Pamięć Światłości
- Автор: Джордан Роберт, Сандерсон Брендон
- Серия: Kolo czasu #14
- Язык: польский
- Переводчик: Jan Karłowski
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Pamięć Światłości». Краткое содержание книги:
Lan szedł przez chwilę w milczeniu, szukając słów. Zanim je znalazł, zobaczył płonące na niebie błękitne światło. Sygnał alarmowy z Przełęczy. Oddziały, które właśnie weszły do walki, prosiły o pomoc.
„Zastanowię się nad tym” – obiecał sam sobie w myślach. Ignorując dławiące go zmęczenie, ruszył szybko w kierunku rzędów końskich, gdzie koniuszy zapewne odprowadził Mandarba.
Nie musiał brać udziału w tej wycieczce. Nie odetchnął jeszcze po poprzedniej. Ale ciągnęło go w bój. Otworzył już usta, żeby kazać Bulenowi gotować konia i poczuł się jak głupiec. Światłości, ależ nawykł polegać na pomocy tamtego…
„Agelmar ma rację” – pomyślał, kiedy koniuszowie jeden przez drugiego siodłali rumaka, dopinali popręgi, sprawdzali uprząż. Koń był nerwowy, wyczuwając nastrój swego pana. „Pójdą za mną na ślepo, jak Bulen. A ja poprowadzę ich na śmierć pod sztandarem nieistniejącego królestwa… a wraz z nimi siebie… Czym to miałoby się niby różnić od postawy Tenobii?”
Nie minęło dużo czasu, a już galopował ku frontowym liniom obrony, gdzie omalże Trolloki nie pokonały wyłomu. Wsparł wycieczkę i tym razem, obrona utrzymała się. Utrzymała się aż do rana. Kiedyś w końcu szeregi się załamią. Co wtedy?
Wtedy… wtedy on po raz kolejny porzuci Malkier i zrobi to, co konieczne.
Siły Egwene zgromadziły się na południowym obszarze Pola Merrilora. Według harmonogramu miały Podróżować do Kandoru, gdy tylko wojska Elayne zostaną wyekspediowane do Caemlyn. Armie Randa nie ruszyły jeszcze do Thakan’dar, tylko przeszły na teren przejściowy, położony w północnej części Pola, dokąd łatwiej docierały zapasy. Smok Odrodzony utrzymywał, że czas na wyprawę jeszcze nie nadszedł…
Światłości, spraw, żeby chociaż dokonał jakichś postępów z Seanchanami.
Organizacja przemarszu tak licznych wojsk była przedsięwzięciem przyprawiającym o ból głowy. Bramy Podróżowania otwierane przez Aes Sedai stały długim rzędem niczym boczne drzwi jakiejś gigantycznej sali balowej. Żołnierze tworzyli zwarte formacje, czekając na przejście. Wielu spośród najsprawniej władających Jedyną Mocą zwolniono od obowiązku splatania strumieni Podróżowania, gdyż ich siła wkrótce potrzebna będzie w walce, a ona była zdecydowanie ważniejsza.
Oczywiście rozstąpili się przed Amyrlin. Awangarda dotarła już na miejsce, prowizoryczny obóz był rozbity – czas nadszedł, aby Amyrlin objęła bezpośrednie dowództwo nad operacją. Cały ranek zajęło jej posiedzenie Komnaty, które musiało załatwić niezliczoną ilość mniej lub bardziej ważnych spraw z rodzaju raportów o zapasach i szacowania terenu walki. Zadowolona była, że wcześniej zgodziła się na poważny udział Komnaty w wojnie – Zasiadające stanowiły prawdziwy rezerwuar rozmaitych umiejętności i wiedzy, w końcu wiele z nich żyło na tym świecie ponad sto lat.
– Nie znoszę przedłużającego się oczekiwania – mruknął jadący obok niej Gawyn.
Popatrzyła na niego znacząco.
– Ufam ocenom topograficznym generała Bryne’a, Komnata jest podobnego zdania – powiedziała, gdy mijali Illiańskich Towarzyszy. Każdy miał lśniący napierśnik z Dziewięcioma Pszczołami Illian. Zasalutowali jej do stożkowych hełmów, których okapy rozstępowały się tylko nad twarzami.
Nie potrafiła do końca zdecydować, czy cieszy ją ich udział w przygotowywanej operacji – w końcu mogła się spodziewać, że będą bardziej lojalni wobec Randa niż wobec niej – ale Bryne nalegał. Dowodził, że jej armii, choć liczebnie była ogromna, brakowało elitarnego oddziału w rodzaju Towarzyszy.
– Będę się upierać, że powinniśmy wyruszyć wcześniej – mówił Gawyn w chwili, gdy oboje wyjeżdżali z bramy na tereny położone przy granicach Kandoru.
– To tylko kilka dni zwłoki.
