Bogowie, honor, Ankh-Morpork [Jingo - pl]
- Автор: Пратчетт Теренс Дэвид Джон
- Год: 2005
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 978-83-7469-032-4
- Переводчик: Piotr W. Cholewa
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Bogowie, honor, Ankh-Morpork [Jingo - pl]». Краткое содержание книги:
— Musimy dopilnować, by je dostał. Będzie przecież naszym honorowym gościem. Postarajmy się załatwić wszystko należycie. Proszę, Ashalu, spróbuj wyglądać, jakbyś nienawidził smaku zimnej stali.
Klatchianie rozstawili pawilon na piasku pomiędzy dwoma armiami. W miłym cieniu nakryto niski stół. Lord Rust i jego towarzysze już czekali, co zresztą czynili od ponad pół godziny.
Wstali i skłonili się niezręcznie, kiedy wszedł książę. Wokół pawilonu ankhmorporska i klatchiańska warta honorowa obserwowały się nawzajem podejrzliwie, a każdy z żołnierzy starał się zająć lepszą pozycję od pozostałych.
— Proszę powiedzieć… czy któryś z was, dżentelmeni, mówi po klatchiańsku? — odezwał się książę Cadram po zakończeniu długich prezentacji.
Rust zachował na twarzy wymuszony uśmiech.
— Hornett! — syknął.
— Nie jestem całkiem pewien, co powiedział, sir — rzekł zdenerwowany porucznik.
— Myślałem, że znacie klatchiański!
— Umiem czytać, sir. To nie to samo…
— Och, proszę się nie przejmować — uspokoił ich książę. — Jak to mawiamy w Klatchu, i ten błazen dowodzi armią?
Wokół pawilonu klatchiańscy generałowie nagle przybrali twarze pokerzystów.
— Hornett?
— Eee… Coś o… posiadaniu, kierowaniu… e…
Cadram uśmiechnął się do Rusta.
— Ten zwyczaj nie był mi znany — powiedział. — Czy często spotykacie się z wrogami przed bitwą?
— Jest to uważane za honorowe — wyjaśnił Rust. — Na przykład, o ile wiem, w nocy przed słynną bitwą pod Pseudopolis oficerowie obu walczących stron uczestniczyli w balu u lady Selachii.
Książę zerknął pytająco na generała Ashala, który skinął głową.
— Doprawdy? Naturalnie, wiele jeszcze musimy się nauczyć. Jak mówi poeta Mosheda: Nie mogę uwierzyć, w to co mówi ten człowiek.
— O tak — zgodził się Rust. — Klatchiański jest bardzo poetyckim językiem.
— Przepraszam bardzo, sir — odezwał się porucznik Hornett.
— O co chodzi, człowieku?
— Tam… no… coś się dzieje…
Chmura kurzu uniosła się w oddali. Coś zbliżało się szybko.
— Chwileczkę — rzucił generał Ashal.
Wyszedł do swojego wierzchowca i wrócił z ozdobną metalową rurą pokrytą zakręconym klatchiańskim pismem. Jeden koniec przysunął do oka, a drugi skierował w stronę chmury.
— Jeźdźcy — oznajmił. — Wielbłądy i konie.
— To aparat Robiący Rzeczy Większymi, prawda? — spytał Rust. — Słowo daję, jesteście nowocześni. Został wynaleziony ledwie w zeszłym roku.
— Nie kupiłem go, panie. Odziedziczyłem po dziadku… — Generał znów spojrzał przez rurę. — Powiedziałbym, że około czterdziestu ludzi.
— Och, och… — mruknął książę Cadram. — Czyżby posiłki, lordzie?
— Mają… jeździec na czele trzyma… flagę, jak sądzę, wciąż jeszcze zwiniętą…
— Z pewnością nie, sire! — zapewnił Rust.
Stojący za nim lord Selachii tylko przewrócił oczami.
— Aha, teraz ją rozwija… To… to biała flaga, sire!
— Ktoś chciałby się poddać?
Generał opuścił swoją rurę.
— Nie wygląda… Ja nie… Wydaje się, że bardzo im się do tego spieszy, sire.
— Wyślij oddział, żeby ich zatrzymał — polecił książę.
— My także wyślemy — wtrącił pospiesznie Rust i skinął na Hornetta.
— No, no, wspólna operacja — uśmiechnął się Cadram.
Kilka sekund później dwie grupy oderwały się od obu armii i ruszyły kursem pościgowym.
Wszyscy dostrzegli błyski w zbliżającej się chmurze. Jeźdźcy dobyli broni.
