Statki czasu [The Time Ships - pl]
- Автор: Бакстер Стивен М.
- Год: 1996
- Язык: польский
- Год: Zysk i S-ka
- ISBN: 83-7150-087-4
- Переводчик: Edward Szmigiel
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Statki czasu [The Time Ships - pl]». Краткое содержание книги:
Autoryzowana kontynuacja Wehikułu czasu Herberta George’a Wellsa.
Skonstruowałem solidniejsze schronienie, które składało się z opadłych gałęzi pokrytych zaplecionymi liśćmi. Zrobiłem też z liści szeroki kapelusz dla Nebogipfela. Kiedy Morlok siedział w cieniu, z tym kapeluszem zawiązanym pod brodą, lecz poza tym nagusieńki, wyglądał wręcz śmiesznie.
Jeżeli chodzi o mnie, to zawsze miałem bladą cerę, więc po kilku pierwszych dniach bardzo cierpiałem z powodu przebywania na słońcu i nauczyłem się ostrożności. Skóra zeszła mi z pleców, ramion i nosa. Zapuściłem gęstą brodę, żeby ochronić twarz, ale na moich ustach pojawiły się bardzo szkaradne pęcherze. Najgorzej jednak poparzyłem sobie łysinę na czubku głowy. Przyzwyczaiłem się do przemywania oparzeń wodą i ciągłego noszenia kapelusza oraz tego, co pozostało z mojej koszuli.
Mniej więcej po miesiącu takiego życia, pewnego dnia, kiedy się goliłem (używając kawałków samochodu czasu jako brzytwy i lustra), zdałem sobie nagle sprawę z tego, jak bardzo się zmieniłem. Moje zęby i oczy odbijały się jaskrawą bielą na tle brązowej jak mahoń twarzy, brzuch był płaski jak za szkolnych czasów i chodziłem w kapeluszu z palmowych liści, skróconych spodniach i z gołymi stopami tak naturalnie, jakbym to robił od urodzenia.
Zwróciłem się do Nebogipfela.
— Spójrz na mnie! Moi przyjaciele mieliby trudności, by mnie rozpoznać. Przemieniam się w tubylca.
Jego twarz bez podbródka pozostała bez wyrazu.
— Jesteś tubylcem. To Anglia, przypominasz sobie?
Nebogipfel upierał się, żebyśmy przynieśli części rozbitego samochodu z lasu. Było to dla mnie logiczne, gdyż wiedziałem, że w nadchodzących dniach będziemy potrzebowali każdego skrawka surowców, zwłaszcza metali. Tak więc ocaliliśmy samochód i zgromadziliśmy jego resztki w dole w piasku. Gdy uporaliśmy się z najpilniejszymi potrzebami związanymi z przetrwaniem, Nebogipfel zaczął spędzać wiele czasu przy wraku. Z początku nie wypytywałem go zbyt szczegółowo, przypuszczając, że konstruuje jakieś dodatkowe wzmocnienie dla naszego schronienia lub może broń myśliwską.
Jednak pewnego ranka, gdy już zasnął, obejrzałem dokładnie jego dzieło. Zrekonstruował szkielet samochodu czasu. Rozłożył potrzaskaną podłogę i obudował ją klatką z prętów powiązanych kawałkami drutu odzyskanego z kolumny kierownicy. Znalazł nawet niebieską dźwignię kolankową do zamykania obwodu plattnerytowego.
Gdy się obudził, zapytałem go bez ogródek:
— Próbujesz zbudować nowy wehikuł czasu, prawda?
Zatopił małe zęby w miąższu orzecha kokosowego.
— Nie. Odbudowuję stary.
— Twój zamiar jest oczywisty. Zrekonstruowałeś szkielet, w którym znajdował się niezbędny obwód plattnerytowy.
— Jak sam powiedziałeś, to oczywiste.
— Ależ to daremny trud, chłopie! — Spojrzałem na swoje zgrubiałe, krwawiące ręce i oburzyłem się, że Morlok zajmuje się takimi rzeczami, podczas gdy ja borykam się, by utrzymać nas przy życiu. — Nie mamy ani grama plattnerytu. Cały zapas, który mieliśmy podczas podróży, został wyczerpany albo i tak leży rozrzucony w dżungli. I nie mamy środków, by go wyprodukować.
— Jeżeli zbudujemy wehikuł czasu — powiedział — to tylko być może nie uda nam się uciec z tej epoki. Jeżeli jednak nie zbudujemy go, to na pewno nie uda nam się uciec.
Żachnąłem się.
— Nebogipfelu, chyba powinieneś spojrzeć realnie na fakty. Jesteśmy rozbitkami w odległej przeszłości. Nigdy tu nie znajdziemy plattnerytu, ponieważ ta substancja nie występuje w naturze. Nie możemy jej wytworzyć, a nikt nam jej nie przywiezie, bo nikt nie ma bladego pojęcia, że jesteśmy w tej erze!
