Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #4
- Год: 2015
- Язык: польский
- Год: satan
- ISBN: 9788364384257
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza». Краткое содержание книги:
Pod wieczór miała już serdecznie dość zaszczytów.
Ale była też w dziwny sposób zadowolona. Przez cały dzień nawet przez chwilę nie pomyślała o księciu i o tym, że wszyscy o niej zapomnieli, a ból mięśni zwiastował przyjemność, jaką przyniesie gorąca kąpiel i długi, głęboki sen. No i zauważyła, że spojrzenia kręcących się wokół ludzi stały się mniej obojętne, dostrzegła kilka uśmiechów, ktoś podał jej szczotkę na kiju, ktoś pomógł wrzucić worek łajna na wózek. Miło było poczuć się częścią grupy.
Gdy słońce zaczęło chylić się ku zachodowi, wyprowadzono Mamę Bo do reszty książęcych słoni. Za stajnią znajdował się olbrzymi plac, na którym w mniejszych lub większych grupkach stało około czterdziestu zwierząt. Weszli tam we trójkę, ona, Samiy i biała słonica, i Deana była świadkiem najdziwniejszej ceremonii, jaką w życiu widziała.
Stara słonica zatrzymała się na środku, a reszta stada zaczęła do niej podchodzić i się witać. Nie bezładnie, lecz według dającej się rozpoznać hierarchii. Najpierw samice z dziećmi, następnie samce, z Maahirem na czele, potem dopiero młode, różnej płci i wielkości. Jakby władczyni udzielała audiencji swoim poddanym.
Mama Bo była prawdziwą królową.
Gdy Deana wróciła do swojej komnaty, gorąca kąpiel już na nią czekała. Podobnie jak dywany, kilka mniejszych i większych szaf, trzy duże lustra na ścianach, kilka krzeseł i stół z całą armią półmisków i karafek gotowych do boju.
Oraz gość.
Zatrzasnęła drzwi, wypychając Samiyego na zewnątrz. Sprawdziła te szafy, w których mógłby się ktoś skryć, zamknęła starannie okiennice i zapaliła kilka lamp.
Przez cały ten czas Laweneres siedział przy stole z twarzą ukrytą w dłoniach i milczał. Drgnął, dopiero gdy przed nim stanęła.
– Mam dla ciebie prezent – odezwał się cicho, wskazując leżący przed nim drobiazg.
Wzięła podarek, niewielki wysadzany rubinami złoty wisiorek w kształcie płomienia.
– Ładny – mruknęła, kładąc błyskotkę na stole. – Zawsze przepraszasz kobiety klejnotami?
– To nie klejnot, tylko klucz. Gdy pokażesz go komukolwiek w pałacu, wskaże ci drogę do moich komnat. W dzień czy w nocy.
Nie odezwała się, uznając, że wspomnienie o nocy nie kryło w sobie żadnej głupiej aluzji.
– Tylko kilka osób ma podobne – wyszeptał. – Wielki Kohir, Suchi, dowódca straży. Ufam ci.
To proste wyznanie musnęło jej serce, więc parsknęła tylko kpiąco i zmieniła temat.
– To twoja zasługa? – rzuciła, ściągając talhery i wieszając je na oparciu. Nie mogąc doczekać się odpowiedzi, uściśliła. – Ten cały zbytek.
Po raz pierwszy uniósł głowę i uśmiechnął się niepewnie. Drgnęła.
– No, no, wyglądasz jak ktoś, kto właśnie zakończył neehas – dodała szybko, żeby ukryć wrażenie, jakie robił widok jego twarzy, wychudłej, z podkrążonymi oczami i woskowatą skórą.
– A co to takiego?
Głos też miał w nie najlepszym stanie.
– Post, będący pokutą za jakieś mniej poważne wykroczenie. Najczęściej trwa miesiąc. W tym czasie pokutujący dostaje raz dziennie kromkę chleba, a co drugą noc spędza na modlitwie i czuwaniu.
Słaby uśmiech stał się nieco marzycielski.
– To znaczy, że co drugą noc można się wyspać?
Skrzywiła się, zirytowana.
– Głupiec.
Kilka chwil zajęło jej znalezienie małego dzbanuszka, z którego rozchodził się intensywny, gorzki zapach z lekką nutą wanilii. Deana nalała ją do kielicha – anwaya wypełniła puchar głębokim brązem – i wcisnęła księciu naczynie w dłoń.
– Wypij, podobno pobudza.
Objął puchar drżącymi rękoma. Uśmiechnął się.
– Pierwszy raz będę pił anwayę z kryształu do wina. Zazwyczaj podaje się ją w porcelanie.
– Pij. Wyobraź sobie, że jesteśmy na pustyni i nie mamy innych naczyń.
Uśmiech zgasł.