– Kilka dni, podczas których Kandor płonął. – Czuła w więzi jego gniew. Czuła też jego miłość do siebie, gorącą. Wzięli ślub. Ślubu udzieliła Silviana, odprawiając prostą ceremonię poprzedniej nocy. Wciąż wydawało się jej dziwne, że musiała udzielić sobie samej zgody na własny ślub. Ale czegóż innego można oczekiwać, gdy piastuje się najwyższą władzę?
Kiedy wjechali do obozu, Bryne ruszył w ich stronę, wydając jeszcze po drodze kilka rozkazów patrolom zwiadu. Kiedy znalazł się przed nią, zeskoczył z siodła i skłonił nisko, a potem pocałował pierścień. Następnie spokojnie wsiadł na konia i zajął się swoimi obowiązkami. Mając na względzie, że właściwie siłą zmuszony został do objęcia dowództwa armii Aes Sedai, to należało przyznać, że traktował ją z właściwym szacunkiem. Oczywiście, postawił swoje warunki, twarde warunki, które zostały natychmiast spełnione – więc być może należało uznać, że on również użył wobec nich siły. Poza tym, dowództwo nad wojskiem Białej Wieży dawało mu sposobność oderwania się od bezczynności – żaden człowiek nie lubił, jak się go wysyłało na zieloną trawkę. Jednego z wielkich komendantów w ogóle nie powinien spotkać taki los.
U boku Bryne’a jechała Siuan. Na jej widok Egwene uśmiechnęła się z zadowoleniem. „Tym sposobem związał się z nami jeszcze mocniej”.
Rozejrzała się po wzgórzach, które ciągnęły się wzdłuż południowo-wschodniej granicy Kandoru. Choć brakowało im zieleni – jak zresztą większości miejsc na świecie w tych dniach – tchnęły niewzruszonym spokojem, jakby nieświadome, że kraj za nimi płonął. Stolica kraju, Chachin, praktycznie rzecz biorąc, zamieniła się w kupę gruzów. Przed wyprawą na front wraz z resztą Pograniczników królowa Ethenielle zwróciła się o pomoc w organizacji operacji ratunkowych do Egwene i Komnaty Wieży. Aes Sedai zrobiły, co mogły, wysyłając zwiadowców na główne drogi w poszukiwaniu grup uchodźców, a potem sprowadzając ich w bezpieczne miejsce – jeżeli takowe gdziekolwiek dziś istniało.
Główna armia Trolloków zostawiła za sobą płonące miasta i teraz szła na południowy zachód ku wzgórzom i rzece, które tworzyły granicę Kandoru z Arafel.
Silviana podjechała do Egwene od przeciwnej strony, niż jechał Gawyn. Zaszczyciła go tylko pojedynczym wściekłym spojrzeniem – ta dwójka mogłaby już doprawdy przestać na siebie warczeć, bo to się robiło męczące! – zanim pocałowała pierścień Egwene.
– Matko.
– Silviana.
– Otrzymałyśmy aktualny raport od Elayne Sedai.
Egwene pozwoliła sobie na lekki uśmiech. Obie, zupełnie niezależnie od siebie, mówiąc o Elayne, posługiwały się tytułem nadanym jej przez Białą Wieżę, zamiast należnym jej politycznej pozycji.
– I?
– Proponuje, abyśmy ustaliły lokalizację miejsca, do którego będzie można wysyłać rannych na Uzdrawianie.
– Wcześniej mówiłyśmy o tym, że Żółte będą podążać z jednego pola bitewnego na drugie.
– Elayne Sedai obawia się, że mogą paść ofiarą zbrojnych ataków – wyjaśniła Silviana. – Chce mieć stacjonarny szpital.
– To chyba będzie bardziej skuteczne, Matko – powiedział Gawyn, drapiąc się po brodzie. – Zbieranie rannych z pola bitwy to okrutna robota. Nie wiem, co bym sobie myślał, gdyby mi przyszło wysyłać siostry na selekcję poległych. Ta wojna może się ciągnąć przez tygodnie, jeśli nie miesiące. Wcześniej czy później Cień zacznie brać na cel Aes Sedai.
– Elayne Sedai… nalegała, abyśmy przyjęły jej propozycję – stwierdziła Silviana. Jej twarz była niczym nieruchoma maska, głos całkowicie pozbawiony wyrazu, mimo to udało się jej bez trudu przekazać głębokie niezadowolenie, jakie czuła. Silviana była w tym mistrzynią.
„Odegrałam swoją rolę w mianowaniu Elayne głównodowodzącą” – napomniała się w myślach. – „Gdybym teraz jej odmówiła, stworzyłabym niebezpieczny precedens”. Ale zastosowanie się do poleceń królowej Andoru miałoby podobny skutek. Może mimo wszystko uda się im ocalić przyjaźń w tych ciężkich czasach.