Bogowie, honor, Ankh-Morpork [Jingo - pl]
- Автор: Пратчетт Теренс Дэвид Джон
- Год: 2005
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 978-83-7469-032-4
- Переводчик: Piotr W. Cholewa
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Bogowie, honor, Ankh-Morpork [Jingo - pl]». Краткое содержание книги:
— Zważywszy, że… dotychczas… i tak dalej, i tak dalej… miasto Ankh-Morpork… kapituluje?!
— Co?! — zawołali chórem Rust i książę Cadram.
— Tak, kapituluje — potwierdził z satysfakcją Vetinari. — Kawałek papieru i po sprawie. Sądzę, że wszystko jest jak należy.
— Nie możesz… — zaczął Rust.
— Nie może pan… — powiedział książę.
— Bezwarunkowo? — zapytał ostro generał Ashal.
— Tak, sądzę, że tak — odparł Vetinari. — Rezygnujemy na korzyść Klatchu z wszelkich pretensji do Leshpu, wycofujemy wojska z Klatchu i naszych obywateli z wyspy, a co do reparacji… Powiedzmy, ćwierć miliona dolarów? Plus rozmaite korzystne ustalenia handlowe, klauzula najwyższego uprzywilejowania i tak dalej, i tym podobne. Wszystko tu jest. Proszę się nie krępować i przeczytać. Nie ma pośpiechu.
Ponad głową księcia wręczył dokument generałowi, który zaczął przerzucać strony.
— Przecież nie mamy… — zaczął Vimes.
A może jednak zginąłem, pomyślał. Może jestem już po drugiej stronie… Albo ktoś bardzo mocno uderzył mnie w głowę i to wszystko jest tylko jakimś mirażem…
— Sfałszowany! — oświadczył książę. — To jakaś sztuczka!
— Ależ sire, ten człowiek z całą pewnością wygląda na lorda Vetinariego, a tutaj mamy chyba oficjalną pieczęć Ankh-Morpork — stwierdził generał. — „Zważywszy… na mocy którego… nie naruszając… ratyfikacja w ciągu czterech dni… wzajemna wymiana…”. Tak, muszę przyznać, że wygląda to na prawdziwy traktat.
— Nie uznam go!
— Rozumiem, sire. Choć wydaje się, że obejmuje wszystkie kwestie, o których w swym zeszłotygodniowym przemówieniu…
— Ja go na pewno nie uznam! — krzyknął Rust. Pomachał palcem przed nosem Vetinariego. — Wypędzą cię za to z miasta!
Przecież nie mamy takich pieniędzy, powtórzył Vimes, tym razem do siebie. Jesteśmy bogatym miastem, ale nie mamy żadnej gotówki. Bogactwem Ankh-Morpork są jego mieszkańcy, jak się nam ciągle powtarza. A tego nie da się wyrwać nawet obcęgami.
Poczuł, że wiatr się zmienia.
Vetinari go obserwował.
W generale Ashalu było coś takiego… jakby zachłanność…
— Zgadzam się z Rustem — powiedział Vimes. — Dobre imię Ankh-Morpork zostaje rzucone w błoto.
Ku własnemu delikatnemu zdziwieniu, udało mu się powiedzieć to bez uśmiechu.
— Nic nie tracimy, sire — przekonywał generał Ashal. — Wycofają się z Klatchu i Leshpu…
— Prędzej mnie demony porwą! — wrzasnął Rust.
— Ma rację! Wszyscy mają się dowiedzieć, że nas pobili? — dodał Vimes. — Przechytrzyli?
Spojrzał na księcia, którego wzrok przesuwał się po obecnych, a od czasu do czasu patrzył w pustkę, jakby oglądał jakąś wewnętrzną wizję.
— Ćwierć miliona to za mało — powiedział w końcu.
Patrycjusz wzruszył ramionami.
— Możemy to przedyskutować.
— Wiele muszę zakupić.
— Obiektów o naturze ostrej i metalicznej, jak przypuszczam. Oczywiście, skoro mówimy raczej o towarach niż pieniądzach, otwiera się margines elastyczności…
I teraz jeszcze go uzbroimy, pomyślał Vimes.
— W ciągu tygodnia będziesz musiał uciekać z miasta! — darł się Rust.
Vimes miał wrażenie, że generał uśmiechnął się przelotnie. Ankh-Morpork bez Vetinariego… rządzone przez ludzi pokroju Rusta… Jego przyszłość rysowała się w jasnych barwach.
— Kapitulacja musi być jednak ratyfikowana i formalnie podpisana — rzekł Ashal.
