Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza

Электронная книга - «Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza». Краткое содержание книги:

Pamięć wszystkich słów. Opowieści z meekhańskiego pogranicza
1 ... 72 73 74 75 76 77 78 79 80 ... 151
Перейти на страницу:

– Witam szlachetnych mężów z ludu Uwerunków.

W seehijskim zwroty powitalne brzmiały strasznie formalnie. Ale były przynajmniej lepsze niż wymiana ciosów.

Najstarszy z nich uniósł brwi i odsłonił ukryte pod obfitym wąsem zęby w czymś, co musiało być uśmiechem.

– Czekasz na zaproszenie, mnichu?

– Owszem. Czekam. Obcy przychodzący bez zaproszenia jest gorszy niż wróg. – Przed wypłynięciem Enroh wbił mu do głowy kilka zasad, a jedną z nich było to, by zawsze czekać na zaproszenie gospodarza.

Uśmiech poszerzył się, a oczy zmrużyły chytrze.

– Mądry z ciebie mnich. Znasz zwyczaje. Ostatniego, który postawił stopę na mojej ziemi bez pozwolenia, przeciągnąłem nago przez chlew, wytarzałem w smole i pierzu, a potem przepędziłem przez pokrzywy. Ależ krzyczał i szlochał. Słyszałeś o tym?

– Prawdę mówiąc, nie. To były duże pokrzywy?

– Olbrzymie! – Mężczyzna uniósł rękę nad głowę. – O, takie co najmniej.

– Podobno pokrzywy dobrze robią na reumatyzm.

– O tak. Nie słyszałem, by się na niego później skarżył. Zresztą w ogóle o nim nie słyszałem, bo jakoś więcej nie pojawił się u nas, żeby nauczać o waszej bogini. A ty? Co cię sprowadza?

– Szukam kogoś. Wojownika zwanego Małą Pięścią, z klanu Udruich.

Uśmiech znikł z oczu, usta zacisnęły się w wąską kreskę.

– Po co?

Złodziej zgrzytnął zębami. Kolana, kostki i łokcie miał opuchnięte i pokryte zielonoczarnymi siniakami, bolało go coś w piersi, a z prawej strony brzucha narastało kłucie. Ból pojawił się wczoraj wieczorem, jakby musiał dogonić resztę ciała, i wciąż narastał, co było chyba powodem, że poczuł irytację. Wielką irytację.

– Żeby porozmawiać, oczywiście. Po cóż innego ludzie się spotykają?

– Po co chcesz się z nim spotkać, obcy? – Dłoń zaciśnięta na włóczni drgnęła, jakby ostrze zaciążyło w stronę piersi Altsina. – Może północne baby czerpią przyjemność z gadania po próżnicy, ale nasi mężczyźni nie lubią tak tracić czasu.

Złodziej powinien w tej chwili poczuć ukłucie strachu, bo słowo „obcy” w seehijskim niewiele się różniło w wymowie od słowa „wróg”. Ale irytacja na tego pustogłowego głupca, który postanowił dać tu i teraz popis własnej ważności przed dwoma gówniarzami, wzięła górę nad rozsądkiem. Poza tym bolało go coraz bardziej, więc perspektywa przebicia włócznią nie wyglądała aż tak przerażająco.

– Słyszałem o tym. Ale co mam do niego, to moja rzecz. Jeśli go nie znasz, powiedz, a odpłyniemy i poszukamy gościnniejszego miejsca.

Teraz trzy pary jasnych oczu gapiły się na niego z brzegu i trzy włócznie kołysały niepewnie.

– Jak ma na imię ten wojownik?

– Nie wiem.

Oczy starszego mężczyzny zmrużyły się nieładnie, grot włóczni pochylił.

– To dziwne imię, obcy.

Irytacja przeciągnęła się, otworzyła paszczę i szturchnęła w bok swoją siostrę, złośliwość.

– Dlaczego dziwne? Większość ludzi, których spotkałem w życiu, ma tak na imię.

Śmiech. Najpierw cichy, zdławiony chichot, a zaraz potem otwarty, głośny śmiech. Łódź zakołysała się i Ynao wyszła zza pleców Altsina, odrzucając kaptur habitu na plecy. Przeskoczyła lekko na pomost i stanęła przed wojownikiem w skórzanym pancerzu.

– A myślałam, że ucieszysz się na mój widok, wuju…

Tyle złodziej zdołał zrozumieć, bo potem dziewczyna przeszła na jakiś miejscowy dialekt, wyrzucając z siebie słowa z prędkością kropel wody bębniących o dach w czasie oberwania chmury.

Powitanie widać wypadło zadowalająco, bo po chwili mężczyzna odwrócił się w stronę łodzi, a w oczach nie miał już ani kpiny, ani wyzwania.

– Przyjmijcie zaproszenie do mojego domu i bądźcie mi braćmi w dzień i w nocy, w zdrowiu i w chorobie. Zaszczyt to dla mnie i mojego rodu.

