Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza

Электронная книга - «Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza». Краткое содержание книги:

Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
1 ... 70 71 72 73 74 75 76 77 78 ... 152
Перейти на страницу:

Czekał. Znów czekał i miała wrażenie, że czeka cały czas. Nigdy nie udało jej się przyłapać go na spaniu, drzemce, czy choćby na jakimś gwałtownym poruszeniu, towarzyszącym nagłemu przebudzeniu. Zawsze siedział nieruchomo, owinięty w pled, i zawsze pierwszym szczegółem, który dostrzegała, były jego oczy. Dwie niebieskie latarenki pod strzechą ciemnych włosów. Nie poruszał się na jej widok, nie wydawał żadnych dźwięków, po prostu siedział i patrzył. Już jej nie obwąchiwał, wystarczyło mu spojrzenie, ale nadal jego twarz pozostawała w całkowitym bezruchu. Zastanawiała się, czy gdyby do środka wszedł ktoś inny, ten spokój byłby równie niewzruszony. Mimo wszystko stalowe szpony, które miał na dłoni, rozrywały gardła, a ona sama widziała, jak skutecznie potrafi się nimi posługiwać.

– Mam coś dla ciebie. – Wręczyła mu dwa podpłomyki i kawałek pieczeni.

Nadal jadł w dziwny sposób, odrywając kawałki pokarmu i wkładając je sobie do ust. A kości, które każdy normalny człowiek ogryzałby zębami, on oskrobywał swoją morderczą rękawicą. A potem miażdżył je w dłoni i wydłubywał ze środka szpik. Czasem kawałki nie większe niż ziarno kaszy. Ale przynajmniej zjadał wszystko, co przyniosła, i z dnia na dzień wydawał się mniej chory. Musiał też załatwiać się nocą, bo inaczej w całym wozie śmierdziałoby już niemiłosiernie. Dzięki Białej Klaczy, że do tej pory nikt go nie odkrył. Przynajmniej tyle.

– I jeszcze to. – Podała mały bukłak.

Ostatnio, w miarę jak spadała gorączka, chłopak pił jakby mniej, zawsze jednak zachowywał się tak samo, ostrożnie wąchał wodę, brał pierwszy łyk do ust i trzymał go przez chwilę, zanim połknął. Potem powolnymi, długimi haustami wypijał resztę i oddawał jej naczynie. Nigdy nie próbował robić zapasów, a gdy kiedyś zostawiła mu bukłak, wiedząc, że przez dwa dni nie będzie mogła do niego zajrzeć, nie wypił ani kropli, dopóki nie podała mu go do rąk. Tak samo z jedzeniem, jeśli zostawiła jakieś w wozie, nie tknął, póki nie wręczyła mu go osobiście. Zmuszało ją to do częstszych odwiedzin, ale w gruncie rzeczy nie przejmowała się takimi sprawami. Dzięki temu miała się przynajmniej do kogo odezwać.

– Pokaż się.

Od jakiegoś czasu nie protestował już, gdy ściągała z niego okrycie i oglądała ranę. Końska maść spisała się świetnie, rozcięcie goiło się niemal w oczach, znikło brzydkie zaczerwienienie i nieprzyjemny zapach. Szczerze mówiąc, uważała, że całość goi się aż za szybko, w tym tempie za kilka dni zostanie tylko blizna, ale nie znała się na tyle, by ocenić, czy to normalne. Poza tym leki, których używali dla koni, były najlepsze na świecie. To pewnie dlatego.

Okryła go pledem i uśmiechnęła się szczerze.

– Dobrze się goi. Już nie powinno się jątrzyć. Boli, jak się ruszasz?

Oczywiście nie odpowiedział. Popatrzył tylko na nią, przekrzywiając głowę.

– Och... Boli? – Wykonała kilka szerokich ruchów rękami, krzywiąc się dramatycznie. – Boli, jak ruszasz, o tak?

Skoczył ku niej tak szybko, że ledwo zdążyła mrugnąć, i już trzymał ją jedną ręką za dłoń, a drugą, tą nieuzbrojoną, dotykał. Plecy, kark, ramiona. Ze zdumienia nie zdążyła nawet krzyknąć. Dotykał czubkami palców, wyraźnie czuła pięć punktów, gorących jak węgle wyciągnięte z paleniska. I po raz pierwszy na jego twarzy widać było jakąś zmianę. Miał bardzo skupioną, poważną minę, zmarszczone brwi, zmrużone oczy.

– A więc jednak potrafisz robić jakieś grymasy.

Początkowy przestrach minął, jego palce niemal parzyły, lecz wrażenie nie było nieprzyjemne. Gdy tylko ją puścił, wyciągnęła rękę i dotknęła jego piersi, między krzyżującymi się pasami.

– Ty! – stwierdziła dobitnie. – Czy ciebie coś boli? Tam. – Wskazała na jego ramię, gdzie zaczynała się rana.

Odpowiedział. Jego lewa dłoń wykonała kilka skomplikowanych gestów, po czym dotknęła własnej piersi, ust i czoła. Następnie zamachał rękami, dokładnie tak samo, jak przed chwilą ona, lecz nie krzywiąc się ani na jotę, po czym usiadł na swoim miejscu, owijając się pledem.

