Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #3
- Год: 2012
- Язык: польский
- Год: satan
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Niebo ze stali. Opowieści z meekhańskiego pogranicza». Краткое содержание книги:
Powodzenia, bękarty.
Od centrum niecki powiał lekki wiaterek. Cała szóstka niemal jednocześnie wciągnęła powietrze, smakując je, i niemal jednocześnie wymieniła zaniepokojone spojrzenia.
– Lea...
Nie musiał tego mówić, dziewczyna już zeskoczyła z siodła, już dźgała ziemię sztyletem i wciskała dłonie w powstały otwór.
– Janne?
– Szukam. – Chłopak miał przymknięte oczy. – Ale w pobliżu nie ma żadnych nocnych ptaków.
– Lea?
– Już... już... juuuuż... – wydyszała. – Dwie mile... ciężar wozów... namioty... ludzie... stu? Dwustu... czekają... pusto... pusto... setka koni... pusto... Bele słomy... suchych badyli... smak... ziemnego oleju... To pułapka!
– Niiar, Veria, zatrzymajcie środek! Cwał!!! Janne, Landeh, wy lewe skrzydło! Lea, wskakuj na konia i zatrzymaj prawe. Już! Już! Cwał!!!
Ruszyli. Rydwany znajdowały się w połowie drogi, właśnie przechodziły do lekkiego kłusu, obóz pozostawał cichy i spokojny, ale to nic dziwnego, zważywszy, że był jedną wielką, przeklętą przez bogów pułapką.
Powinni się domyślić w chwili, gdy nie ujrzeli wokół obozu żadnych stad. Ale moment, gdy przybyli, był najlepszy do ataku, więc mało kto zastanawiałby się, co jest nie tak. Dopiero gdy powiał wiatr... Tysiące namiotów, dziesiątki tysięcy ludzi... Na Wschodzie mieli powiedzonko, jak zgubiłeś drogę w stepie, idź za nosem. Na wyprawach rozpalali ogniska z końskiego lub bydlęcego nawozu, małe i dające niewiele dymu, a i tak wiedzieli, że z wiatrem będzie je można wyczuć na setki jardów. Rozległe obozy, gdzie palono tysiące ognisk, dało się wyczuć na wiele mil, i to długo po tym, jak ognie wygaszono. Do tego dochodził zapach ludzi, zwierząt, wyprawionych skór, gotowanego jedzenia. Znał takich, którzy przechwalali się, że potrafią na podstawie tych woni określić nie tylko, gdzie znajduje się obozowisko, ale też jak jest duże.
Ten obóz nie śmierdział niczym. Jakby był martwy.
Więc cwałowali teraz za oddalającymi się Verdanno, wrzeszcząc i wymachując rękami. Cokolwiek przygotowali dla nich koczownicy, na pewno nikt z tych, którzy wjadą do obozowiska, nie będzie tym zachwycony.
Kocimiętka pędził za Leą, choć jego bojowy ogier nie mógł równać się z jej myszowatym konikiem, i czuł podchodzącą do gardła kulę żółci. Wiedział, że Niiar i Veria dopadną środek, mieli do przebycia ledwo pół mili, a Wozacy szli ciągle lekkim kłusem, lecz skrzydła były zbyt daleko. Zbyt daleko nawet dla prędkonogiego demona szybkości, jakiego dosiadała Lea. Jeśli żaden z Verdanno nie obejrzy się w bok, nie dostrzeże cwałujących ku nim jeźdźców i nie skojarzy, że coś jest nie tak, nie zdążą...
Nie zdążą.
Wstrzymał konia, zeskoczył na ziemię i pobiegł dalej. Wielki lew pojawił się tuż przed nim, jak zawsze, gdy było trzeba. A z nim wspomnienia rozległych równin, nieprzeliczonych grzbietów rogatych trawożerców, cieni przycupniętych u stóp rozłożystych drzew.
Przepraszam.
Lew przykucnął na tylnych łapach, sprężył się i skoczył. W tej samej chwili Kocimiętka dał susa do przodu i znów było tak, jakby lecieli ku sobie, na spotkanie niewidzialnej płaszczyzny, która pochłonęła ich, obróciła na nice i wypluła, z tym że teraz miał już cztery potężne łapy, płowe cielsko, płuca jak miechy i wzrok, który wyławiał z otoczenia najdrobniejsze szczegóły.
Bieg. Trzeba biec, żeby zatrzymać konie i ludzi.
Minął pojedynczego jeźdźca, którego zwierzę było naprawdę szybkie, prawie tak szybkie jak on, pojawiła się przelotna myśl, myśl-duma, myśl-ciepło, że to członek stada i że gdyby mieli ścigać się dłużej, to przegrałby pewnie nawet on. Lecz teraz, na krótkim dystansie, był szybszy.
