Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #3
- Год: 2012
- Язык: польский
- Год: satan
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza». Краткое содержание книги:
Ci z Wozaków, którzy wdarli się do środka, nie mieli szans. Ogniska, rozpalane w precyzyjnie wybranych punktach, odcinały im drogi ucieczki, zupełnie jakby wewnątrz pełzał ognisty wąż, pożerający własny ogon; nagle, dosłownie w kilka chwil, krąg ognia odgrodził całe centrum i zaczął zagarniać wnętrze. Płomienie mknęły z jednej sterty suszu na następną, karmiły się specjalnie przygotowanymi belami słomy, błyskawicznie przeskakiwały na rowy wypełnione kawałkami drewna i olejem. Tam, gdzie ogień trafił na szczególnie smakowity kąsek, buchał w górę na dziesiątki stóp, śląc na wszystkie strony snopy iskier.
Nagle nad ryk płomieni wzbiło się rozpaczliwe rżenie wydawane przez setki końskich gardeł. Kocimiętka widział raz pożar stajni i słyszał, jakie dźwięki wydają z siebie płonące żywcem zwierzęta, ale tym razem miał wrażenie, że ktoś złapał go za serce i ścisnął.
Kilku woźniców z powstrzymanego skrzydła wyrwało się naprzód, ale ostre gwizdki osadziły ich w miejscu. Nic nie można było zrobić.
Kocimiętka podjechał do czoła kolumny, odszukał najstarszego Verdanno.
– Kto tu dowodzi?
– On. – Wozak wskazał młodego mężczyznę w kolczudze i stalowym hełmie. Kocimiętka znał go.
– Der’eko. Hej! Popatrz tu!
Pierworodny syn kowala oderwał wzrok od płomieni i przez chwilę wydawało się, że nie wie, na kogo patrzy.
– Sarden... oni... ja...
W Kocimiętce obudził się oficer. Znał takie spojrzenie, widział je u młodych żołnierzy, którzy w pierwszej bitwie tracili przyjaciół.
– Dość! Nie pomożesz im! Czas na żałobę będzie później! Rozumiesz?
Młody Kanewey zamrugał, potrząsnął głową i po chwili wyglądał tak jak zwykle przez ostatnie miesiące: niczym młodsza, posępniejsza wersja swojego ojca. Kocimiętka uśmiechnął się w duchu. Szybko się otrząsnął, dobrze, jeszcze będzie z niego dowódca.
– Dobrze, że zatrzymałeś atak.
– Lei prawie nie było widać, ale tę jej beczułkę na nogach rozpoznam wszędzie. – Wozak wskazał nadjeżdżającą dziewczynę. – I jeszcze ten lew...
Jeździec wzruszył ramionami.
– To dzikie tereny, pewnie próbował coś upolować i go spłoszyliście. A teraz wasza kolej na polowanie.
– Nasza?
– Ci, co podpalili obóz, jeszcze z niego nie wyjechali. Skinięcie głowy, gwizdek. Rydwany ruszyły, otaczając płonące obozowisko.
Lea podjechała stępa, słowem nie komentując faktu, że jej konik wyraźnie nie miał ochoty zbliżać się do Kocimiętki.
– Ilu mogło wjechać do środka?
– Fala? Może mniej. Janne i Landeh powinni powstrzymać choć część. Słyszałaś ten hałas?
– No pewnie. Jakby grad walił o miedziany dach. – Lea zerknęła na płonący obóz, zacisnęła zęby. – Sucze syny, ja bym ich...
– Okazali się sprytniejsi, Lea. Pewnie już są pod górami.
– To ma mi pomóc?
Sięgnęła po łuk, wyciągnęła z kołczanu kilka strzał, jedną założyła na cięciwę, pozostałe złapała dłonią trzymającą majdan.
– Wiem, co mi pomoże, Sarden.
Uśmiechnął się, złapał jej konia za uzdę i przytrzymał.
– Puszczaj.
– Nie, dziewczyno. Oni będą strzelać do każdego, kto jest w siodle. Nie pojedziesz walczyć.
– Puszczaj!
– Nie. To rozkaz. A teraz patrz.
Jakieś dwieście jardów od nich krąg wozów pękł i wypadła z niego grupa jeźdźców. Może ze dwa a’keery. Lea nie wytrzymała, posłała im trzy strzały, bez widocznego rezultatu, a koczownicy już szli galopem, już zwierali szyk, by przebić się przez otaczające obóz rydwany i zniknąć w stepie.
Drogę zagrodziła im pojedyncza Fala. Wozy jechały luźno, w odstępach wystarczająco szerokich, by konni przemknęli między nimi i uciekli. I nagle... tysiąc pijanych doboszy dorwało się do tysiąca metalowych balii. Dźwięk wybuchł bez ostrzeżenia i nawet koń Kocimiętki skulił uszy i parsknął przestraszony.
A rydwanom wyrosły skrzydła. Za każdym pojazdem rozwinęło się kilka łopoczących wstęg, w ostrych kolorach – czerwonym, żółtym, białym, pomarańczowym. Szerokie na dwie stopy, długie na dwadzieścia, zwężające się ku końcom, furkoczące wściekle i trzaskające niczym końcówka bata.
