Trzej muszkieterowie
- Автор: Дюма Александр
- Год: 1993
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo “Krąg”
- ISBN: 83-85208-13-5
- Переводчик: Joanna Guze
- Жанр: Исторические приключения
Электронная книга - «Trzej muszkieterowie». Краткое содержание книги:
— A dlaczego dziś właśnie, a nie wczoraj lub jutro? Co takiego stało się dziś, że takie ponure myśli przychodzą ci do głowy?
— Ta rana, mój drogi d’Artagnanie, stała się dla mnie ostrzeżeniem z nieba.
— Ta rana? Przecież jest niemal zaleczona i wiem zresztą, że nie przez nią cierpiałeś najwięcej.
— Co masz na myśli? — zapytał Aramis okrywając się rumieńcem.
— Masz ranę w sercu, Aramisie, bardziej bolesną i krwawą, ranę zadaną przez kobietę.
Oko Aramisa zabłysło.
— Ach — rzekł ukrywając wzruszenie pod maską obojętności — nie mów mi o tych rzeczach, ja miałbym o nich myśleć? Cierpieć z miłości? Vanitas vanitatum! Więc wedle ciebie ktoś zawrócił mi w głowie? I to kto, jakaś szwaczka, pokojówka, do której zalecałem się na jakimś postoju? Fe!
— Wybacz, mój drogi Aramisie, ale sądziłem, że wyżej mierzysz.
— Wyżej? A kimże jesteś, by mieć tyle pychy? Ja, biedny muszkieter, ciemny, niewykształcony, co nie znosi poddaństwa, a tak skromne miejsce zajmuje w świecie?
— Aramisie, Aramisie — zawołał d’Artagnan spoglądając na przyjaciela z niedowierzaniem.
— Prochem jestem i w proch się obrócę. Życie pełne jest upokorzeń i cierpień — ciągnął z ponurą miną — wszystkie nici wiodące do szczęścia rwą się w ręku człowieka, a najbardziej złote nici. O, mój drogi d’Artagnanie — rzekł Aramis z lekkim odcieniem goryczy w głosie — wierzaj mi, ukrywaj swoje rany. Milczenie jest ostatnią radością nieszczęśliwych; strzeż się, by ktokolwiek poznał twoje cierpienie, bo ciekawość ludzka pije nasze łzy jak muchy krew rannego jelenia.
— Niestety, drogi Aramisie — odparł d’Artagnan z głębokim westchnieniem — opowiadasz mi moją własną historię.
— Jakże to?
— Tak, kobieta, którą kocham, którą wielbię, została porwana. Nie wiem, gdzie jest, dokąd ją uprowadzono, może jest uwięziona, może już nie żyje.
— Ale masz przynajmniej tę pociechę, że możesz sobie powiedzieć: nie porzuciła mnie z własnej woli; jeśli nie mam od niej wiadomości, to dlatego, że nie wolno jej pisać, podczas gdy...
— Podczas gdy...
— Nic — rzekł Aramis — nic.
— A zatem wyrzekasz się świata na zawsze; to twoje postanowienie, nieodwołalna decyzja?
— Na zawsze. Dziś jesteś moim przyjacielem, jutro będziesz tylko cieniem lub raczej nie będziesz istniał wcale. Świat jest grobem, niczym więcej.
— Do kroćset! Bardzo to smutne, co mi powiadasz.
— Czego chcesz, idę za głosem mego powołania.
D’Artagnan uśmiechnął się i nic nie odpowiedział. Aramis ciągnął dalej:
— Ale póki jeszcze jestem związany ze sprawami tej ziemi, chciałbym mówić o tobie, o naszych przyjaciołach.
— A ja — rzekł d’Artagnan — chciałbym mówić o tobie, ale nic cię to nie obchodzi; gardzisz miłością; przyjaciele są cieniami, świat grobem.
— Niestety, sam się o tym przekonasz — rzekł Aramis z westchnieniem.
— Nie mówmy o tym więcej — powiedział d’Artagnan — i spalmy ten list, który zapewne donosi ci o nowej niewierności twej szwaczki czy pokojówki.
— Jaki list? — zawołał żywo Aramis.
— List, który przyszedł podczas twej nieobecności i który mam ci doręczyć.
— Ale od kogo jest ten list?
— Och, od jakiejś zapłakanej szwaczki czy zrozpaczonej pokojówki, może od pokojówki pani de Chevreuse, która musiała wrócić do Tours ze swoją panią i pragnąc dodać sobie splendoru wzięła perfumowany papier i zapieczętowała list herbem z mitrą książęcą.
— Co powiadasz?
