Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #4
- Год: 2015
- Язык: польский
- Год: satan
- ISBN: 9788364384257
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza». Краткое содержание книги:
Chłopiec pobiegł w lewo i znikł w tych cieniach. Po chwili wynurzył się, uśmiechając szelmowsko i machając ręką. „Chodźcie”. Potem cofnął się pod ścianę.
Suchi pchnął ją lekko do przodu.
– Idź, to twoja audiencja.
Deana czuła, że to podstęp. Do licha, mężczyzna miał tak niewinną minę, jakby podawał jej właśnie puchar wypełniony wszystkimi znanymi sobie truciznami, a Samiy wyglądał niczym dzieciak trzymający za plecami zdechłego szczura. Poza tym w cieniu coś się ruszało i bulgotało.
No cóż, podobno Issaram niczego się nie boją.
Strumień wody trafił ją w pierś, gdy znalazła się ledwo trzy kroki od chłopca, i momentalnie przemoczył. Nie zaklęła, nie odskoczyła ani nie wyszarpnęła broni. Spokojnie zrobiła te trzy kroki i po wejściu w cień stanęła oko w oko z majestatem.
Trudno było ocenić wielkość tego słonia. Na pierwszy rzut oka był większy nawet od Maahira, wyższy i masywniejszy. Olbrzymie uszy wyglądały jak niewielkie żagle, niemal proste ciosy sięgały ziemi, a zwisająca między nimi trąba przypominała powykręcany konar wiekowego drzewa. I był stary. Pomarszczona skóra zwisała luźnymi fałdami, w uszach widniało kilka sporych dziur, ciosy pożółkły i zmatowiały. A mimo to czuło się bijącą od niego potęgę, siłę, spokój i piękno, jakie rzeźbi długie, mądre życie. Bo w oczach zwierzęcia, ciemnych, okolonych gęstymi rzęsami, dostrzegało się mądrość i radość. I odrobinę złośliwego humoru.
– Mama Bo, jak sądzę?
Kpiące parsknięcie i lekkie tupnięcie przednią nogą musiały Deanie wystarczyć za odpowiedź. Szary wąż trąby sięgnął do ekchaaru, dziewczyna przytrzymała go delikatnie dłonią.
– Odwróćcie się. Natychmiast.
Truciciel, który domyślił się, co ma zajść, odwołał Samiyego kilkoma nerwowymi słowami. Dała im dziesięć uderzeń serca i powoli zdjęła zasłonę.
Patrzyły na siebie przez chwilę, wiekowa słonica i dziewczyna z górskiego plemienia. Koniuszek trąby delikatnie dotknął jej policzka, nosa, ust. Potem uniósł się w górę i wydał z siebie grzmiący ryk.
Z zewnątrz odpowiedziały mu inne słonie.
Deana zakryła twarz i odwróciła się. Mężczyzna i chłopiec stali do niej tyłem z opuszczonymi głowami. Prawie się zaśmiała na tak demonstracyjną ostrożność.
– Możecie już patrzeć.
Podnieśli głowy i szeroko się uśmiechnęli. Obaj.
– Co to znaczyło? To trąbienie.
– Mama Bo cię zaakceptowała. Polubiła nawet.
– A gdyby mnie nie polubiła?
Suchi wzruszył ramionami.
– Pewnie zeskrobywalibyśmy twoje resztki z podłogi.
– Oczywiście.
Podeszli do słonicy we trójkę. Samiy złapał ją za ucho, oparł stopę o podniesioną nogę i w kilku szybkich ruchach znalazł się na karku kolosa. Mama Bo parsknęła, nabrała wody z cebrzyka i ochlapała go, wywołując wybuch dzikiego śmiechu. Deana podeszła i przyjrzała się słonicy bliżej. Jej skóra miała dziwny kolor, jakby jasnoszary z odcieniem różu. Dotknęła boku zwierzęcia, spodziewając się, że na palcach pozostanie jej ślad farby.
– Ona jest biała – wyjaśnił Suchi.
– Raczej szaroróżowa.
– Czyli biała. Taki właśnie kolor mają białe słonie, a jeśli mamy szczęście, rodzą się raz na kilkadziesiąt lat. Takie zwierzęta symbolizują szczęście, porządek i harmonię, są rzadkie i bezcenne. Dlatego Mama Bo nie bierze udziału w dalekich wyprawach ani w wojnie, bo mogłaby zginąć, i spędza większość dnia pod dachem, bo jej skóra źle reaguje na słońce. Ma już pięćdziesiątkę, lecz jest jedynym takim słoniem w całym księstwie. Podobno w Aiszi mają jeszcze jednego, ale nigdy go nie pokazują, więc raczej wątpię.