Konie Se-kohlandczyków zaczęły rżeć, hamować, boczyć się i przysiadać na zadach. Żadna siła na świecie nie zmusiłaby ich do zbliżenia się do tej piekielnie hałasującej, wielobarwnej, ruchliwej przeszkody, która nagle zakręciła i owinęła się wokół próbującego uciekać oddziału.
– Nazwaliśmy to Jedwabnym Kręgiem. – Awe’aweroh Mantom podjechał do nich niezauważenie, co uwzględniając panujący hałas, nie było wielkim wyczynem. – Surowy, barwiony na różne kolory jedwab, łopoczący i turkoczący jak proporzec na szczycie lancy. Kosztowało nas to majątek, ale było warto. Konie są wystarczająco inteligentne, by bać się nowych rzeczy.
– Ludzi by to nie zatrzymało.
– I co to mówi o naszej mądrości? – Lamerei wykrzywił się wściekle. – Straciłem tu pół Fali, bo okazałem się głupcem. Patrzcie.
Pędzące po okręgu rydwany zacieśniły szyk, a ich łucznicy zaczęli strzelać. Koczownicy próbowali się bronić, ale jeszcze nikomu nie udała się sztuka celnego strzelania z grzbietu konia, który na zmianę kręci się wkoło i próbuje wierzgać. Metaliczny łoskot był ogłuszający.
– Skąd ten hałas? Nie wierzę, że same proporce...
– Stąd. – Starszy Wozak przesunął coś nogą i między szprychami jego rydwanu pojawiła się stalowa listwa. – Dźwięk to też broń. Nasze konie już się go nie boją, ale jak walczymy z takimi nieprzywykłymi... Sam widzisz.
Wnętrze Jedwabnego Kręgu pustoszało. Ostatni jeźdźcy zeskoczyli wreszcie z koni i napięli łuki. Rydwany złamały szyk i po prostu ich stratowały.
– Surowy jedwab lepi się do strzał. – Awe’aweroh patrzył, jak rydwany zatrzymują się, a ich załogi raz-dwa dobijają rannych. – Może jedna na pięć przebije swobodnie zwisającą płachtę. To dodatkowe zabezpieczenie, gdy jedziemy w szyku. A teraz pojedziemy szybko, bez odpoczynku. Orne jest wściekła i lepiej, żebym szybko dał jej coś do podpalenia. A wy... Możecie jechać z nami. Wasze konie dadzą radę?
Skinęli głowami, a on po prostu zawrócił rydwan i ruszył ku reszcie Wozaków, wydając gwizdkiem komendy. Lea uśmiechnęła się kwaśno i schowała łuk.
– Nie ma za co, wysuszony capie.
* * *
Koń parsknął krótko, rozstawił szerzej nogi i było jasne, że dalej nie pójdzie. Brzuch miał wzdęty, sierść zmatowioną, robił bokami. Daleko mu było do tego dumnego, smukłego jak szlachetny jeleń zwierzęcia, które podarował im syn hrabiego. Trzy dni i trzy noce wędrówki w górach, nieustającej wędrówki coraz dalej na północny wschód, nie powinny aż tak go zeszkapić, ale wykorzystując chwilę nieuwagi Dagheny, nażarł się jakichś podejrzanych chwastów. Okazało się, że zielsko, którym mógł się pożywić górski kucyk, jest zupełnie niestrawne dla bojowego ogiera.
Jego brzuch przypominał teraz bęben, skóra wyglądała, jakby miała pęknąć, wzdęte trzewia najwyraźniej naciskały na płuca, bo ogier dyszał jak po zabójczym cwale. Ślinił się i puszczał bąki.
Rozsiodłały go, przekładając rząd na grzbiet pociągowego zwierzęcia i wyrzucając damskie siodło. Właściwie powinny zostawić chore zwierzę, ale w tym stanie wierzchowiec nie potrafiłby obronić się nawet przed stadem zdziczałych kundli. Nie mogły tego zrobić.
Zresztą nie spowalniał ich zbytnio. Droga zrobiła się wyjątkowo nieprzyjazna dla koni, wąskie skalne półki, leśne ścieżki, którymi wędrowała tylko dzika zwierzyna, szczeliny w skałach, jakieś dziwaczne, ukryte przed ludzkim wzrokiem szlaki, to wszystko sprawiało, że częściej wędrowały pieszo, ciągnąc zwierzęta za uzdy, niż jechały wierzchem. Gdyby nie to, że Laiwa zachowywała się jak bezwolna kukła, od czasu do czasu tylko wskazując im drogę, już dwa dni temu, nim doszło to tego nieprzyjemnego incydentu z zielskiem, rozsiodłałyby i wypuściły konie. Lecz wtedy musiałyby prowadzić szlachciankę pod rękę, pilnując każdego jej kroku, bo po zejściu z końskiego grzbietu dziewczyna albo stała bez ruchu, albo zaczynała się błąkać po okolicy, wędrując bez celu. Jedynie na pytania o drogę ożywiała się trochę, jej twarz nabierała jakiegoś wyrazu, brwi się marszczyły, w oczach pojawiał błysk świadomości. Później znów uciekała do środka, do wnętrza własnej głowy, w bezpieczne miejsce.