Biały smok [The White Dragon - pl]
- Автор: Маккефри Энн
- Год: 1995
- Язык: польский
- Год: Amber
- ISBN: 83-7082-890-6
- Переводчик: Anna Wojtaszczyk
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Biały smok [The White Dragon - pl]». Краткое содержание книги:
— Smoki nie pozwolą mu odejść, co? No to już szczyt wszystkiego! — Piemur potrząsnął głową. — Nie, żebym był zaskoczony, zauważcie — dodał ze zwykłym sobie animuszem. — Smoki wiedzą, kto jest ich przyjacielem. Jak już mówiłem, Mistrz Robinton zdecydował, że mądrze zrobimy, jeżeli dowiemy się czegoś więcej o Południu, ponieważ miał wrażenie, że F’lar ma zakusy na ten kontynent na okres następnej Przerwy.
— Jak to się dzieje, że ty tak wiele wiesz o tym, o czym myślą F’lar i Robinton? — zapytała Sharra.
Piemur zarechotał; grożąc jej palcem.
— Moja sprawa wiedzieć, twoja się domyślić. Ale mam rację. Czyż nie, Jaxomie?
— Nie wiem, jakie plany może mieć F’lar, ale założę się, że nie jest on jedyną osobą zainteresowaną Południowym.
— Prawdę mówisz! Ale jest jedyną osobą mającą jakieś znaczenie, widzicie to?
— Nie, szczerze mówiąc nie widzę — powiedziała Sharra. — Mój brat jest Lordem Warowni… A właśnie, że jest — dodała dosyć gwałtownie, kiedy Piemur zaczął się z nią sprzeczać. — A w każdym razie byłby, gdyby jego Warownia została uznana przez Lordów Warowni z Północy. Zaryzykował i osiedlił się na południu z F’norem, kiedy on cofał się w czasie lotem pomiędzy. Nikt inny nie miał ochoty spróbować. Cierpliwie znosił jeźdźców z przeszłości i zbudował wspaniałą, wielką, wolną od Nici Warownię. Nikt nie może kwestionować jego prawa, żeby gospodarował tym, co ma…
— Toteż ja wcale tego nie kwestionuję — powiedział pospiesznie Piemur. — Ale, mimo że Torik przyciągnął wielu nowych ludzi z północy, może utrzymać tylko ograniczoną ilość ziemi! Tylko tyle, ile może chronić i uprawiać. A jest o tyle więcej Południowego, niż ktokolwiek sobie zdaje sprawy. Oprócz mnie! Założę się, że ja przeszedłem już ten kontynent wszerz od Przylądki Tilleku do Cypla Neratu, a jeszcze nie przeszedłem go wzdłuż. — Ton Piemura przeszedł nagle z szyderstwa w nabożną cześć. — Była tam taka zatoka, wiecie, przeciwległy brzeg niemal cały zakrywała mgła. Głupek i ja od dwóch dni przedzieraliśmy się przez naprawdę fatalny piach. Miałem tylko tyle wody, żeby wrócić tą drogą, którą przyszliśmy, ponieważ sądziłem, że piasek ustąpi wkrótce miejsca porządnej ziemi… Wysłałem Farli, najpierw na drugi brzeg, a potem do ujścia zatoki, ale nie przyniosła mi nic poza obrazami piasku. Tak więc wiedziałem, że muszę zawrócić. Ale — tu zwrócił się do swoich słuchaczy — widzicie, prawdopodobnie za tą zatoką jest tyle samo ziemi, ile ja już przemierzyłem od Warowni Torika, a wciąż jeszcze nie zatoczyłem koła! Torik nie mógłby utrzymać nawet połowy tego, co ja widziałem. A to tylko zachodnia strona. Wschodnia zajęła mi pełne trzy siedmiodni. Żeby do was dotrzeć od Torika, część tej drogi musieliśmy przepłynąć. Dobry pływak z tego mojego Głupka! Zawsze chętny i nigdy nie narzeka. Kiedy pomyślę o tym, jak to mój ojciec starannie karmił swoje biegusy tylko najlepszą paszą i o tym, czym zadowala się Głupek, dając przy tym z siebie dwa razy tyle… — Piemur przerwał, żeby potrząsnąć głową nad tą niesprawiedliwością.
— Tak więc — powrócił żywo do swojego opowiadania — prowadziłem badania, tak jak mi kazano, i ogólnie rzecz biorąc zmierzałem w waszym kierunku, tak jak mi kazano, tylko że spodziewałem się, że dotrę tutaj już dawno temu! Słowo daję, ależ jestem zmęczony, a nikt nie wie, jak daleko muszę jeszcze iść, zanim dojdę tam, gdzie idę.
— Myślałem, że szedłeś tutaj.
— Tak, ale będę musiał ruszyć w drogę… kiedyś. — Uniósł lewą nogę, tę którą oszczędzał, i twarz wykrzywił mu ból. — Na Skorupy, przez jakiś czas nie zrobię ani kroku! Obtarłem sobie tę nogę do kości, prawda, Sharro?