— Czy mógłbym zasugerować, by stało się to w Ankh-Morpork? — wtrącił Patrycjusz.
— Nie. To oczywiście musi być terytorium neutralne — odparł generał.
— Ale gdzie między Klatchem i Ankh-Morpork coś takiego istnieje?
— Przypuszczam… że mógłby być Leshp.
— Znakomity pomysł — pochwalił Vetinari. — Sam bym na to nie wpadł.
— Ta wyspa i tak jest nasza! — warknął książę.
— Będzie, sire. Będzie — uspokoił go generał. — Obejmiemy ją w posiadanie całkowicie legalnie. Na oczach świata.
— I to wszystko? Co z moim aresztowanym? — zirytował się Vimes. — Nie mam zamiaru…
— To są sprawy wagi państwowej — powiedział Vetinari. — Należy uwzględnić kwestie… dyplomatyczne. Obawiam się, że uporządkowanie stosunków międzynarodowych nie może być uzależnione od pańskich opinii na temat czynów jednego człowieka.
Kolejny raz Vimes miał uczucie, że słowa, które słyszy, nie są tymi, które zostały wypowiedziane.
— Nie będę… — zaczął.
— Chodzi o większe sprawy.
— Ale…
— Mimo to spisał się pan znakomicie.
— Są wielkie zbrodnie i drobne przestępstwa, o to chodzi?
— Dlaczego nie skorzysta pan z zasłużonego wypoczynku, sir Samuelu? — Vetinari wykrzywił usta w swoim szybkim jak błyskawica uśmiechu. — Jest pan… człowiekiem czynu. Pańska domena to miecze, pościgi i fakty. Teraz, niestety, nadszedł czas dla tych, których domeną są słowa, nieufność i opinie. Dla pana wojna się skończyła. Proszę korzystać ze słońca. Wierzę, że wkrótce ruszymy do domu. Chciałbym, żeby pan został, lordzie Rust…
Vimes zrozumiał, że został odsunięty. Odwrócił się na pięcie i wyszedł z namiotu.
Ahmed podążył za nim.
— To był pański władca, tak?
— Nie! To tylko człowiek, który płaci mi pensję!
— Czasami trudno dostrzec różnicę — powiedział Ahmed ze współczuciem.
Vimes usiadł na piasku. Nie był pewien, w jaki sposób udawało mu się do tej chwili utrzymać na nogach. Pojawiła się teraz jakaś przyszłość. Nie miał pojęcia, jaka będzie — ale była. A nie istniała jeszcze pięć minut temu. Teraz miał ochotę mówić. Nie musiał wtedy myśleć o apelu poległych De-terminarza. Brzmiał przecież tak… precyzyjnie…
— Co się z panem stanie? — zapytał, by wypchnąć tę myśl z głowy. — To znaczy, kiedy to wszystko już się skończy. Pański szef nie będzie zadowolony.
— Och, pochłonie mnie pustynia.
— Pośle za panem ludzi. Wygląda na takiego.
— Pochłonie ich pustynia.
— Bez przeżuwania?
— Może mi pan wierzyć.
— Nie powinno tak być! — zawołał Vimes w kierunku nieba. — Wie pan, czasem mi się śni, że możemy karać za wielkie zbrodnie, możemy ustanawiać prawa dla państw, nie tylko dla zwykłych ludzi, a tacy jak on wtedy…
Ahmed postawił go na nogach i klepnął w ramię.
— Wiem, jak to jest — powiedział. — Ja także śnię.
— Tak?
— Tak. Zwykle o rybach.
Usłyszeli ryk tłumu.
— Ktoś popełnił przekonujący faul, sądząc po reakcji — mruknął Vimes.
Brnąc w piasku, weszli na szczyt wydmy i patrzyli. Ktoś wyrwał się z chaosu; bijąc i kopiąc, biegł zygzakiem w stronę bramki Klatchu.
— Czy ten człowiek jest pańskim kamerdynerem? — spytał Ahmed.
— Tak.
— Któryś z żołnierzy mówił, że odgryzł człowiekowi nos.
Vimes wzruszył ramionami.
— Patrzy na mnie bardzo znacząco, jeśli zapomnę użyć szczypczyków do cukru. To wiem na pewno.
Postać w bieli przeszła z godnością przez prawdziwy wir grających. Dmuchała w gwizdek.
— A ten człowiek, jak sądzę, jest pańskim królem.
— Nie.
— Naprawdę? To ja jestem królową Punjitrum z Sumtri.
— Marchewa jest gliną, tak jak ja.
— Ktoś taki może poprowadzić garstkę załamanych ludzi do podboju państwa.