Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #4
- Год: 2015
- Язык: польский
- Год: satan
- ISBN: 9788364384257
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza». Краткое содержание книги:
Złodziej westchnął i położył się na wznak, gapiąc w niebo. Słuchaj, bękarcie, wypierdku zarobaczonej kozy wydupczonej przez stado pijanych, zżeranych przez choroby przyrodzenia bandytów, pomyślał spokojnie, bez zbytniej ekscytacji. To na pewno jest twoje skojarzenie i myśl, bo ja mam w dupie ludzkość, jej wojny i pokoje. Nie interesuje mnie, co tam ci się roi w tym półboskim, ale za to całkiem popieprzonym umyśle, ale nie mam siły, żeby się z tobą teraz kłócić. Więc umówmy się, że dasz mi na jakiś czas spokój, żebym mógł odpocząć. Tak na siedemdziesiąt… osiemdziesiąt lat, dobrze? Albo przynajmniej do chwili, gdy wykopię cię z mojej głowy. Znajdziesz sobie wtedy jakieś inne ciało, by je dręczyć i już więcej się nie spotkamy. Ale teraz pozwól mi cieszyć się podróżą, co?
Odpowiedzi nie było, ale szczerze mówiąc, nie spodziewał się jej. Z równą skutecznością rozbitek, uczepiony kawałka drewna pozostałego po zatopionym statku, mógłby na zmianę obrzucać obelgami ocean i układać się z nim. Ale ludzie i tak to robią, nieprawdaż? Przymknął oczy i uśmiechnął się do nieba. Niech cię szlag, Reagwyrze, niech cię jasny trafi szlag.
– Wyglądasz lepiej – głos nad głową wdarł się w jego myśli. – Tam na łodzi miałem wrażenie, że zaraz się przewrócisz.
Altsin uniósł powieki. Starszy wojownik jechał obok wózka, popatrując na niego z góry.
– Podróże morskie mi nie służą – odparł. – A ta była szczególnie długa.
– Więc po co się w nią wybrałeś?
– Żeby dokończyć, co zacząłem, znajdując ją w porcie. Nie lubię zostawiać spraw komuś innemu.
Mężczyzna skinął głową.
– To dobrze. Niedokończone sprawy zawsze znajdą sposób, żeby dźgnąć cię nożem w plecy, jak powiadał mój ojciec, dobijając wrogów na polu bitwy. Jestem Audaaw z klanu Udruich z Białych Uwerunków. Wuj Ynao. Gdy jej brat przypłynął do brzegu, mówiąc, że morski potwór pożarł łódź, jej ojciec dziesięć dni szukał śladów wzdłuż całego wybrzeża. Nie znaleźliśmy nic.
– Więc jej brat… Uuuu… jak ma na imię?
– Ugii. Żyje.
– To dobra wiadomość.
– Dobra. Mogliśmy stracić dwoje dzieci, a nie straciliśmy żadnego. Oum czuwa nad naszym rodem.
Altsin widział twarz wojownika od dołu, z trzęsącego się wozu, więc nie potrafił powiedzieć, czy tamten mówi poważnie, czy też powtarza tylko oklepane formułki. Stosunek, jaki Seehijczycy mieli do swojego boga, był dziwny, stanowił mieszaninę uwielbienia i podszytego sympatią lekceważenia. Nie przyjmowali nauk Baelta’Mathran, choć szanowali ją w jakiś pokręcony sposób, nigdy też nie próbowali nikogo nawracać na wiarę w Ouma. Ale i wśród nich znajdowali się fanatycy, gotowi wypruwać flaki, bo nie spodobał im się czyjś uśmiech, gdy padało imię boga Amonerii. Najbezpieczniej podczas rozmowy z miejscowymi było naciągnąć kaptur na twarz i udawać, że błądzi się myślami gdzie indziej.
I nigdy nie komentować stwierdzeń podobnych do tego, jakie padło przed chwilą.
– Wielki jest.
Oho, czyli jednak wuj Ynao to jakiś religijny tępogłowy dureń. Pewnie zaraz rozpocznie się opowieść o potędze i wszechmocy Ouma.
– Chętnie zobaczyłbym, jak walczy – dodał mężczyzna. – Pewnie parłby przez pole bitwy niczym niedźwiedź przez sforę psów.
Altsin miał wrażenie, że coś mu umknęło, a potem zerknął w kierunku, gdzie patrzył Audaaw. Domah maszerował nieopodal, bez trudu dotrzymując kroku koniom.
– Ach, brat Domach z K’eln. Nie zobaczysz. To mnich i miłośnik pokoju. Największy, jakiego znam.
– Cóż. Każdy popełnia w życiu błędy, ale dopóki człowiek stoi, dopóty może je naprawić. Nie po to wasza bogini dała mu takie ciało, żeby rozprawiał o miłosierdziu i innych głupotach. Nawet ona potrzebuje wojowników.
– Domah też tak uważa, ale sam nazywa się wojownikiem miłosierdzia. I lepiej niech tak zostanie.
Seehijczyk parsknął zdegustowany.