Z wciąż uniesioną do góry nogą okręcał się na piasku w stronę uzdrowicielki, która miała dosyć zatroskany wyraz twarzy. Zręcznie odwinęła strzępy czegoś, co prawdopodobnie było kiedyś opończą Piemura i odkryła długą, ale od niedawna zagojoną bliznę.
— Nie mogę przecież iść dalej z tym, prawda, Sharro?
— Tak, myślę, że nie powinieneś, Piemurze — powiedział Jaxom przyglądając się krytycznie zagojonej ranie. — A co ty sądzisz, Sharro?
Sharra popatrzyła na jednego, na drugiego, a potem zaczęła śmiejąc się potrząsać głową.
— Nie, absolutnie nie. Ta noga wymaga moczenia w ciepłej, słonej wodzie, mnóstwa słońca, a z ciebie jest okropny gałgan, Piemurze. Dobrze, że nie obsadzono cię na stanowisku harfiarza! Zgorszyłbyś każdego rozsądnego Lorda Warowni!
— Czy prowadziłeś jakąś Kronikę swoich wędrówek? — zapytał Jaxom z prawdziwym zainteresowaniem i odrobiną zazdrości.
— Czy ja prowadziłem Kronikę? — prychnął pogardliwie Piemur. — Większość z juków Głupka to Kroniki! Jak myślisz, czemu ja noszę łachmany? Nie ma miejsca na zapasowe ubrania. — Ściszył głos i pochylił się nagląco w stronę Jaxoma. — Nie masz przypadkiem tutaj żadnych arkuszy Bendareka, prawda? Jest takich parę…
— Mamy mnóstwo arkuszy. I przyrządy do rysowania też. Chodź!
Jaxom już był na nogach, a Piemur najwyżej o sekundę po nim, kulejąc tylko nieznacznie w drodze do schronienia. Jaxom nie miał zamiaru pokazywać Piemurowi swoich śmiałych prób sporządzenia mapy najbliższej okolicy. Ale zapomniał, że niewiele uchodziło bystrym oczom młodego harfiarza i Piemur zauważył zwój schludnie połączonych arkuszy; nie powiedziawszy nawet „za pozwoleniem” rozwinął go. Wkrótce kiwał głową i coś mamrotał pod nosem.
— Nie traciłeś tu czasu, co? — Piemur wyszczerzył zęby, pośrednio chwaląc Jaxoma za jego pracę. — Jako miary używaleś Rutha? Całkiem słusznie. Ja nauczyłem moją królową, Farli, żeby odmierzała swój lot. Liczę sekundy, patrzę, jak pikuje na końcu odcinka, i zapisuję odległość w sekundach. Obliczam to później przy wykreślaniu mapy. N’ton sprawdził ze mną ten pomiar, kiedy pracowaliśmy razem, więc wiem, że jest dość dokładny, jak długo w wystarczającym stopniu uwzględniam wpływ siły wiatru. — Zagwizdał, kiedy spojrzenie jego padło na stos czystych arkuszy. — Mogą mi się przydać, oj, mogą, do sporządzenia mapy terenu, po którym podróżowałem. Gdybyś mi pomógł…
— Trzeba, żeby twoja noga odpoczęła, co? — Jaxom utrzymywał obojętny wyraz twarzy.
Piemur przytaknął zaskoczony, a następnie obydwaj wybuchnęli takim śmiechem, aż Sharra dołączywszy do nich chciała się dowiedzieć, z czego się śmieją.
Następne kilka dni minęły całej trójce bardzo przyjemnie, zaczynając od zapewnień Rutha, że stan zdrowia Harfiarza stale się poprawia. Zaraz pierwszego ranka, zauważywszy, że Głupek wyskubał całą trawę w okolicy, Piemur zapytał, czy nie ma gdzieś niedaleko jakiejś łąki. Jaxom i Piemur polecieli na Ruthu na nadrzeczne łąki, które leżały na południe i wschód od zatoczki, o dobrą godzinę lotu w głąb lądu. Ruth chętnie pomógł zebrać wysokie, falujące trawy z kłosami, które, jak Piemur oświadczył, były wspaniałą paszą, jaka mogła nawet biednego Głupka postawić na nogi. Ruth powiedział Jaxomowi, że nigdy jeszcze nie widział biegusa, który by wyglądał na tak głodnego.
— Nie tuczymy go dla ciebie — powiedział śmiejąc się Jaxom.
To przyjaciel Piemura. Piemur jest moim przyjacielem. Ja nie jadam przyjaciół przyjaciół.
Jaxom nie mógł się oprzeć, żeby nie powtórzyć tego rozumowania Piemurowi, który zawył ze śmiechu i walnął Rutha w grzbiet z tą samą szorstką uczuciowością, jaką okazywał w stosunku do Głupka.
Załadowali z pół tuzina ciężkich snopów trawy na Rutha i unieśli się już w powietrze, kiedy Piemur zapytał Jaxoma, czy odwiedził już szczyt.