– Pięćdziesiąt lat to dużo?
– Jak na słonia, owszem. Nie jest jeszcze konająca, ale nie rodzi już młodych, a jej rolą jest przewodzenie stadu. Lecz większość książęcych słoni to jej dzieci, wnuki i prawnuki, więc musimy wzbogacać ten ród zwierzętami z innych miast. No i dwa razy do roku idzie na czele Pochodu Kwiatów, obwieszona białymi liliami, prowadząc dwadzieścia największych słoni księcia. To jej święto. Najbliższe jest za trzy miesiące, może je jeszcze zobaczysz.
– Może.
Truciciel wpatrywał się w nią, mrużąc oczy.
– Ty nie rozumiesz, co tu zaszło, prawda?
– Poza tym, że zostałam opryskana wodą?
– Nie. Naprawdę nie rozumiesz? – Pokręcił głową wyraźnie rozbawiony. Poklepał pomarszczoną nogę słonicy. – To Mama Bo. Matka, babka i prababka słoni z Białego Konoweryn, które są z nami równie długo, jak sam Agar. Pisma mówią, że słonie walczyły u naszego boku w wojnach przeciw Niechcianym i jest to ich nieprzerwana linia rodowa trwająca od wieków. Do licha, zdążyliśmy tymczasem zmienić kilkanaście dynastii, nawet Krew Agara włada księstwem ledwo od tysiąca lat. Ale drzewa rodowe książęcych słoni są dłuższe niż wszystkich tutejszych arystokratów razem wziętych. Stoisz przed żywą legendą, spadkobiercą setek pokoleń i nadzieją dla setek następnych. Sądzisz, że każdy może sobie tak tu wejść i…
– Zostać oblanym wodą?
Popatrzył na nią martwym wzrokiem.
– Właściwie po co ja ci to mówię. To jakby… cholera, nie da się tego przetłumaczyć, nie tracąc większości sensu. Sypać sól do morza, jeśli wiesz, co chcę powiedzieć.
Przechyliła lekko głowę.
– Wiem. I nie martw się, wiem, jaki to zaszczyt. – Poklepała szaroróżowy bok. – Ona jest wspaniała. Wielka, piękna, silna. W górach powiedzielibyśmy onous, i też ci tego nie przetłumaczę. Tak mówimy na widok sunącego nad ziemią czoła burzy piaskowej, potężnego, lecz zapierającego dech w piersiach, albo gdy ktoś wykona szczególnie trudny, niemal niemożliwy cios. I ona taka jest, niemal niemożliwa, potężna i wspaniała. Onous.
Jego spojrzenie zmiękło.
– No proszę. Może jest jeszcze dla ciebie nadzieja.
Słoń potrząsnął głową, sapnął, zagulgotał i puścił głośnego bąka.
Deana wstrzymała oddech, ale nawet przez ekchaar zapiekły ją oczy. Wymieniła spojrzenie z trucicielem i – wciąż z zaciśniętymi ustami – wyszli na zewnątrz.
– Czy to też było onous? – zapytał, łapiąc spazmatycznie oddech.
– O tak. Zdecydowanie onous. Burza piaskowa się nie umywa. – Zwalczyła chęć uchylenia ekchaaru i wzięcia kilku głębokich oddechów. – Mówisz, że używacie ich na wojnie.
– Cały czas. Niewiele jest rzeczy, które wytrzymają szarżę bojowych słoni.
– A jesteś pewien, że stawiacie je właściwym końcem w kierunku wroga?
*
Ten dzień był pełen zaszczytów. I to takich, które przypadły jej w udziale, bo truciciel wymamrotał coś o obowiązkach i szybciutko znikł, zostawiając ją w towarzystwie chłopca, jego krewnych i wiekowej słonicy. Deana miała zatem zaszczyt napełnić poidło Mamy Bo, umyć jej boki i tylne nogi, załadować do worka kilkadziesiąt kul słoniowego łajna i wymienić słomę w połowie stajni. Stara słonica patrzyła na nią – dziewczyna była gotowa przysiąc – z łagodnym rozbawieniem i dwa razy pchnęła niespodziewanie trąbą, przewracając Deanę na ziemię.
Samiy wyjaśnił, głównie za pomocą gestów, że to wielki zaszczyt być przewróconym przez takiego słonia. Jeżeli dobrze zrozumiała, zaszczyt polegał na byciu przewróconym i niewdeptanym w klepisko.