— Masz tobie, zgubiłem go! — rzekł chytrze młodzieniec udając, że szuka listu, — Na szczęście świat jest grobem, ludzie, a więc i kobiety, cieniami, a miłość uczuciem, którym gardzisz.
— Ach, d’Artagnanie, d’Artagnanie — zawołał Aramis — zabijasz mnie!
— Nareszcie, oto jest — rzekł d’Artagnan.
I wyciągnął list z kieszeni.
Aramis skoczył, porwał list i przeczytał go lub raczej pochłonął; jego twarz promieniała.
— Zdaje się, że pokojówka ma piękny styl — powiedział niedbale d’Artagnan.
— Dzięki, d’Artagnanie — zawołał Aramis na wpół przytomny. — Musiała wrócić do Tours; jest mi wierna, kocha mnie! Pójdź, mój przyjacielu, niech cię uścisnę! Szczęście mnie rozpiera!
I dwaj przyjaciele puścili się w tany wokół szacownego św. Chryzostoma, dzielnie tratując karty uczonej rozprawy, które spadły na podłogę.
W tej chwili wszedł Bazin ze szpinakiem i omletem.
— Uciekaj stąd, nieszczęsny! — zawołał Aramis ciskając mu w twarz swą zakonną czapeczkę — wracaj, skąd przyszedłeś, i zabieraj mi z oczu te okropne jarzyny i to straszne danie! Zamów szpikowanego zająca, tłustego kapłona, pieczeń baranią z czosnkiem i cztery butelki starego burgunda.
Bazin spoglądał na swego pana nic nie rozumiejąc z tej zmiany, po czym opuścił melancholijnie omlet na szpinak, a szpinak na podłogę.
— Oto chwila właściwa, byś poświęcił swe życie Królowi Królów — powiedział d’Artagnan — jeśli chcesz mu naprawdę wyświadczyć uprzejmość: Non inutile desiderium in oblatione.
— Idźże do diabła ze swoją łaciną; mój drogi d’Artagnanie, pijmy, pijmy tęgo, pijmy dużo i powiedz mi, co słychać na świecie.
Rozdział XXVII
ŻONA ATOSA
— Teraz trzeba będzie się dowiedzieć, co się dzieje z Atosem — rzekł d’Artagnan do wesołego Aramisa, kiedy opowiedział mu, co się stało w stolicy po ich wyjeździe; doskonała kolacja pozwoliła już zapomnieć jednemu o rozprawie, a drugiemu o zmęczeniu.
— Przypuszczasz więc, że przydarzyło mu się nieszczęście? — zapytał Aramis. — Atos jest tak opanowany, tak dzielny, tak świetnie włada szpadą!
— Tak, to prawda, nikt bardziej ode mnie nie ceni odwagi i zręczności Atosa, ale wolę, by atakowano mnie lancą aniżeli kijami; obawiam się, że Atos został pobity przez hołotę, a tacy biją mocno i nie kończą prędko. Oto dlaczego chciałbym wyruszyć jak najszybciej.
— Chciałbym pojechać z tobą — rzekł Aramis — choć nie wiem, czy potrafię dosiąść konia. Wczoraj spróbowałem na sobie tej dyscypliny, którą widzisz na ścianie, ale ból przeszkodził mi kontynuować te pobożne ćwiczenia.
— Bo widzisz, mój drogi przyjacielu, nigdy nie leczy się rany od kuli uderzeniami rzemienia; ale byłeś chory, choroba osłabia umysł i to cię usprawiedliwia.
— Kiedy wyruszasz?
— Jutro o wschodzie słońca; odpocznij dobrze tej nocy, a jutro, jeśli będziesz mógł, pojedziemy razem.
— Do jutra więc — rzekł Aramis — choć jesteś z żelaza, trzeba ci przecie odpoczynku.
Nazajutrz, kiedy d’Artagnan wszedł do pokoju Aramisa, zastał go stojącego przy oknie.
— No co tak patrzysz? — zapytał d’Artagnan.
— Podziwiam te trzy wspaniałe konie, które stajenni trzymają za cugle; to zaiste królewska przyjemność jeździć na takim wierzchowcu.
— No cóż, mój drogi Aramisie, zaznasz tej przyjemności, jeden z tych koni należy do ciebie.
— Co? Który?
— Ten, którego sobie wybierzesz, mnie jest wszystko jedno.
— A bogaty czaprak na nim również do mnie należy?
— Oczywiście.
— Kpisz, d’Artagnanie.
— Nie kpię, odkąd poniechałeś łaciny.
— Więc moje są te złocone olstra, ten aksamitny czaprak i siodło nabijane srebrem?