Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód

Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód». Краткое содержание книги:

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
1 ... 69 70 71 72 73 74 75 76 77 ... 173
Перейти на страницу:

Ka­ile­an pa­trzy­ła na nie­go, jak­by wi­dzia­ła go po raz pierw­szy w ży­ciu. Jan­ne za­wsze był ci­chy i ma­ło­mów­ny, ze swo­imi sze­ro­ki­mi ba­ra­mi i gru­bo po­nad sze­ścio­ma sto­pa­mi wzro­stu wy­da­wał się wcie­le­niem ma­ło­mów­ne­go, nie­zbyt by­stre­go wiel­ko­lu­da, co to wy­wi­ja to­po­rem jak sza­bel­ką, a z żar­tów za­wsze śmie­je się ostat­ni.

– Po kil­ku la­tach prze­sta­li­śmy się tak do­kład­nie ukry­wać. Oj­ciec za­pu­ścił bro­dę do pasa, mnie nie po­znał­by nikt, na­wet ro­dzo­na mat­ka. Naj­mo­wa­li­śmy się do ochro­ny ka­ra­wan, słu­ży­li­śmy jako oso­bi­ści straż­ni­cy temu i owe­mu. On... po­tra­fił tyl­ko jeź­dzić kon­no, ro­bić sza­blą i szyć z łuku... i tego mnie na­uczył... a po­tem, jak zo­ba­czył, jak ma­cham to­po­rem, tak­że i ma­cha­nia nim... to­po­rem, zna­czy się. A po­tem... umarł. Pew­ne­go dnia po­je­chał do mia­sta po je­dze­nie i nie wró­cił. Szu­ka­łem go i zna­la­złem... Nie wiem na­wet, kto go za­bił... strza­łą w ple­cy. – Ka­ga­nek za­trząsł się tak, że nie­mal zgasł.

– Zna­la­złem go, po dwóch dniach, tyl­ko dzię­ki kru­kom. One wi­dzia­ły... przy­la­ty­wa­ły na ucztę i ja... też wi­dzia­łem... Mia­łem wte­dy pięt­na­ście lat... by­łem sam na Ste­pach i bar­dzo, bar­dzo chcia­łem go od­na­leźć... i one go od­na­la­zły... dla mnie...

– Po­tra­fię... mogę... pta­ki... one mnie słu­cha­ją... cza­sem uży­cza­ją oczu... cza­sem ja uży­czam im mię­śni... nie wiem, czy to cza­ry... mogę... ka­zać im la­tać nade mną albo po­le­cieć tam, gdzie chcę... albo spaść ko­muś na gło­wę, ale wte­dy jest tak, jak­by spa­da­ły na moją...

Za­trząsł się.

– Nie­kie­dy na­zy­wa­ją mnie ptasz­ni­kiem i... i za­wsze jest tak, że z cza­sem ktoś za­uwa­ży, że to, co ro­bię, jest nie­zwy­kłe... Wte­dy mu­szę je­chać da­lej... Ni­g­dy nie od­wie­dzi­łem mat­ki... za to, co zro­bi­ła ojcu...

Za­mknął oczy, jak­by te parę nie­skład­nych zdań cał­kiem go wy­czer­pa­ło.

– Oto moja za­słu­ga.

* * *

Dro­ga wcią­gnę­ła ich w góry nie­mal nie­po­strze­że­nie. Gdy­by ktoś, ja­dąc tym szla­kiem, przy­snął na chwi­lę w sio­dle, po kwa­dran­sie, uno­sząc gło­wę, na­po­tkał­by ciem­ny ka­mień i wy­so­kie ścia­ny, po­ro­śnię­te ła­ta­mi mchów. Jak­by ja­kiś po­twór go po­żarł, wcią­gnął w prze­łyk. Bu­dow­ni­czo­wie dro­gi mu­sie­li wy­ko­rzy­stać na­tu­ral­ną prze­łęcz, pęk­nię­cie w ska­le, bo nie do po­my­śle­nia było, żeby coś ta­kie­go stwo­rzy­ła ludz­ka ręka. Ska­ły po obu stro­nach dro­gi pię­ły się na set­ki stóp wzwyż.

– Niech to de­mon... – Ko­ci­mięt­ka tyl­ko raz spoj­rzał w górę i z miej­sca za­cze­pił wzrok na koń­skiej grzy­wie. – To się za­raz za­wa­li.