Zamiast odpowiedzi polizał soczysty miąższ orzecha kokosowego.
— Uch! — Sfrustrowany i rozgniewany, zacząłem chodzić tam i z powrotem. — Lepiej byś włożył swoją pomysłowość i wysiłek w skonstruowanie jakiejś broni dla mnie, żebym mógł ustrzelić kilka tych małp.
— To nie są małpy — sprostował. — Najczęściej spotykanymi gatunkami są miacis i chriacits...
— Obojętne, jak ich zwał... A niech to!
Odszedłem rozwścieczony.
Moje argumenty nie odniosły oczywiście żadnego skutku i Nebogipfel cierpliwie kontynuował odbudowę samochodu. Ale pomagał mi w wysiłkach, by utrzymać nas przy życiu i po pewnym czasie zaakceptowałem obecność prymitywnej machiny — błyszczącej, skomplikowanej i całkowicie bezużytecznej — na tamtej paleoceńskiej plaży.
Doszedłem do wniosku, że wszyscy potrzebujemy nadziei, aby nasze życie miało sens i cel. Tamta machina, tak samo niezdolna do lotu jak wielka diatryma, stanowiła ostatnią nadzieję Nebogipfela.
4. CHOROBA I WYZDROWIENIE
Zachorowałem.
Nie mogłem wstać z prymitywnego siennika skleconego z palmowych liści, który sobie zrobiłem. Nebogipfel musiał mnie pielęgnować. Wypełniał ten obowiązek niezbyt umiejętnie, ale cierpliwie i wytrwale.
Pewnego razu, w środku czarnej nocy, odzyskałem częściowo przytomność, czując na twarzy i karku dotyk miękkich palców Morloka. Wyobraziłem sobie, że znów jestem uwięziony w piedestale białego sfinksa, a Morlokowie tłoczą się, by mnie zabić. Krzyknąłem. Nebogipfel uciekł do tyłu, ale zanim to zrobił, zdążyłem unieść pięść i grzmotnąć go w klatkę piersiową. Mimo osłabienia miałem dość siły, by zwalić Morloka z nóg.
To mnie wyczerpało i straciłem przytomność.
Po następnym przebudzeniu Nebogipfel znów był przy mnie, próbując cierpliwie nakłonić mnie do przełknięcia zupy z mięczaków.
W końcu odzyskałem świadomość i stwierdziłem, że leżę podparty na sienniku. Byłem sam w naszej chatce. Słońce stało nisko, ale całodzienny upał nadal dawał mi się we znaki. Nebogipfel zostawił obok mojego posłania skorupę orzecha napełnioną wodą. Napiłem się.
Światło słoneczne przygasło i nasze schronienie ogarnęła ciemność ciepłego, tropikalnego wieczoru. Zachód słońca był długi i wspaniały. Nebogipfel powiedział mi, że to z powodu nadmiaru popiołu wyrzucanego do atmosfery przez wulkany na zachodzie Szkocji. Pewnego dnia te wybuchy wulkaniczne doprowadzą do powstania Oceanu Atlantyckiego. Lawa docierała do Arktyki, Szkocji i Irlandii, a ciepła strefa klimatyczna, w której się znajdowaliśmy, rozciągała się na północ aż po Grenlandię.
Brytania była wyspą już w tej epoce paleoceńskiej, ale w porównaniu z jej dziewiętnastowiecznym ukształtowaniem północno-zachodni narożnik wznosił się na większą wysokość. Morze Irlandzkie jeszcze nie powstało, więc Brytania i Irlandia tworzyły jeden ląd, ale południowy wschód Anglii zalany był wodami morza, nad którym mieszkaliśmy. Moje paleoceńskie morze było przedłużeniem Morza Północnego. Gdybyśmy zdołali zbudować łódź, moglibyśmy przepłynąć przez Kanał La Manche i dotrzeć do serca Francji przez Basen Akwitański, klin wodny, który z kolei łączył się z Morzem Tetydowym — wielkim oceanem zalewającym kraje śródziemnomorskie.
Po nastaniu nocy Morlok wynurzył się z ciemności lasu. Przeciągnął się, rozciągając mięśnie bardziej jak kot niż człowiek, i rozmasował zranioną nogę. Potem przez kilka minut przeczesywał sobie palcami włosy na twarzy, klatce piersiowej i plecach.
W końcu podszedł do mnie utykając. Fioletowe światło zachodzącego słońca odbijało się od jego gwiaździstych, popękanych gogli. Przyniósł mi wody. Po zwilżeniu ust szepnąłem:
— Jak długo?
— Trzy dni.
Z trudem powstrzymałem się od wzdrygnięcia na dźwięk jego dziwnego, płynnego głosu. Można by pomyśleć, że już przywykłem do Morloka, ale po trzech dniach, w ciągu których leżałem bezradnie, doznałem pewnego wstrząsu, przypominając sobie, że z wyjątkiem tego obcego z odległej przyszłości jestem sam w tym wrogim świecie!