Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza

Электронная книга - «Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza». Краткое содержание книги:

Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
1 ... 71 72 73 74 75 76 77 78 79 ... 152
Перейти на страницу:

– Co się sta...

Nad obozem wybuchł głęboki dźwięk bitewnego rogu.

Zaczęło się.

Rozdział 2

Korzystając ze światła księżyca, poderwali się do marszu dobre kilka godzin przed wschodem słońca. W półmroku rydwany sunęły przez równinę jak fala czerni pędząca przez świat cieni. Żadnych świateł, lamp, pochodni. Konie szły kłusem, i choć zdawało się to niemożliwe, zachowywały szyk. Kocimiętka uznał, że to odpowiednie tempo, zwierzęta się nie zmęczą, a na obóz koczowników powinni się natknąć tuż przed świtem – i, do licha, raczej im nie groziło, by go przegapili.

Uwzględniając, ilu ludzi wiódł Danu Kredo, obozowisko Se-kohlandczyków powinno być bardzo rozległe, przynajmniej na milę albo półtora. I rzecz jasna będzie strzeżone, lecz tak duża masa ludzi ma równie dużą bezwładność. Nawet jeśli strażnicy ich dostrzegą, to nim alarm dotrze do wszystkich, nim a’keery wskoczą na konie i zajmą pozycję, piechota będzie już atakować główny obóz, a rydwany szturmować jego serce. Bo plany Verdanno wyglądały jednak inaczej, niż się spodziewał.

W verdańskiej armii wszczął się ruch. W ciemnościach Wozacy posługiwali się tak popularnymi na Wschodzie metalowymi, kościanymi lub drewnianymi gwizdkami, choć sygnały, których używali, były całkiem inne od tych stosowanych przez meekhańską jazdę. Teraz jednak wystarczyła seria cichych świstów, by rydwany pośrodku zaczęły zwalniać, a te po bokach przyspieszać, aż całość rozłożyła ciemne skrzydła, niczym gigantyczna, półmilowa bestia. Po kilku chwilach kształt rozdzielił się na trzy mniejsze części i każda z nich zaczęła się oddalać od pozostałych.

Szaleństwo i brawura. Albo odwaga i geniusz militarny. Wszystko zależy od tego, czy ich plan się powiedzie, czy nie.

Verdanno, te dzikie, opętane dzieciaki dowodzone przez garść starców, zamierzali zaatakować obozowisko Se-kohlandczyków rydwanami.

To znaczy, jak się dowiedział na wczorajszej naradzie, mimo wszystko chcieli wjechać do środka i rozpętać tam piekło. Koczownicy obstawiali swoje obozy wozami, zza których łatwiej się bronić, i po to właśnie była Wozakom piechota – miała uderzyć na wozy, zdobyć je i rozsunąć.

Kyh Danu Kredo zakładał obozy na sposób wojskowy, co pozwalało mu szybko i sprawnie je rozbijać i zwijać. Olbrzymi krąg pojazdów otaczał wnętrze, w którym w wydzielonych miejscach stały namioty poszczególnych plemion i szczepów, a centralną pozycję zajmowali Jeźdźcy Burzy i sam Syn Wojny. Całość podzielono na ćwiartki, które oddzielały od siebie aleje, szerokie na kilkadziesiąt kroków, dzięki czemu jazda mogła swobodnie przemieszczać się wewnątrz. To był klucz do sukcesu Wozaków. Krzyżujące się pośrodku aleje, po zdobyciu barykady z wozów, miały ich zaprowadzić wprost do serca koczowniczej armii.

Jeśli oczywiście koczownicy nie zmienili swoich przyzwyczajeń.

Zabicie Kyh Danu Kreda i zdziesiątkowanie Błyskawic zmusiłoby jego plemiona do wycofania się, między wodzami były zbyt duże niesnaski, by szybko wybrali nowego przywódcę, który i tak musiałby zyskać akceptaqę Yawenyra, by przybrać tvtuł Syna Wojny. Niedźwiedzia można zabić setką strzał – albo jednym, precyzyjnym pchnięciem w żywotny organ. Z tym że wtedy myśliwy powinien znaleźć się bardzo blisko zwierzyny, ale sława jest wprost proporcjonalna do ryzyka.

Do ciężkiej cholery! Musiał przyznać, że ten plan mu się podobał. Miał w sobie coś z dzikiej, kawaleryjskiej fantazji, przypominał czasy wojny, gdy w takich właśnie atakach wykuwała się ostatecznie konna armia Imperium. To było bardzo meekhańskie, obserwować wroga, uczyć się, by w odpowiedniej chwili zdać przed nim egzamin. Po bitwie o Meekhan, gdy gnali zdziesiątkowaną koczowniczą hordę na Wschód, pojedyncze pułki, czasem nawet chorągwie, uderzały na dwu-, trzykrotnie liczniejszego przeciwnika, rozpędzały tabuny koni, odbijały jeńców, miażdżyły szybkimi atakami zaskoczone obozowiska. Koczownicy nagle odkryli, że nie są jedyną armią zdolną do szybkich manewrów, nagłych zwrotów i pojawiania się tam, gdzie nikt ich się nie spodziewa. I Verdanno próbowali tego samego. Tym razem zamierzali uniknąć mozolnej wędrówki pancernych kolosów, jakimi były wielkie karawany, szarpanych, wykrwawianych i kolejno powalanych przez zwinne watahy konnych. Wybrali strategię szybkich ataków i zaskakujących manewrów.