– Nie za­wa­li­ło się przez ty­sią­ce lat, nie za­wa­li i te­raz. Po­tem ma być le­piej. Sze­rzej.

– Sze­rzej to jest, jak wi­dzę wszyst­ko na dzie­sięć mil wo­kół, Ka­ile­an. Te­raz jest wą­sko jak w szczu­rzym tył­ku.

* * *

– Oto moja za­słu­ga. Na­zy­wam się Sar­den Wa­edro­nyk, choć to nie jest moje praw­dzi­we imię ani na­zwi­sko. Po­cho­dzę z pół­noc­ne­go Lo­wen. Wszy­scy mó­wią na mnie Ko­ci­mięt­ka, bo lu­bię ten za­pach. Je­stem... by­łem żoł­nie­rzem, słu­ży­łem pod ge­ne­ra­łem La­skol­ny­kiem w Czter­dzie­stym Dru­gim Puł­ku Gwar­dii, do­chra­pa­łem się po­rucz­ni­ka. Wal­czy­łem z ko­czow­ni­ka­mi pod ko­niec woj­ny, bra­łem udział w bi­twie o Me­ekhan, w bi­twie pod Se­ren­tay i w Dłu­gim Po­ści­gu. I w dzie­siąt­kach mniej­szych po­ty­czek i starć.

Ko­ci­mięt­ka stał w krę­gu mi­go­czą­cych świa­te­łek i po raz pierw­szy, od­kąd go po­zna­ła, wy­glą­dał na onie­śmie­lo­ne­go. Nie uśmie­chał się kpią­co, nie wy­gła­dzał za­wa­diac­kim ru­chem wą­sów. Je­śli ktoś czuł, co tu się dzie­je, to wła­śnie on. Poza tym... Na Dzi­ki Uśmiech Sza­ro­wło­sej, był kie­dyś ofi­ce­rem, i to w gwar­dyj­skim puł­ku. Wie­dzia­ła, że słu­żył w ar­mii, ale da­wa­ła mu co naj­wy­żej dzie­sięt­ni­ka. Peł­ny po­rucz­nik. To zna­czy­ło, że mógł do­wo­dzić, a naj­pew­niej do­wo­dził, całą cho­rą­gwią.

– Dzie­sięć lat po woj­nie, gdy skoń­czył mi się kon­trakt, nie pod­pi­sa­łem na­stęp­ne­go, tyl­ko spa­ko­wa­łem się i wró­ci­łem do domu. Służ­ba w Gwar­dii, tuż przy sto­li­cy, to w cza­sie po­ko­ju za­ję­cie dla znu­dzo­nych szla­chec­kich sy­nal­ków. W cza­sie woj­ny na­wet zwy­kły pa­stuch może awan­so­wać na ofi­ce­ra. Po każ­dej bi­twie mu­sia­łem kil­ku lu­dziom ka­zać ob­szy­wać płasz­cze brą­zem, a zda­rza­ło się, że i czer­wie­nią, bo cho­rą­giew musi mieć do­wód­ców. Ja sam prze­sze­dłem od sze­re­go­we­go jeźdź­ca, przez dzie­sięt­ni­ka, młod­sze­go po­rucz­ni­ka, do peł­nej czer­wie­ni w mniej niż dwa lata. Ale po woj­nie wszyst­ko się zmie­ni­ło. Żeby awan­so­wać, trze­ba było mieć pa­pier, że jest się szlach­ci­cem, a naj­le­piej me­ekhań­skim szlach­ci­cem. Od­po­wied­nie na­zwi­sko zna­czy­ło wię­cej niż do­świad­cze­nie. W przy­gra­nicz­nych puł­kach tak się nie robi, tam, gdzie że­la­zo raz po raz bar­wi się krwią, pa­pier nie­wie­le zna­czy, ale w sto­li­cy bez ko­li­ga­cji nie osią­gniesz nic. Na­wet się nie obej­rza­łem, jak mu­sia­łem sa­lu­to­wać gów­nia­rzom o po­ło­wę młod­szym ode mnie, któ­rzy ko­czow­ni­ka wi­dzie­li tyl­ko z oka­zji wi­zy­ty ja­kie­goś po­sel­stwa. Wie­lu było ta­kich jak ja, któ­rzy w cza­sie woj­ny awan­so­wa­li z dnia na dzień, a po­tem na­gle sta­nę­li w miej­scu. Nie­wła­ści­we na­zwi­sko, po­cho­dze­nie, nie­wła­ści­wa krew. I nie ja je­den nie prze­dłu­ży­łem kon­trak­tu. We­thorm, Awen­lay, Kan­de­wyss, zna­cie ich, pro­wa­dzą wła­sne cza­ar­da­ny, wo­ląc chleb na­jem­ne­go za­bi­ja­ki od ce­sar­skie­go żoł­du.