— Walka pod flagą kapitulacji? — zdumiał się Rust. — To… niemoralne!
— Z pewnością to nowość — zgodził się książę.
Trzy grupy spotkałyby się zapewne, gdyby nie fakt, że nawet ekspertowi trudno ocenić, jaką odległość pokona biegnący wielbłąd. W chwili gdy obaj dowódcy zdali sobie sprawę, że powinni zacząć skręcać, powinni już skręcić.
— Wydaje się, że pańscy ludzie źle ocenili sytuację — zauważył lord Rust.
— Wiedziałem, że należało ich oddać pod dowództwo białych oficerów — westchnął książę. — Ale… Och, mam wrażenie, że pańscy ludzie też nie mieli szczęścia…
Urwał. Nastąpiło niejakie zamieszanie. Oba oddziały rozpoznania otrzymały swoje rozkazy, ale nikt im nie powiedział, co mają robić, jeśli wpadną na oddział rozpoznania przeciwnika. Złożony przecież z ludzi, z którymi mieli walczyć, a wszyscy wiedzieli, że to brudne szmaciane łby albo perfidni i zdradzieccy kiełbaskożerni szaleńcy. I znajdowali się na polu bitwy. W dodatku wszyscy byli trochę przestraszeni, a zatem bardzo spięci. I uzbrojeni.
Sam Vimes słyszał za sobą krzyki, ale w tym momencie miał inne sprawy na głowie. Nie da się jechać na wielbłądzie, nie koncentrując się przy tym na własnych nerkach i wątrobie, w nadziei że nie zostaną wytrzęsione z ciała. Był pewien, że nogi zwierzaka nie poruszają się właściwie. Nic, co biegnie na normalnych nogach, nie może przecież tak rzucać. Horyzont szarpał się w przód i w tył, w górę i w dół.
Jak to mówił Ahmed?
Vimes uderzył mocno kijem.
— Huthuthut! — wrzasnął.
Wielbłąd przyspieszył. Szarpnięcia zlały się w jedno, tak że ciało Vimesa nie było już potrząsane, ale znalazło się w stanie wstrząsu permanentnego.
Znowu uderzył zwierzaka i spróbował krzyknąć „Huthuthut!”, chociaż w efekcie uzyskał raczej „Hngngngn!”. W każdym razie wielbłąd znalazł gdzieś u siebie jeszcze dodatkowe kolana.
Z tyłu rozbrzmiewały kolejne okrzyki. Vimes odwrócił głowę, ile tylko się ośmielił, i zobaczył, jak kilku towarzyszących mu D’regów zostaje w tyle. Zdawało mu się, że słyszy wołanie Marchewy, ale nie był pewien, gdyż wszystko zagłuszał jego własny wrzask.
— Stój, ty draniu!!!
Pawilon zbliżał się szybko. Vimes znowu uderzył zwierzę kijem i szarpnął wodze.
Wyraźnie wyczuwając specjalnymi wielbłądzimi zmysłami, że nadeszła najbardziej krępująca chwila, by się zatrzymać, wielbłąd się zatrzymał. Vimes zjechał do przodu, objął go rękami za szyję, owiniętą chyba starymi słomiankami, po czym na wpół spadł, na wpół zeskoczył na piasek. Wokół hamowały z tupotem inne wielbłądy.
— Dobrze się pan czuje, sir? — Marchewa podtrzymał go za ramię. — To było zadziwiające! Naprawdę zaimponował pan D’regom, krzycząc tak wyzywająco! I wciąż poganiał pan wielbłąda do szybszego biegu, choć już pędził galopem!
— Gngn?
Strażnicy wokół namiotu wahali się zaskoczeni — ale to nie mogło trwać długo.
Wiatr strzelił białą flagą na lancy Marchewy.
— Sir, to na pewno w porządku, prawda? Bo biała flaga zwykle…
— Możemy przecież pokazać, o co walczymy, nie?
— Chyba tak, sir.
D’regowie otoczyli pawilon. Powietrze wypełniło się kurzem i okrzykami.
— Co się tam działo za nami?
— Drobna awantura, sir. Nasi… — Marchewa zająknął się i poprawił szybko: — To znaczy żołnierze Ankh-Morpork i Klatchianie zaczęli walczyć, sir. A D’regowie walczą z jednymi i drugimi.
— Jak to? Zanim oficjalnie rozpoczęto bitwę? Nie zdyskwalifikują ich za to?
Vimes znów przyjrzał się strażnikom, po czym wskazał sztandar.
— Wiecie, co oznacza ta flaga? — zapytał. — No więc chcę…