Poczuł to, silny, szybki podmuch wiatru za sobą, myśl-szczęście, myśl-radość, wskoczył w sam środek podmuchu, posłał naprzód swój zapach, zapach polującego, biegnącego drapieżcy. Myśl-rozbawienie – nie tak się poluje... I druga myśl-rozbawienie – tak też nie... po czym wydał z siebie przerażający ryk, tnący noc jak diament.
Dźwięk uderzył w sunącą kolumnę i od razu zwichrzył jej czoło, stępił je, przyhamował. Konie mogły być szkolone do walki z ludźmi i innymi końmi, mogły znieść ciosy szabel i włóczni, wytrzymać deszcz spadających strzał, lecz ten ryk i sunący z wiatrem zapach zagrały na instynktach, które najtrudniej wykorzenić. Niosły ze sobą zapowiedź pazurów drących ciało, kłów zaciskających się na gardle, prutych żywcem wnętrzności. Niosły, zapisane w ciele i krwi, wspomnienia z czasów, nim pierwsi ludzie napotkali pierwsze konie, gdy wielkie koty polowały swobodnie wszędzie tam, gdzie paśli się roślinożercy. Zadziałał odruch – nie biec tam, skąd dochodził ten ryk i ten zapach.
Kolumna złamała szyk, czoło skręciło w prawo, byle dalej od drapieżcy, niektóre zwierzęta próbowały oderwać się od reszty, inne – zawrócić, woźnice usiłowali utrzymać odstępy, lecz na kilka chwil nawet bojowe konie Verdanno, od źrebaka szkolone do walki, wypowiedziały im posłuszeństwo. Instynkt okazał się silniejszy. W kilka uderzeń serca cała precyzyjna konstrukcja rozpadła się i zmieszała.
Ryknął jeszcze raz, trochę dla zabawy, lecz bardziej by ludzie zwrócili się we właściwą stronę. Mało prawdopodobne, żeby dostrzegli jego płową sylwetkę ukrytą w cieniach, lecz konia Lei i jego wrzeszczącą i wymachującą rękoma panią musieli spostrzec. I lepiej, żeby w tym oddziale znalazł się ktoś z głową na karku.
W kilka chwil po tym, jak setki twarzy zwróciły się w stronę cwałującej dziewczyny, rozległy się świdrujące uszy gwizdy i całość zaczęła zwalniać, w biegu porządkując szyk.
Westchnął głęboko, odnalazł mężczyznę siedzącego w kucki pod zalanym słońcem drzewem i skoczył mu na spotkanie.
To była krótka wymiana, ledwo kilkadziesiąt uderzeń serca i powrotowi nie towarzyszył myślowy zamęt, którego najczęściej doświadczał, gdy wymieniali się na dłużej. Czasem, gdy pozostawał kotem przez kilka godzin, myśli-uczucia, myśli-emocje pojawiały się coraz rzadziej, zdolność zapamiętywania i kojarzenia faktów rozmywała się w emocjach i odruchach drapieżcy. Był niemal pewien, że gdyby zbyt długo przebywał w pożyczonym ciele, to on – Sarden Waedronyk, znikłby, a po Stepach wędrowałby co najwyżej wielki kocur, którego czasem nawiedzałyby dziwaczne sny. Teraz niemal od razu odnalazł się w ludzkim ciele, w ludzkim sposobie myślenia i patrzenia na świat. Westchnął głęboko, zrobił kilka kroków, obserwując, jak odległa o dwieście jardów kolumna rydwanów porządkuje szyk i zatrzymuje się. Zdążyli.
Oni tak, lecz Janne i Landeh nie.
Trzeci oddział Wozaków uderzył na obóz z przeciwnej strony. Najpierw nie stało się nic, jakiś odległy krzyk, coś niby szczęk żelaza, krótkie, urwane końskie rżenie. A potem nagle dziki wrzask, tak potężny, że przeleciał nad obozem i dotarł aż do nich, i tętent tysięcy kopyt walących o ziemię w szalonym cwale oraz najdzikszy, najbardziej przerażający odgłos, jaki Kocimiętka słyszał w życiu. Jakby milion wściekłych doboszy uderzyło w milion metalowych balii.
Wsadził palce w usta, zagwizdał krótko, przywołując wierzchowca. Koń boczył się i pokazywał zęby, jak zwykle po zamianie, ale podbiegł. W chwili, gdy Kocimiętka znalazł się w siodle, obóz rozbłysnął światłem.
Nie był to pojedynczy płomień, lecz dziesiątki ogni roznieconych jednocześnie. Lea miała rację, wewnątrz zostały przynajmniej dwie setki ludzi, i teraz ci jeźdźcy robili to, co mieli zamiar zrobić Verdanno, szaleli po obozie, wymachując pochodniami i podpalając wszystko to, co przygotowano dla spodziewanych gości. Bele słomy, wiązki chrustu i faszyny i ułożone przemyślnie, polane olejem ziemnym kłody.