– Czasem bym chciał… naprawdę chciał… wrócić na pustynię. – Laweneres umoczył usta, skrzywił się. – Piję ją od kilku dni bez przerwy. Już nie działa. A ty? Nie chcesz?
Przed oczyma stanęły jej stada ptaków i ludzie w szerokich kapeluszach.
– Nie. Nie mam ochoty. Pytałam, czy to twoja zasługa. Te dywany i reszta.
Pokręcił głową.
– Nic o tym nie wiem. Ale w południe usłyszałem plotkę, że poszłaś do Mamy Bo. Dla jednych to niemal bluźnierstwo, dla innych dowód, że jesteś wybrana. Najwyraźniej Owiya należy do tych drugich. Choć nie spodziewaj się, że kiedykolwiek się do tego przyzna.
Deana usiadła naprzeciwko mężczyzny, sięgnęła po półmisek z ryżem i owocami. Tutejszy ryż był inny niż ten, który Issaram kupowali od kupców z Południa, biały i czysty, bez łusek i twardych ziaren. Trochę brakowało jej tamtego.
Zdjęła ekchaar i zaczęła jeść.
– To nie jest zła kobieta. To chciałeś powiedzieć, prawda?
– Tak. Nie jest zła. Jest… trochę jak Mama Bo. Lubi wiedzieć, gdzie i na jakim miejscu każdy się znajduje. Hierarchia, pozycja, ważność. Ona jest przełożoną Domu Kobiet, więc wszystkie kobiety, które tu się znajdą, są pod jej komendą… No, może poza Varalą, i teraz tobą.
– Varalą? Tą, która mnie dziś odwiedziła?
Drgnął, jakby zaskoczony. Zmarszczył brwi.
– Tego nie wiedziałem. Najważniejsza kobieta w pałacu odwiedza cię osobiście. – Pokręcił głową, jakby się rozglądał. – Przegapiłem jakiegoś trupa?
Prychnęła, ignorując żart.
– Najważniejsza?
– O tak. To ona, wraz ze Świątynią Ognia, Biblioteką i Rodami Wojny, decyduje, która z młodych kobiet jest wystarczająca czysta, nieskalana i pobożna, by urodzić kolejnego księcia. Która ma wystarczająco czystą krew, by zostać matką kolejnego Płomyka. Do tej pory nie interesowała się mną w taki sposób, to mój brat miał wziąć na… powiedzmy, barki, ten… powiedzmy, ciężar. W każdym razie Owiya ma z tobą pewien kłopot, nie może ci rozkazywać ani usunąć z pałacu, lecz najwyraźniej cię lubi.
– Lubi?
– Gdyby nie lubiła, spałabyś w chlewie ze świniami.
Deana westchnęła ciężko.
– Dziwne. Suchi powiedział mi to samo.
– Bo jest mądry. – Książę dopił swój puchar, westchnął. – To już nie działa. Wiesz, że ten drań pozwolił mi dziś spać prawie do południa?
– Słyszałam. To dlatego mógł do mnie przyjść?
– Pewnie tak. Mówił, że szybko wracasz do sił… Ćwiczysz.
– Odrobinę. Dziś na przykład przeniosłam kilka worów łajna i umyłam połowę słonia. Tylną połowę. To dobre ćwiczenie. Co przypomina mi, że muszę wziąć kąpiel.
Nic nie powiedział, tylko lekko przechylił głowę, nasłuchując. Było w jego postawie takie pragnienie, głód i tęsknota, że Deana zawahała się, ściągając wierzchnią szatę.
– Dlaczego nic nie mówisz?
– Słucham… patrzę… czasami, gdy wyjdę nagle z ciemności w światło… albo rano nagle otworzę oczy, mam wrażenie, że widzę… albo sobie przypominam, jak to jest widzieć. Dużo bym dał, żeby móc cię teraz zobaczyć. Kilka lamp, lustra odbijające ich blask, woda parująca w wannie, i ty. Obok. Naga.
– Nadal mam na sobie ubranie. – Zrzuciła resztę szat i wsunęła się do wody. – I lepiej żebyś przestał mnie podglądać. Nawet w myślach.
Zaśmiał się, cicho, szczerze, a ona nagle zatęskniła do tego śmiechu, który ostatni raz słyszała w pustynnej jaskini, gdy spodziewali się, że nie przeżyją następnego dnia.
– Trudny dzień?
– Owszem. Obrar Płomienny nalega na swoją próbę w Oku. Przypochlebia się, grozi i przekupuje ludzi, by na mnie wpłynęli.
– Skąd wiesz?
– Bo ci, którzy dziesięć dni temu byli przeciwni jego próbie, dziś mówią, że to może nie najgorszy pomysł. Kambehia stałaby się oficjalnym sprzymierzeńcem Białego Konoweryn, gdyby okazało się, że nią też rządzi Krew Agara. Zresztą sam Obrar po to przyjął przydomek Płomienny, by móc się ubiegać o ten zaszczyt.