Biały smok [The White Dragon - pl]
- Автор: Маккефри Энн
- Год: 1995
- Язык: польский
- Год: Amber
- ISBN: 83-7082-890-6
- Переводчик: Anna Wojtaszczyk
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Biały smok [The White Dragon - pl]». Краткое содержание книги:
— Co się dzieje?
Obydwie jaszczurki ogniste odprężyły się równie szybko, jak się spłoszyły. Meer zaczęła sobie gładzić skrzydło tak, jakby nie była przed chwilą przestraszona.
— Czyżby jakiś gość? — zapytała Sharra, ze zdumieniem odwracając się do Jaxoma.
Jaxom skoczył na równe nogi, przebiegając wzrokiem niebo.
— Nie miałbym nic przeciwko powrotowi Rutha.
— To musi być ktoś, kogo one znają! — Ta możliwość wydawała się równie nieprawdopodobna Sharrze co Jaxomowi. — I on wcale nie leci!
Obydwoje usłyszeli odgłosy czegoś, co przedzierało się przez las na cyplu. Stłumione przekleństwa wskazywały, że gość był człowiekiem, ale pierwsza głowa, która przebiła się przez parawan gęstego listowia należała niewątpliwie do zwierzęcia. Ciało, które ukazało się w ślad za głową, należało do najmniejszego biegusa, jakiego Jaxom kiedykolwiek widział.
Przekleństwa zamieniły się w dające się rozróżnić słowa.
— Przestań mi puszczać te gałęzie prosto w twarz, ty sakramencka, nosoroga, platfusowata, sparszywiała przynęto na smoki! No, Sharro, to tu cię przyniosło! Tak mi mówiono, ale zaczynałem mieć wątpliwości! Słyszałem, że byłeś chory, Jaxomie? Ale wyglądasz nieźle!
— Piemur? — Chociaż pojawienie się młodego harfiarza było jednym z mniej prawdopodobnych wydarzeń, nie można było pomylić się, co do charakterystycznej fanfaronady tej niskiej, krępej postaci, kulejącej beztrosko w dół plaży. — Piemur! Co ty tutaj robisz?
— Szukam ciebie, oczywiście. Nie masz zielonego pojęcia, ile zatoczek wzdłuż tego odcinka od nikąd do nikąd odpowiada opisowi, jaki podał mi Mistrz Robinton.
— No, w Weyrze już mamy porządek — powiedział F’lar do Lessy cichym głosem, dołączając do niej we frontowym pokoju Weyru, który pospiesznie zwolnili jego lokatorzy, żeby można było tam pomieścić Mistrza Harfiarza Pernu. Mistrz Oldive nie chciał się zgodzić, żeby przeniesiono go nawet do Warowni Ista. Uzdrowiciel i Brekke byli z nim teraz w wewnętrznym pokoju, a on sam spał podparty na łóżku; Zair przysiadł mu nad głową, nie spuszczając swoich roziskrzonych oczu z twarzy przyjaciela.
Lessa wyciągnęła rękę, czując, że musi dotknąć swego partnera. Przyciągnął swój zydel, szybko ją pocałował i nalał sobie czarkę wina.
— D’ram zorganizował mieszkańców Weyru. Wysłał starsze spiżowe smoki, żeby pomogły Canthowi i F’norowi sprowadzić Raniltha z powrotem. Biedny staruszek, przeżyje jeszcze najwyżej kilka Obrotów… jeżeli B’zon przeżyje.
— Jeszcze jeden dzisiaj? Nie! F’lar potrząsnął głową.
— Nie, on tylko śpi jak kłoda. Upiliśmy tych spiżowych jeźdźców, którzy doznali zawodu, popili się jak terminatorzy winiarzy, a sądząc po wszystkich oznakach, Cosira i G’dened są… tak zajęci sobą, że nie mają pojęcia, co jeszcze dzieje się tu w Issie.
— No i dobrze — powiedziała Lessa, uśmiechając się od ucha do ucha.
F’lar pogładził ją po policzku i odpowiedział równie szerokim uśmiechem.
— No to, kiedy Ramoth wzniesie się znowu do lotu, moja kochana?
— Będę pamiętała, żeby cię o tym powiadomić! — Kiedy zobaczyła, że F’lar zerka w kierunku wewnętrznego pokoju dodała — Nic mu nie będzie!
— Oldive nie ukrywał niczego, mówiąc o jego pełnym powrocie do zdrowia?
— Jakżeby mógł? Kiedy przysłuchiwały się wszystkie smoki Pernu? A to — powiedziała po głębszym namyśle — było zupełnie niespodziewane. Wiem, że smoki nazywają go po imieniu, ale… taki kontakt?
— Jeszcze trudniej było mi uwierzyć w to, że Brekke przyleciała na Ruthu, sama!
