Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Pan Lodowego Ogrodu. Tom II
Pan Lodowego Ogrodu. Tom II - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Pan Lodowego Ogrodu. Tom II

Электронная книга - «Pan Lodowego Ogrodu. Tom II». Краткое содержание книги:

Jarosław Grzędowicz — urodzony w 1965 roku, debiutował w 1982 na łamach tygodnika „Odgłosy” opowiadaniem Azyl dla starych pilotów. Klub absolutnej karty kredytowej (publikacja w internecie w 1999 r.) otrzymał nominację do Nagrody Elektrybałta, a po publikacji w Wizjach alternatywnych 2002 także nominację do nagrody Sfinksa. W 1990 roku wraz z Andrzejem Łaskim, Krzysztofem Sokołowskim, Dariuszem Zientalakiem i Rafałem Ziemkiewiczem założył magazyn literacki „Fenix”, w którym prowadził dział prozy polskiej, a od 1993 roku był jego redaktorem naczelnym.
Oprócz tego pracuje jako dziennikarz „wolny strzelec”, prowadzi stałą rubrykę naukowo-cywilizacyjną w Gazecie Polskiej i tłumaczy komiksy, głównie z serii Usagi Yojimbo i Batman.
W Fabryce Słów ukazała się Księga jesiennych demonów, jego pierwszy autorski zbiór opowiadań grozy.
Pan Lodowego Ogrodu to pierwsza powieść Jarosława Grzędowicza, w mistrzowski sposób łącząca elementy science fiction i fantasy.
Ilustracje Jan J. Marek
1 ... 69 70 71 72 73 74 75 76 77 ... 116
Перейти на страницу:

Muszę nauczyć się posługiwać prawem, które mam gdzieś w sobie. Niech będzie, że w sercu. I skonfrontować je z jeszcze bardziej średniowiecznym systemem kontrolnym — sumieniem.

Które najwyraźniej zwariowało, bo nie daje mi spokoju, że nie zabiłem człowieka. Muszę mu jednak ufać, bo tu nic innego nie ma.

Pamiętam tylko ogólny kierunek, w którym powinienem iść. Stronę świata. Niestety, idę inną drogą niż przyszedłem do Ziemi Węży. Okrężną, co się zowie, a mam znaleźć niewielki gródek wtulony między las a jezioro. Punkt pośrodku dzikich gór.

Poradziłbym sobie, gdybym mógł choć spojrzeć na jakąkolwiek mapę. Na dwie minuty. Ale nie ma map. Tymczasem muszę zdać się na instynkt.

O zmroku przystaję. Buduję porządny szałas ze związanych rzemieniem żerdzi, okryty grubą strzechą iglastych gałęzi. Rozpalam miniaturowe ognisko osłonięte kamieniami, gotuję zupę z jakichś kłączy pachnących niczym dziki czosnek, jadalnych bulw kryjących się w korzeniach paproci, kawałka suszonego solonego mięsa i chleba.

Wypalam oszczędnie nabitą fajkę i popijam gorącą wodę zaprawioną słodkim jak ulepek winem.

Patrzę na wodę. Pluskający po głazach górski strumień. Chciałbym wiedzieć, czy to jakiś dopływ Dragoriny, ale nie jest podpisany, niestety.

Spieszę się.

Dręczy mnie przeczucie, że stało się coś złego. Że na coś może być już za późno.

Śnię o grupie upiornych muzykantów. Kapeli z piekła rodem siedzącej na beczkach i zydlach wystawionych na polanę i grających cudaczną, hałaśliwą muzykę. Chudy flecista o twarzy jak czaszka szczura, pokryty purpurowymi wrzodami stwór podobny do wzdętej, człekokształtnej ropuchy grający na dudach i człowiek-homar w kolczastym, szkarłatnym pancerzu kręcący korbą liry czy teorbanu. Muzyka jest głośna i piskliwa, niemal głuszy przeraźliwy huk pożaru. Płoną drewniane chałupy, w powodzi iskier walą się strzechy, ogień smaga czarne niebo.

Wzdłuż częstokołu, na wbitych w belki łańcuchach zwisają czarne, pokręcone tobołki. Niektóre palą się jeszcze, wszystkie dymią i przypominają osmalone i skurczone od ognia manekiny wystawowe.

— Ktoś jeszcze chce zatańczyć Taniec Ognia? — wrzeszczy chudy mężczyzna stojący pod wbitym w ziemię buńczukiem. Drzewce oplatają tańczące węże, szczyt wieńczy czaszka i dwie końskie kity.

Przed grodem na ziemi klęczy garstka ludzi z założonymi do tyłu rękoma. Klęczą w milczeniu, za ich plecami chaty walą się z gruchotem belek, ale oni patrzą na upiorną kapelę.

— Ci, co pokłonili się Wężowi, pójdą z nami. Cali i zdrowi, jak mówiłem. — Mężczyzna na przemian grzmi basem albo piszczy skrzypiącym tenorkiem. Mutacja.

To dzieciak.

Nastolatek o ciele pokrytym zygzakowatym tatuażem. Wokół kręci się kilkudziesięciu Ludzi Węży. Rośli mężczyźni w wymyślnych, członowanych półpancerzach i szturmakach, opodal ogień maluje błyski na pancerzach paru krabów. Dlaczego słuchają takiego szczyla?

— Pytałem, czy ktoś jeszcze chce kłaniać się Bogu Ognia?! A może ktoś chce spróbować się ze Żmijowym Żądłem?!

Milczą i patrzą na kapelę.

— Ty! — krzyczy chłopak. — Ty walczyłeś! Widziałem cię! Dawać go tu!