Bardziej formalnie nie dało się tego powiedzieć, lecz z drugiej strony oznaczało to koniec głupiego przegadywania się i – co zapowiadało prawdziwą mękę – początek wspinaczki.

Zacumowali łódź i ruszyli w górę wąską ścieżką, poprzedzani przez dwóch młodzików, którzy na krótkie warknięcie starszego mężczyzny pomknęli przodem. Ynao szła zaraz za wujem i trajkotała, w jakiś cudowny sposób nie tracąc oddechu. Altsin dreptał za nią, czując ból przy każdym kroku i ledwo łapiąc powietrze. W połowie drogi pozwolił się wyprzedzić Naywirowi, który był chyba zbyt podekscytowany, żeby zauważyć stan swojego towarzysza, ale oczy Domaha jak zwykle widziały wszystko na wylot.

Zatrzymał się poniżej Altsina, ale i tak patrzył mu prawie prosto w twarz, i bez słowa czekał, aż ten podejmie wspinaczkę. Zanim dotarli na górę, zatrzymywali się jeszcze dwa razy, a złodziej miał wrażenie, że wzrok olbrzymiego mnicha widzi każdy siniak i każdą opuchliznę, którą próbował ukryć.

Dzięki Pani za ślub Martwych Ust, który ograniczał komunikację z Domahem do wymownych spojrzeń i ponurych min.

Na górze czekały już na nich konie. I dwukołowy wóz, na który Altsin zwalił się od razu, wymawiając się brakiem doświadczenia w jeździe konnej.

Ich gospodarz i jeden z młodzików, Ynao oraz Naywir dosiedli wierzchowców, a Domah – obejrzawszy miejscowe konie, niewiele większe od kuców, oraz wóz, który im podstawiono, przypominający taczkę z dwoma kółkami – uśmiechnął się z ponurym fatalizmem i ruszył w drogę piechotą. Nie, żeby ich to spowalniało.

Jeden z młodzików natychmiast po wyruszeniu oderwał się od grupy i galopem pomknął przed siebie. Drugi zasiadł na koźle wózka i ponaglił konie.

Złodziej rozglądał się bez skrępowania. Niewielu było takich, którzy mogli o sobie powiedzieć, że wędrowali przez ziemie Seehijczyków. Tutejszy teren, w przeciwieństwie do lesistej, wilgotnej i mrocznej północy wyspy, był płaski, kamienisty i porośnięty niewielkimi kępkami jakichś chwastów. Bogactwo tej części Amonerii kryło się pod powierzchnią gruntu, w kopalniach ametystów i agatów oraz w złożach cyny i rudy srebra, bo z samej ziemi, nieprzyjaznej i surowej, miejscowe plemiona ledwo zdołałyby się utrzymać.

Okolica nie wyróżniała się niczym szczególnym. Droga wiła się między niewielkimi wzgórzami porośniętymi rachitycznymi drzewami i plackami trawy w kolorze przybrudzonej zieleni, i dopiero gdy odjechali spory kawałek od brzegu, dały się dostrzec pierwsze ślady ludzkiej bytności, w postaci niewysokich, kamiennych murków, ciągnących się całymi milami. Zza tych ogrodzeń przyglądały im się sennym wzrokiem ospałe krowy i niemrawe kuce, a owce, na widok obcych, zbijały się w ciasne stadka. Za to ich właściciele bynajmniej nie zachowywali się lękliwie. Starszy wojownik pozdrawiał pasterzy, zbywając ich pytania machnięciem ręki, i ponaglał konie. A Altsin przyglądał się miejscowym, równie dla niego egzotycznym jak okolica.

Wszyscy byli raczej średniego wzrostu, głównie o jasnej skórze i – w przeważającej większości – o ciemnych włosach. Mężczyźni strzygli się krótko, za to nosili obfite wąsiska, a czasem i brody, kobiety zaplatały włosy w dziesiątki warkoczyków, z których układały fantastyczne konstrukcje. W ubiorach dominowały sukno i len barwione na zielenie, brązy i żółcie, choć raczej w ciemniejszych tonacjach. I wszyscy, zarówno mężczyźni, kobiety, jak i plączące się w pobliżu dzieci, byli uzbrojeni. Łuki, oszczepy, siekierki, ciężkie, lekko zakrzywione noże oraz włócznie, topory, a nawet miecze dowodziły, że w twierdzeniu, iż Amoneria to wyspa nieustannej wojny, nie ma krzty przesady. Niektórzy mężczyźni nosili nawet skórzane przeszywanice i hełmy, rzeczy rzadko spotykane u pasterzy.

Armia gotowa w każdej chwili do walki. Rody, klany i plemiona, które nie udają, że pokój jest czymś więcej niż chwilową przerwą w niekończącej się wojnie, która z kolei jest naturalnym stanem ludzkości, która…

1 ... 72 73 74 75 76 77 78 79 80 ... 151
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)