Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #2
- Год: 2010
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788361187165
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód». Краткое содержание книги:
Kailean patrzyła na niego, jakby widziała go po raz pierwszy w życiu. Janne zawsze był cichy i małomówny, ze swoimi szerokimi barami i grubo ponad sześcioma stopami wzrostu wydawał się wcieleniem małomównego, niezbyt bystrego wielkoluda, co to wywija toporem jak szabelką, a z żartów zawsze śmieje się ostatni.
– Po kilku latach przestaliśmy się tak dokładnie ukrywać. Ojciec zapuścił brodę do pasa, mnie nie poznałby nikt, nawet rodzona matka. Najmowaliśmy się do ochrony karawan, służyliśmy jako osobiści strażnicy temu i owemu. On... potrafił tylko jeździć konno, robić szablą i szyć z łuku... i tego mnie nauczył... a potem, jak zobaczył, jak macham toporem, także i machania nim... toporem, znaczy się. A potem... umarł. Pewnego dnia pojechał do miasta po jedzenie i nie wrócił. Szukałem go i znalazłem... Nie wiem nawet, kto go zabił... strzałą w plecy. – Kaganek zatrząsł się tak, że niemal zgasł.
– Znalazłem go, po dwóch dniach, tylko dzięki krukom. One widziały... przylatywały na ucztę i ja... też widziałem... Miałem wtedy piętnaście lat... byłem sam na Stepach i bardzo, bardzo chciałem go odnaleźć... i one go odnalazły... dla mnie...
– Potrafię... mogę... ptaki... one mnie słuchają... czasem użyczają oczu... czasem ja użyczam im mięśni... nie wiem, czy to czary... mogę... kazać im latać nade mną albo polecieć tam, gdzie chcę... albo spaść komuś na głowę, ale wtedy jest tak, jakby spadały na moją...
Zatrząsł się.
– Niekiedy nazywają mnie ptasznikiem i... i zawsze jest tak, że z czasem ktoś zauważy, że to, co robię, jest niezwykłe... Wtedy muszę jechać dalej... Nigdy nie odwiedziłem matki... za to, co zrobiła ojcu...
Zamknął oczy, jakby te parę nieskładnych zdań całkiem go wyczerpało.
– Oto moja zasługa.
* * *
Droga wciągnęła ich w góry niemal niepostrzeżenie. Gdyby ktoś, jadąc tym szlakiem, przysnął na chwilę w siodle, po kwadransie, unosząc głowę, napotkałby ciemny kamień i wysokie ściany, porośnięte łatami mchów. Jakby jakiś potwór go pożarł, wciągnął w przełyk. Budowniczowie drogi musieli wykorzystać naturalną przełęcz, pęknięcie w skale, bo nie do pomyślenia było, żeby coś takiego stworzyła ludzka ręka. Skały po obu stronach drogi pięły się na setki stóp wzwyż.
– Niech to demon... – Kocimiętka tylko raz spojrzał w górę i z miejsca zaczepił wzrok na końskiej grzywie. – To się zaraz zawali.
– Nie zawaliło się przez tysiące lat, nie zawali i teraz. Potem ma być lepiej. Szerzej.
– Szerzej to jest, jak widzę wszystko na dziesięć mil wokół, Kailean. Teraz jest wąsko jak w szczurzym tyłku.
* * *
– Oto moja zasługa. Nazywam się Sarden Waedronyk, choć to nie jest moje prawdziwe imię ani nazwisko. Pochodzę z północnego Lowen. Wszyscy mówią na mnie Kocimiętka, bo lubię ten zapach. Jestem... byłem żołnierzem, służyłem pod generałem Laskolnykiem w Czterdziestym Drugim Pułku Gwardii, dochrapałem się porucznika. Walczyłem z koczownikami pod koniec wojny, brałem udział w bitwie o Meekhan, w bitwie pod Serentay i w Długim Pościgu. I w dziesiątkach mniejszych potyczek i starć.
Kocimiętka stał w kręgu migoczących światełek i po raz pierwszy, odkąd go poznała, wyglądał na onieśmielonego. Nie uśmiechał się kpiąco, nie wygładzał zawadiackim ruchem wąsów. Jeśli ktoś czuł, co tu się dzieje, to właśnie on. Poza tym... Na Dziki Uśmiech Szarowłosej, był kiedyś oficerem, i to w gwardyjskim pułku. Wiedziała, że służył w armii, ale dawała mu co najwyżej dziesiętnika. Pełny porucznik. To znaczyło, że mógł dowodzić, a najpewniej dowodził, całą chorągwią.