Tak. Mogło się udać. Jeszcze chwila i zajmą pozycje do ataku. Uderzą z trzech stron, czwartą aleję i wyjście z obozu zostawiając wolne, by koczownicy mieli jak uciec. To też była część planu, dzięki temu unikną walki ze zdesperowanym, przypartym do muru wrogiem, który będzie miał przewagę liczebną. A gdy większa część mieszkańców ucieknie, nikt nie przeszkodzi Wozakom w podpaleniu wszystkiego wokół i wycofaniu się.

Jego szóstka jechała z tyłu. Tak uzgodnili pod koniec narady i szczerze mówiąc, nie kłócił się zbytnio z tą decyzją. Większość młodych Wozaków zmierzała do swojej pierwszej bitwy i będą pamiętać tylko jedno – każdy konny to wróg. Głupio byłoby przebić się przez Olekady i wkroczyć na Wyżynę Lytherańską, żeby zginąć od przypadkowej strzały albo dzirytu. A gdyby... Lamerei wziął go pod rękę i odprowadził na bok, gdyby coś poszło nie tak, mają zawrócić i pędzić na północ ile sił w końskich nogach. Obozy muszą wiedzieć.

To było rozsądne i mądre. Poza tym miał ochotę przyjrzeć się tej walce z pewnej odległości.

Rozległy się ciche gwizdy i rydwany, którym towarzyszyli, zaczęły zwalniać, formując jednocześnie kilka długich kolumn, równych jak na paradzie. Pokiwał z uznaniem głową, gdyby zechcieli wskoczyć na siodła, to przy swojej miłości do koni i niemal magicznej więzi, jaka ich łączyła ze zwierzętami, raz-dwa zostaliby najlepszą jazdą świata. Tylko że wtedy najpewniej poszliby drogą większości konnych ludów, a Meekhan trząsłby się pod uderzeniami kopyt ich wierzchowców. Jednak lepiej mieć tych ciemnoskórych drani za sojuszników niż wrogów.

Wjechali na szczyt niewielkiego wzniesienia, przed nimi otworzyło się olbrzymie, szerokie przynajmniej na pięć mil wgłębienie, na środku którego rozsiadł się obóz koczowników. Nic dziwnego, że go wcześniej nie widzieli, był bardzo dobrze ukryty przed niepowołanymi oczami. Rozejrzał się, usiłując dostrzec coś w półmroku. Rydwany z oddziałów po lewej i prawej powinny już zająć swe pozycje.

Obozowisko koczowników było bardziej zwarte, niż się spodziewał, miało jakieś pół mili szerokości. Zza wąskiej obręczy wozów wychylały się szczyty setek namiotów. Całość wyglądała na pogrążoną w głębokim śnie.

Zbliżał się świt, niebo na wschodzie zaróżowiło się wyraźnie i wreszcie dostrzegł resztę rydwanów, wyrównujących głębokie linie w przypisanych im miejscach. Wszystko było gotowe. Wkrótce słońce wypełznie nad horyzont, a światło przepędzi cienie ze świata. To ten czas, kiedy strażnicy są najbardziej rozluźnieni, bo ledwo minuty dzielą ich od końca warty. Lada chwila cały obóz zacznie się zrywać na nogi, a zrobi to wcześniej, jeśli któryś z wartowników omiecie krawędź niecki półprzytomnym spojrzeniem i zauważy ciemne plamy zwartych oddziałów, które jakimś cudem tam wyrosły.

Kocimiętka patrzył, jak Lamerei daje znak i dwa tysiące rydwanów rusza naprzód. W tym samym momencie pozostałe grupy drgnęły i skierowały się ku Se-kohlandczykom. Najpierw powoli, ledwo stępa, porządkując jeszcze szyk, z lekkimi rydwanami na skrzydłach i ciężkimi, niczym twardy rdzeń, skupionymi pośrodku. Piechota, stojąca z tyłu pojazdów, zarzucała tarcze na plecy i trzymając się poręczy, gotowała do szybkiego zeskoczenia. Od nich zależeć będzie powodzenie pierwszej fazy ataku. Zdobyć wozy, wyrwać dziury w pancerzu chroniącym miękkie, żywotne wnętrze, otworzyć drogę rydwanom. A potem liczyć na to, że atak się powiedzie, bo jeśli nie, to nikt ich stamtąd nie zabierze.

1 ... 71 72 73 74 75 76 77 78 79 ... 152
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)