniknął. Mark był pewien, że to jej pierwszy bal. Gdyby w pobliżu znajdowały się schody, Mark miałby ochotę kopniakiem posłać Ivana na sam dół. Odchrząknął. Kiedy Ivan zerknął na niego, zaświtał mu chyba jakiś pomysł.
— Cassie — zamruczał jak kot. — Poznałaś już mojego nowego kuzyna, lorda Marka Vorkosigana?
Spojrzała na niego, jak gdyby pierwszy raz go zauważyła. Mark uśmiechnął się do niej niepewnie. Utkwiła w nim podejrzliwy wzrok.
— Nie… słyszałam… chyba nie wygląda tak samo jak Miles, prawda?
— Nie — powiedział Mark. — Nie jestem Milesem. Miło mi panią poznać, lady Cassio.
Przypominając sobie poniewczasie o manierach, odparła:
— Mnie także… lordzie Marku. — Gdy nerwowo poruszyła głową, kwiaty zadrżały.
— Może poznacie się lepiej. Wybaczcie, muszę z kimś porozmawiać… — Ivan pomachał do ubranego w błękitno — czerwony mundur towarzysza po drugiej stronie sali i wycofał się zygzakiem.
— Cieszy się pani na tańce? — spróbował Mark. Całą uwagę skupił na tym, by zapamiętać wszystkie szczegóły przebiegu ceremonii podatkowej i uroczystej kolacji oraz mniej więcej trzysta nazwisk, z których każde rozpoczynało się od „Vor”, więc w ogóle nie myślał o tańcu.
— Hm… trochę. — Oderwała wzrok od pleców Ivana, któremu szczęśliwie udało się umknąć, i obrzuciła Marka przelotnym spojrzeniem.
Często tu pani przychodzi? — miał na końcu języka. Co ma powiedzieć? Jak się pani podoba Barrayar? Nie, to na nic. Ależ mamy dziś gęstą mgłę. W sali też niezbyt przejrzyście. Daj mi jakiś sygnał, dziewczyno! Powiedz coś, cokolwiek!
— Naprawdę jest pan klonem?
Cokolwiek, tylko nie to.
— Tak.
Kolejna chwila ciszy.
— Wiele osób to klony — zauważył.
— Nie tutaj.
— Rzeczywiście.
— Hm… ach! — Na jej twarzy odmalowała się ulga. — Przepraszam, lordzie Marku, widzę, że woła mnie matka… — Posyłając mu w ramach okupu nerwowy uśmiech, odeszła szybkim krokiem do dostojnej matrony po drugiej stronie sali. Mark nie zauważył, by dama kiwała na Cassię.
Westchnął. Oto prawda o pięknej teorii o atrakcyjności wysokiej pozycji społecznej. Lady Cassia najwyraźniej nie paliła się do całowania żab. Na miejscu Ivana dla takiej dziewczyny stawałbym na głowie.
— Wyglądasz na zamyślonego — zauważyła księżna Vorkosigan. Drgnął zaskoczony na dźwięk jej głosu.
— Ach, to pani, milady. Istotnie. Ivan właśnie przedstawił mnie tamtej dziewczynie. Zdaje się, że za nią nie przepada.
— Owszem, przyglądałam się całej scence zza pleców Alys Vorpatril. Starałam się, żeby nie patrzyła w tamtą stronę i nie cierpiała.
— Nie rozumiem Ivana. Wydawała mi się całkiem miłą dziewczyną.
Księżna Vorkosigan uśmiechnęła się.
— Wszystkie są miłe. Nie o to chodzi.
— A więc o co?
— Nie rozumiesz? Cóż, może po prostu potrzebujesz więcej czasu. Alys Vorpatril naprawdę poza swoim synem świata nie widzi, ale kusi ją, by drobiazgowo zaplanować przyszłość Ivana. Ivan jest zbyt uległy, a może po prostu za leniwy, żeby otwarcie się przeciwstawić. Robi więc wszystko, o co matka go prosi — z wyjątkiem jednej rzeczy, której Alys pragnie ponad wszystko: nie żeni się, aby dać jej wnuki. Osobiście uważam, że to błędna strategia. Jeżeli naprawdę chce mieć spokój, powinien wiedzieć, że wnuki na pewno całkowicie pochłonęłyby uwagę biednej Alys. Tymczasem ilekroć Ivan wybiera się gdzieś samochodem, jego matka ma duszę na ramieniu.
— Zauważyłem — przyznał Mark.
— Czasem mam ochotę mu wlać za te gierki, tylko nie wiem, czy w ogóle jest tego świadomy, zresztą wina w trzech czwartych leży po stronie Alys.
Mark przyglądał się, jak lady Vorpatril podchodzi do Ivana. Obawiał się, że sprawdza jego postępy w realizacji przydzielonych na dzisiejszy wieczór zadań.
— Wydaje się, że pani w macierzyństwie potrafi przestrzegać zasad nieinterwencji — zauważył od niechcenia.
— Być może… to był mój błąd — mruknęła.
Uniósł wzrok i zadrżał w duchu na widok rozpaczliwej pustki, jaka na moment mignęła w oczach księżnej. Ten mój cholernie długi ozór. Trwało to jednak tak krótko, że nie miał nawet odwagi przeprosić.
— Od zasad nieinterwencji są wyjątki — powiedziała lekkim tonem, znów ujmując go pod ramię. — Chodź, pokażę ci, jak się szachować nawzajem w stylu barrayarskim.
Poprowadziła go w głąb długiej sali.
— Jak się już przekonałeś, dzisiejszy wieczór jest poświęcony realizacji dwóch głównych spraw — przyjaznym tonem rozpoczęła wykład księżna. — Polityczny cel starszych mężczyzn — coroczne zadośćuczynienie tradycjom Vorów — oraz cel genetyczny starszych kobiet. Mężczyznom wydaje się, że liczy się tylko ich cel, ale to jedynie przejaw zbyt wysokiego mniemania o sobie. Cały system Vorów opiera się na podskórnej grze, którą prowadzą kobiety. Mężczyznom z kręgów rządowych całe życie upływa na popieraniu albo zwalczaniu pomysłów finansowania takiego czy innego wojskowego sprzętu międzyplanetarnego. Tymczasem niepostrzeżenie wkrada się w ich życie replikator maciczny, a oni nie mają pojęcia, że między ich żonami a córkami toczy się spór, który zasadniczo zmieni przyszłość Barrayaru. Używać czy nie używać? Za późno, by go zakazać — już tu jest. Zaczynają z niego masowo korzystać klasy średnie. Każda kochająca swoją córkę matka popiera ten pomysł, by oszczędzić jej fizycznego ryzyka związanego z biologicznym rodzeniem dzieci. Nie walczą wcale ze starszymi mężczyznami, którzy o niczym nie mają pojęcia, ale ze swymi starszymi siostrami, które mówią swoim córkom: „My musiałyśmy cierpieć, więc was też to czeka!”. Dobrze się dziś rozejrzyj, Marku. Widzisz ostatnie pokolenie mężczyzn i kobiet Barrayaru, które będzie tańczyło w dawnym stylu. System Vorów stoi u progu przemian, dzięki którym dostrzeże w końcu fundamenty, na jakich się opiera. Następne pokolenie nie będzie już wiedziało, jak to się zaczęło.
Mark mógłby przysiąc, że w jej spokojnym, nauczycielskim tonie pobrzmiewa nuta mściwej satysfakcji. Mimo to twarz księżnej jak zwykle pozostawała nieprzenikniona.