Uśmiech­nął się na­gle, z za­że­no­wa­niem.

– Roz­ga­da­łem się jak prze­ku­pa. Nie o tym mia­łem. Wró­ci­łem i nie wie­dzia­łem, co ze sobą zro­bić. Pie­nią­dze, któ­re odło­ży­łem z żoł­du, wy­star­czy­ły na rok z okła­dem, bo więk­szość prze­ka­za­łem ro­dzi­nie, po­tem by­wa­ło róż­nie, cza­sem na­ją­łem się do ochro­ny, cza­sem pra­co­wa­łem jako po­ga­niacz by­dła. My­śla­łem na­wet, żeby wró­cić do ar­mii, lecz nie do sto­li­cy, tyl­ko za­cią­gnąć się do któ­re­goś z przy­gra­nicz­nych puł­ków. Sza­bla na pew­no by w po­chwie nie za­rdze­wia­ła. Ale nie, los chciał ina­czej. Moja ro­dzi­na, oj­ciec, mat­ka, trzech star­szych bra­ci, dwie sio­stry... – za­wa­hał się. – Ni­g­dy nie mia­łem z nimi ja­kichś szcze­gól­nie do­brych kon­tak­tów. Dużo stra­ci­li w cza­sie woj­ny, po­tem ca­ły­mi la­ta­mi mo­zol­nie sta­ra­li się to od­zy­skać. Chy­ba mie­li pre­ten­sje, że naj­młod­szy syn za­miast po­więk­szać ro­dzin­ny ma­ją­tek i ha­ro­wać jak wół, jeź­dzi w pa­ra­dach przed ce­sa­rzem. Ale pie­nią­dze ode mnie wzię­li bez mru­gnię­cia okiem, co po­win­no mnie ostrzec. Gdy oj­ciec i mat­ka znie­do­łęż­nie­li, mój naj­star­szy brat prze­jął obo­wiąz­ki go­spo­da­rza. Wdał się w ja­kieś dziw­ne in­te­re­sy z miej­sco­wą gil­dią ku­piec­ką, po­ży­czył od nich pie­nią­dze, po­tem miał od­dać w by­dle, by­dło po­dob­no za­cho­ro­wa­ło i wy­zdy­cha­ło, ale pro­cent rósł. Dzie­się­cio­let­ni ofi­cer­ski żołd le­d­wo wy­star­czył, żeby o rok od­su­nąć nie­unik­nio­ne. Stra­ci­li wszyst­ko, zie­mię, zwie­rzę­ta, cały ma­ją­tek. Moi ro­dzi­ce tego nie prze­ży­li, za­wsze uwa­ża­li, że bez wła­sne­go ka­wał­ka zie­mi czło­wiek jest ni­czym. Sio­stry, dzię­ki lo­so­wi, były już za­męż­ne i dzie­cia­te, ale bra­cia zo­sta­li z tym, co mie­li na grzbie­cie. Po­dob­no usły­sze­li, jak ktoś się chwa­lił, że ta cho­ro­ba, któ­ra wy­bi­ła im by­dło, to żad­na cho­ro­ba, tyl­ko ktoś zwie­rzę­ta otruł, żeby nie mo­gli spła­cić dłu­gu i żeby kup­cy prze­ję­li ich zie­mię. Głu­pia hi­sto­ria, ale oni w nią uwie­rzy­li. Po­sta­no­wi­li się ze­mścić i za­nim zdo­ła­łem ich po­wstrzy­mać, je­den był mar­twy, je­den cięż­ko ran­ny cze­kał na sąd, a ostat­ni ucie­kał w Ste­py, ści­ga­ny jako ban­dy­ta.

1 ... 69 70 71 72 73 74 75 76 77 ... 173
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)