Dwóch ogromnych wojów wyciąga z tłumu szarpiącego się mężczyznę i wywleka na środek polany, po czym ciska na kolana tuż na wprost muzyków. Podnosi twarz, patrząc na pokryty brodawkami żabi pysk, na szczurzą czaszkę i wrzecionowaty łeb homara. Wygląda jak ktoś, kto chce się obudzić. Potrząsa głową owiniętą w nasiąkniętą krwią chustę.

— Dajcie mu miecz! — woła chłopak. Któryś z Węży podaje klęczącemu krótki tasak. Tamten sięga i zaciska dłoń na drewnianej rękojeści, po czym zamyka na chwilę oczy. Wstaje powoli z klęczek, ważąc ostrze w dłoni.

— Cisza! — Na krzyk chłopaka muzykanci przestają grać. Huczy i grzmi tylko pożar. Istna nawałnica ognia. Jeszcze ryczy bydło, zgonione w ciasną gromadę gdzieś w mroku.

Nastolatek odrzuca do tyłu poły płaszcza, czarna tkanina spływa mu z ramion. Unosi lewą ręką miecz, sięga do rękojeści i powoli wyciąga nad głową ostrze. Jednosieczne, lśniące jak lustro, długości siedemdziesięciu centymetrów. Monomolekularne ostrze miecza Nordland, miecza zwiadowcy. Ujmuje w obie dłonie okręconą taśmą rękojeść, zupełnie nieprawidłowo, po czym zaczyna wywijać ostrzem w jakichś pokracznych podrygach. Jego przeciwnik pochyla się i ugina nogi, wystawia swój krótki tasak jak nóż, podobny do bokserskiego taniec pozwala mu na kilka uników i odskoków.

Trwa to krótko.

Słychać dwa ostre świśnięcia, chrzęst rąbanej tkanki i stłumiony krzyk. Przez ułamek sekundy widać też w świetle pożaru gwałtowny wybuch rozpylonej krwi.

Mężczyzna wali się na ziemię jak worek, głowa toczy się po zbryzganej trawie.

— Skończyło się! — wrzeszczy chłopak. — Teraz nadchodzi czas Węży! Idźcie! Idźcie do Węża! Idźcie do Zamku Cierń! Tam prorok pokaże wam drogę!

Odchodzą.

W milczeniu ustawiają się jedno za drugim i odchodzą gęsiego gdzieś w mrok. Obojętnie mijają leżącego nieruchomo trupa. Nie słychać szlochów ani lamentów. Nikt ich nie eskortuje ani nie prowadzi.

Słychać tylko huk pożaru.

I muzykę, która zaczyna grać na nowo.

Koszmar budzi mnie sinym, bladym przedświtem wśród mżawki i krakania wron. Siedzę potem, otulony wilgotnym płaszczem, i patrzę przez otwór szałasu na strumień spowity we mgle oraz na mokre liście, które zaczynają już żółknąć. Powinienem złapać jeszcze trochę snu, ale nie chcę. Boję się zasnąć.

Boję się, że koszmar, który widziałem we śnie, toczy się naprawdę.

Jestem zakażony mocą uroczyska. Możliwe, że będą i takie skutki uboczne.

Znowu idę na azymut, szybko i bez marudzenia, lecz jedyna metoda, jaką mogę się kierować, wcale mi się nie podoba. W górach chodzenie na przełaj z reguły nie popłaca.

Natykam się na nich około południa, na szlaku trawersującym zbocze góry. Słyszę najpierw kroki. Szuranie podeszew, szmer, gdy któryś potyka się o kamienie bez słowa skargi czy jęku bólu. A potem dziwaczne, rytmiczne mamrotanie z wielu gardeł. Wtedy leżę już w gęstych krzakach, przykryty zeschłą trawą i gałęziami, otoczony chmurą oburzonych komarów.

Kryję się parę metrów od ścieżki, więc mogę obserwować, jak przechodzą.

Ludzie Ognia albo z jakiegoś innego plemienia. W każdym razie nie Ludzie Węże. Drepcą gęsiego, blisko siebie, potykając się i powłócząc nogami, każdy trzyma dłoń na ramieniu poprzednika. Idą i nucą monotonną, dziką melodię. Wydaje mi się dziwnie znajoma, aż nagle sobie przypominam. Nucą tę samą przyśpiewkę, którą w moim śnie grali upiorni muzykanci.

Leżę zupełnie nieruchomo i czekam, aż mnie miną. Trzydziestu ośmiu. Mężczyźni, kobiety. W różnym wieku.

Trzymają dłoń na ramieniu poprzednika i drepcą przed siebie niczym korowód zombie tam, skąd ja przyszedłem.

I wszyscy mają oczy zasnute dziwnym, mżącym złotawo bielmem.

Osady zaczynam znajdować po południu.

Najpierw wojenne ruiny. Sterty zwęglonych belek, okopcone resztki kamiennych podmurówek, ułożone rzędem trupy w różnych stadiach rozkładu, roje much, krakanie wron. Upiorny smród spalenizny i padliny. To nie wygląda jak gródek z mojego snu, ale i tak robi ponure wrażenie. W każdym znajduję ślady upiornych egzekucji: zwęglone, powykręcane ciała, uwiązane dwumetrowym łańcuchem do częstokołu albo do jakiegoś słupa. Widziałem to we śnie. Ci ludzie czcili ogień, czcili boga-kowala, produkowali smoczą oliwę — skrzyżowanie napalmu z ogniem greckim, tańczyli Taniec Ognia. Dlatego Węże palą ich żywcem. Każą im tańczyć w ogniu.

1 ... 69 70 71 72 73 74 75 76 77 ... 116
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)