– Dziesięć lat po wojnie, gdy skończył mi się kontrakt, nie podpisałem następnego, tylko spakowałem się i wróciłem do domu. Służba w Gwardii, tuż przy stolicy, to w czasie pokoju zajęcie dla znudzonych szlacheckich synalków. W czasie wojny nawet zwykły pastuch może awansować na oficera. Po każdej bitwie musiałem kilku ludziom kazać obszywać płaszcze brązem, a zdarzało się, że i czerwienią, bo chorągiew musi mieć dowódców. Ja sam przeszedłem od szeregowego jeźdźca, przez dziesiętnika, młodszego porucznika, do pełnej czerwieni w mniej niż dwa lata. Ale po wojnie wszystko się zmieniło. Żeby awansować, trzeba było mieć papier, że jest się szlachcicem, a najlepiej meekhańskim szlachcicem. Odpowiednie nazwisko znaczyło więcej niż doświadczenie. W przygranicznych pułkach tak się nie robi, tam, gdzie żelazo raz po raz barwi się krwią, papier niewiele znaczy, ale w stolicy bez koligacji nie osiągniesz nic. Nawet się nie obejrzałem, jak musiałem salutować gówniarzom o połowę młodszym ode mnie, którzy koczownika widzieli tylko z okazji wizyty jakiegoś poselstwa. Wielu było takich jak ja, którzy w czasie wojny awansowali z dnia na dzień, a potem nagle stanęli w miejscu. Niewłaściwe nazwisko, pochodzenie, niewłaściwa krew. I nie ja jeden nie przedłużyłem kontraktu. Wethorm, Awenlay, Kandewyss, znacie ich, prowadzą własne czaardany, woląc chleb najemnego zabijaki od cesarskiego żołdu.
Uśmiechnął się nagle, z zażenowaniem.
– Rozgadałem się jak przekupa. Nie o tym miałem. Wróciłem i nie wiedziałem, co ze sobą zrobić. Pieniądze, które odłożyłem z żołdu, wystarczyły na rok z okładem, bo większość przekazałem rodzinie, potem bywało różnie, czasem nająłem się do ochrony, czasem pracowałem jako poganiacz bydła. Myślałem nawet, żeby wrócić do armii, lecz nie do stolicy, tylko zaciągnąć się do któregoś z przygranicznych pułków. Szabla na pewno by w pochwie nie zardzewiała. Ale nie, los chciał inaczej. Moja rodzina, ojciec, matka, trzech starszych braci, dwie siostry... – zawahał się. – Nigdy nie miałem z nimi jakichś szczególnie dobrych kontaktów. Dużo stracili w czasie wojny, potem całymi latami mozolnie starali się to odzyskać. Chyba mieli pretensje, że najmłodszy syn zamiast powiększać rodzinny majątek i harować jak wół, jeździ w paradach przed cesarzem. Ale pieniądze ode mnie wzięli bez mrugnięcia okiem, co powinno mnie ostrzec. Gdy ojciec i matka zniedołężnieli, mój najstarszy brat przejął obowiązki gospodarza. Wdał się w jakieś dziwne interesy z miejscową gildią kupiecką, pożyczył od nich pieniądze, potem miał oddać w bydle, bydło podobno zachorowało i wyzdychało, ale procent rósł. Dziesięcioletni oficerski żołd ledwo wystarczył, żeby o rok odsunąć nieuniknione. Stracili wszystko, ziemię, zwierzęta, cały majątek. Moi rodzice tego nie przeżyli, zawsze uważali, że bez własnego kawałka ziemi człowiek jest niczym. Siostry, dzięki losowi, były już zamężne i dzieciate, ale bracia zostali z tym, co mieli na grzbiecie. Podobno usłyszeli, jak ktoś się chwalił, że ta choroba, która wybiła im bydło, to żadna choroba, tylko ktoś zwierzęta otruł, żeby nie mogli spłacić długu i żeby kupcy przejęli ich ziemię. Głupia historia, ale oni w nią uwierzyli. Postanowili się zemścić i zanim zdołałem ich powstrzymać, jeden był martwy, jeden ciężko ranny czekał na sąd, a ostatni uciekał w Stepy, ścigany jako bandyta.