– Pewnie. Lepiej chodzić z miską i zbierać jałmużnę dla ubogich. Tak, wiem, co robicie w mieście, byli tu już inni mnisi i opowiadali o tym. To wstyd dla mężczyzny żebrać o pieniądze.
Altsin kilka razy chodził po prośbie, nie czuł się tym jednak specjalnie upokorzony. Habit nadawał takiej działalności inny wymiar.
– Brat Domah tylko raz opuścił klasztor, chodząc za jałmużną. W jeden wieczór zebrał więcej niż inni bracia w miesiąc. Potem przeor zakazał mu tego robić.
– O. Ciekawe. A czemu?
– Było za wiele skarg na rozboje.
Przez chwilę wuj Ynao patrzył na niego ze zdumioną miną. Potem zerknął na Domaha i nagle zrozumiał.
Śmiał się przez następne sto kroków, a pasterze i ich zwierzęta odprowadzali ich grupkę zdumionymi spojrzeniami.
Rozdział 3
Wielka Biblioteka wyglądała majestatycznie. Olbrzymi, szeroki na przynajmniej dwieście kroków front, wrota, w których mógł się zmieścić cały oddział słoni, szerokie schody liczące kilkadziesiąt stopni, na których leżały, siedziały lub stały grupki rozdyskutowanych mężczyzn.
Wrota zastała zachęcająco uchylone.
Deana była sama. Od miesiąca wymieniała się z Samiyem słowami, jej suanari może nie był najlepszy, lecz potrafiła się już dogadać ze służącymi, więc uznała, że jakoś sobie poradzi.
Przez ten miesiąc Samiy, czasem Suchi, a czasem obaj, zabierali ją do miasta.
Najpierw było oszołomienie, zagubienie, zachwyt… Przez pierwsze dni nie wiedziała, jak sobie z tym radzić. A ci dwaj dranie pokazywali jej Białe Konoweryn z takimi minami, jakby wszystko wokół należało do nich. Port z setkami statków z całego świata, wielki Kanał Węża, długi na trzy mile, łączący jezioro Kses z morzem, dzielnicę portową, gdzie spotkać można każdą nację, która handlowała z Dalekim Południem. Zobaczyła targi, wyglądające niczym pole bitwy na wrzaski, nawoływania i zachwalanie towaru, oraz dzielnice handlarzy jedwabiu, kupców przyprawowych, handlarzy kości słoniowej, porcelany i kamieni szlachetnych. Potem jednak, po kilku wycieczkach trochę się uodporniła na uroki miasta. Bogactwo, które w mniejszych ilościach oszołamiałoby i rzucało na kolana, pokazywane w ten sposób traciło znacznie na sile oddziaływania. Przywykła do niego.
Przez ten miesiąc nabrała też ciała, odzyskała siły i przyzwyczaiła się, że co trzy, cztery dni ma gościa. Laweneres zjawiał się czasem wieczorem, czasem dopiero późną nocą, a ona czasem pozwalała mu zostać do rana, a czasem grzecznie odprowadzała do drzwi. Jeśli zostawał, rozmawiali. O kłopotach z wielkimi rodami handlującymi jedwabiem, o delegacji nadmorskich miast leżących na zachód od Imperium, która prosiła o szczególne przywileje dla swoich okrętów, o próbach złagodzenia praw wciskających niewolnicze głowy w błoto i o tym, kto i dlaczego działa przeciw tym próbom. Właściwie to on mówił, a ona słuchała, od czasu do czasu rzucając tylko jakieś pytanie. Nie próbowała mu doradzać ani wpływać na jego decyzje i chyba był jej za to wdzięczny.
I nigdy już nie wspominał, że nie jest księciem.
Na swoje szczęście, bo bardzo nie lubiła kłamców.
Sprawy w Konoweryn chyba szły nie najgorzej. Co prawda nikt jej nie informował o postępach w umacnianiu władzy Laweneresa, lecz widać to było na ulicach. Ludzie uśmiechali się, rozmawiali swobodnie, a w miarę, jak oswajała się z językiem, coraz więcej rozumiała. Komentowano ceny przypraw, owoców, warzyw i mięsa. Nowe dostawy jedwabiu lub to, że czyjaś żona została przyłapana na zdradzie, komuś ukradli pierścień, po ślubie córki połowa gości się pochorowała…
Suchi, który na wyprawy do miasta ubierał się zwyczajnie, choć najczęściej to i tak nie pomagało i dość często był rozpoznawany, wydawał się zadowolony z tego, co słyszeli na ulicy. Nic nie mówił, ale sposób, w jaki czasem się uśmiechnął, rzucając garść miedziaków żebrakowi, albo gdy popijał rozcieńczone wino na tarasie winiarni, zdradzał, że jest spokojniejszy niż jeszcze miesiąc temu. Deana zauważyła też, że na ulicach było mniej żołnierzy w żółtych, zielonych i brązowych strojach, a raz widziała nawet, jak te wszystkie trzy barwy bratały się ze sobą przy jednym dzbanie.