– To chyba znaczyło, że nie. To dobrze. Blizny lubią ściągać skórę i trzeba ćwiczyć, żeby nie przeszkadzały w poruszaniu się.

Usiadła naprzeciwko.

– My wkrótce będziemy mieli wojnę, wiesz? Właściwie już ją mamy, walczyliśmy z koczownikami i gdyby nie ci górscy żołnierze, którzy z nami szli, byłoby źle. Tak mówi ojciec. A teraz Der’eko, Fen’doryn i Gen’doryn pojechali na południe na spotkanie z resztą koczowników, a my zakładamy tutaj obóz i czekamy na wojnę. To chyba znaczy, że Rada nie spodziewa się, żeby naszym rydwanom udało się powstrzymać Se-kohlandczyków, mam rację? – Podciągnęła kolana pod brodę i objęła je rękami. – Boję się, wiesz? Cały czas się boję, myślę, że bałam się, zanim jeszcze wyruszyliśmy, ale nie miałam okazji, żeby o tym pomyśleć. Dopiero przedwczoraj, gdy nas zaatakowali, wiesz? Potrafiłam tylko kulić się pod kocem i popłakiwać ze strachu. Gdyby to mnie napadnięto, przewróciłabym się na ziemię i pozwoliła się zabić. Jestem strasznym tchórzem... Nie dam rady nikogo obronić, nikomu pomóc... to mnie... to mnie trzeba będzie chronić.

Coś gorącego popłynęło jej po twarzy i ze zdumieniem stwierdziła, że płacze. To nie tak miało być, chciała tylko powiedzieć mu, że powinien już iść, i trochę pogadać na koniec. A teraz nagle, jakby ktoś potarł jej powieki sokiem z cebuli, łzy płynęły i nie potrafiła ich już powstrzymać.

– Oni rozmawiają, wiesz? Przy mnie rozmawiają o tym, że ludzie będą walczyć i umierać, co zrobić, jeśli koczownikom uda się złamać nasze linie, gdzie przenieść rannych, gdzie pochować zabitych... Już liczą zabitych, wiesz? A ja mam czasem ochotę rzucić wszystko na ziemię, wybiec z wozu i uciec. Mówią, że jestem za mała, żeby zrozumieć takie rzeczy, jakby trzeba było mieć nie wiem ile lat, żeby zrozumieć, co znaczy człowiek przebity włócznią. Boję się, boję się koczowników, wojny, śmierci, a najbardziej boję się, że gdy ktoś będzie potrzebował mojej pomocy, to zwinę się w kłębek i zacznę piszczeć ze strachu. I że ktoś... Nee’wa, Eso’bar, ojciec, przeze mnie umrze. Wiesz? Hej, to ja tu jestem beksą.

Bo on też płakał, bezgłośnie, z oczyma pełnymi smutku, mrugając co chwilę powiekami, jakby zdziwiony swoją reakcją. Patrzył przy tym na nią tak bezbronnym, bezbrzeżnie zdumionym wzrokiem, że mimo wszystko się uśmiechnęła.

– No nie, ty też? Ja płaczę, bo się boję, ale ty? Nie chciałabym być na miejscu kogoś, kto spróbuje ci zrobić krzywdę, wiesz? – Pociągnęła nosem i uśmiechnęła się szerzej. – Mam nadzieję, że nie zaraziłam cię tchórzostwem.

Przestał płakać, choć nie bardzo wiedział, co zrobić z łzami wilgocącymi policzki. Wyciągnęła ramię i otarła mu je rękawem.

– Tak lepiej. Dwie beksy siedzące w ciemnym wozie to o jedną za dużo. Dobrze, że nikt nas nie widzi.

Prawie roześmiała się na głos z tej ostatniej myśli. Oczywiście, dobrze, że nikt jej nie widzi w towarzystwie półnagiego, niemego chłopaka, uzbrojonego w dziwaczne szpony, którymi rozrywa ludziom gardła. Jeszcze by sobie pomyślał coś dziwnego.

Nabrała głęboko powietrza i wypuściła powoli, a potem uśmiechnęła się do niego samymi oczami. Po tym płaczu i wypowiedzeniu na głos swoich lęków poczuła się lepiej.

– Dziękuję. Dobrze się z tobą rozmawia, wiesz? Ale my... my jesteśmy już na wyżynie. W domu. To nie jest miejsce, gdzie się spotkaliśmy. Nie wiem, czy powinieneś z nami jechać... ciężko będzie ci wrócić w góry, dopóki nasi będą zjeżdżać po rampie, ale gdy już przestaną, powinieneś odejść... Tak sądzę... tutaj... nie masz nikogo... Dobrze?

Nie odpowiedział, przekrzywił tylko głowę, jakby czegoś nasłuchiwał. Nagle zerwał się, stalowe pazury zazgrzytały, gdy kilka razy zacisnął i rozprostował pięść.

1 ... 70 71 72 73 74 75 76 77 78 ... 152
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)