— A czemuż by nie? — zapytała Lessa urażona. — Przecież była jeźdźcem! A odkąd utraciła Wirenth, ma szczególny kontakt ze wszystkimi smokami!
— Nie bardzo potrafię wyobrazić sobie ciebie, jak proponujesz jej Ramoth w podobnych okolicznościach. Nie unoś się na mnie, Lesso. To był wspaniały gest ze strony Jaxoma. Brekke powiedziała mi, że on nie zdawał sobie sprawy aż do tego momentu, że sam nie może polecieć pomiędzy. Musiało to być dla niego gorzkie odkrycie i wielki zaszczyt przynosi mu jego wielkoduszność.
— Tak, rozumiem, co masz na myśli. — Lessa zerknęła ku zasłonie i westchnęła. — Wiesz, chyba mogłabym polubić jaszczurki ogniste po dzisiejszym dniu.
— Co przyniosło taka zmianę uczuć? — F’lar wpatrzył się w nią zaskoczony.
— Nie powiedziałam, że je polubiłam. Powiedziałam, że chyba mogłabym… kiedy patrzyłam na to, jak Brekke wysyła Grilla i Berda, żeby jej przynosiły różne rzeczy i na tego małego spiżowego jaszczura Robintona. Te stworzenia potrafią stać się niebezpieczne, kiedy ich przyjacielowi dzieje się krzywda, ale on przycupnął tylko obserwując twarz Robintona i nucąc, aż mi się zdawało, że się cały rozleci. Zresztą ja sama czułem się podobnie. Kiedy pomyślę… — Lessa urwała z twarzą splamioną łzami.
— Nie myśl o tym, kochana. — F’lar ścisnął ją za rękę. — To się nie stało.
— Wydaje mi się, że w życiu nie poruszałam się tak szybko, jak wtedy kiedy Mnemeth mnie zawołał. Spadłam z progu prosto na grzbiet Ramoth. Wystarczyłoby tego, że próbowałam się tutaj dostać, zanim T’kul zabije ciebie, ale żeby jeszcze Robinton… Gdybyś zabił T’rona wtedy, w Warowni Telgar…
— Lesso! — Chwycił jej palce tak mocno, że aż drgnęła. Wtedy, w Warowni Telgar, Findrath T’rona żył. Nie mogłem doprowadzić do jego śmierci, żeby nie wiem jak T’ron mi ubliżył. T’kula mogłem zabić z przyjemnością. Chociaż muszę przyznać, że niemal mnie dopadł. Nasz Harfiarz nie jest jedynym starzejącym się człowiekiem.
— Na szczęście podobnie starzeją się wszyscy z pozostałych jeźdźców z przeszłości w Weyrze Południowym. A teraz, co my mamy z nimi zrobić?
— Udam się na południe i przejmę przywództwo nad Weyrem — powiedział D’ram. Wszedł kiedy rozmawiali, znużony tak, że aż milczący. — W końcu sam jestem Władcą z przeszłości… Westchnął głęboko. — Przyjmą ode mnie to, czego nie znieśliby od ciebie, F’larze.
Bendeński Przywódca Weyru zawahał się, mimo że pociągająca była ta propozycja.
— Wiem, że jesteś chętny, D’ramie, ale gdybyś miał na tym ucierpieć…
D’ram podniósł w górę rękę, żeby uciąć resztę tego zdania. — Jestem w lepszej formie niż przypuszczasz. Te spokojne dni nad zatoczką podziałały jak cud. Będzie mi potrzebna pomoc…
— Wszelka pomoc, jakiej będziemy mogli ci udzielić…
— Trzymam cię za słowo. Będzie mi trzeba kilku zielonych smoczyc, najchętniej od R’marta z Telgaru i G’narisha z Igenu, bo tutaj chwilowo nie możecie się bez nich wszystkich obejść. Jeżeli one również będą pochodziły z dawnych czasów, to Południowcom będzie łatwiej. Będę potrzebował dwóch młodszych spiżowych smoków i wystarczającej ilości błękitnych i brunatnych, żeby uformować dwa skrzydła bojowe.
— Jeźdźcy smoków z Południowego od całych Obrotów nie zwalczali już Nici — powiedział F’lar z pogardą.
— Wiem o tym. Ale czas, żeby zaczęli. To da tym smokom, które jeszcze zostały, jakiś cel i siłę. A jeźdźcom nadzieję i zajęcie. — Twarz D’rama była surowa. — Dowiedziałem się dziś od B’zona o sprawach, które mnie zasmucają. Byłem taki ślepy…
— To nie twoja wina, D’ramie. To była moja decyzja, żeby ich wysłać na Południe.
— Honorowałem tę twoją decyzję, bo była słuszna, F’larze. Kiedy… kiedy Fanna umarła — pospiesznie wyrzucił z siebie te słowa — powinienem polecieć do Weyru Południowego. Nie byłoby to nielojalne względem ciebie, gdybym tak zrobił, a mogłoby…