Bogowie, honor, Ankh-Morpork [Jingo - pl]
- Автор: Пратчетт Теренс Дэвид Джон
- Год: 2005
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 978-83-7469-032-4
- Переводчик: Piotr W. Cholewa
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Bogowie, honor, Ankh-Morpork [Jingo - pl]». Краткое содержание книги:
Trudno mieć pretensje do żołnierzy. Zaciągnęli się, żeby ktoś im pokazywał właściwy kierunek.
Coś stuknęło o leżącą kolumnę. Vimes spojrzał i wyjął z kieszeni swoją pałkę. Błysnęła w świetle księżyca.
I co mu przyjdzie z czegoś takiego? Oznaczała tylko tyle, że Vimes ma prawo ścigać drobnych przestępców popełniających drobne wykroczenia. Nic nie mógł poradzić przeciwko zbrodniom tak ogromnym, że nie dało się ich nawet zobaczyć. Człowiek żył wewnątrz nich. Czyli… bezpieczniej już trzymać się drobnych przestępców, Samie Vimes.
— DOBRA, SYNKOWIE! WEPCHNIJMY ICH W GIOGRAFIĘ!
Jakieś postacie przeskakiwały nad resztkami kolumn.
Coś zachrzęściło metalicznie — to Ahmed dobył miecza.
Vimes zobaczył zbliżającą się ku niemu halabardę — ankhmorporską halabardę! — i sterowanie ciałem przejęły reakcje uliczne. Nie tracił czasu, by zakpić z kogoś, kto używa takiego sprzętu na pieszego przeciwnika. Uchylił się przed ostrzem, chwycił za drzewce i pociągnął tak mocno, że właściciel halabardy potknął się i trafił prosto na sunący do góry but.
Potem Vimes odskoczył. Usiłował wyplątać swój miecz z fałd obcej szaty. Uchylił się przed wściekłym cięciem kolejnej mrocznej postaci i zdołał trafić łokciem w coś bolesnego.
Prostując się, spojrzał w twarz człowieka ze wzniesionym mieczem…
…usłyszał jedwabisty szelest…
…i człowiek upadł na plecy; jego głowa wyglądała na zaskoczoną, gdy odtoczyła się od ciała.
Vimes zdarł nakrycie z głowy.
— Jestem z Ankh-Morpork, durni kretyni!
Potężna sylwetka wyrosła nagle przed nim, z mieczami w obu rękach.
— UTNĘ CI TEGO TWOJEGO STUKACZA, BRUDNY… Och, to pan, sir Samuelu?
— Co? Willikins?
— W samej rzeczy, sir. — Kamerdyner wyprostował się.
— Willikins?
— Proszę wybaczyć na moment, sir PRZESTAĆ NATYCHMIAST, MATKOLUBNE SUKINSYNY nie zdawałem sobie sprawy z pańskiej obecności tutaj, sir.
— Ten tutaj się broni, sierżancie!
Ahmed stał oparty plecami o kolumnę. Jakiś człowiek leżał już u jego stóp. Trzej inni usiłowali się zbliżyć, jednocześnie unikając tej połyskującej bariery stali, jaką tworzył miecz.
— Ahmed! Oni są po naszej stronie! — huknął Vimes.
— Och, doprawdy? Bardzo przepraszam!
Ahmed opuścił miecz i wyjął z ust cygarniczkę. Skinął głową jednemu z atakujących go żołnierzy.
— Dzień dobry.
— Zara, też żeś z naszych?
— Nie, jestem…
— Jest ze mną — rzucił Vimes. — Skąd się tu wziąłeś, Willikins? Sierżant Willikins, jak widzę.
— Byliśmy na patrolu, sir, i zostaliśmy zaatakowani przez oddział klatchiańskich dżentelmenów. Wskutek wynikłych nieprzyjemności…
— Powinien pan go zobaczyć, sir. Normalnie odgryzł jednemu skurwielowi nos… — wtrącił żołnierz.
— Prawdą jest, iż starałem się podtrzymać dobrą sławę Ankh-Morpork, sir. W każdym razie kiedy…
— A jeden gościu, sierżant, dźgnął go w samo…
— Bardzo proszę, szeregowy Bourke. Usiłuję poinformować sir Samuela o przebiegu wydarzeń — powiedział Willikins.
— Sierżant powinien dostać medal, sir!
— Ci nieliczni z nas, którzy przeżyli, próbowali wrócić do swoich, sir. Musieliśmy jednak ukrywać się przed innymi patrolami; rozważaliśmy właśnie przeczekanie do świtu w tej skalnej formacji, kiedy wyśledziliśmy pana oraz tego tu dżentelmena.
Ahmed patrzył na niego z rozdziawionymi ustami.
— Ilu ludzi liczył sobie ten klatchiański patrol, sierżancie? — zapytał.
— Dziewiętnastu, sir.
— Bardzo dokładny wynik, jak na tak słabe światło.
— Udało mi się policzyć ich potem.
— To znaczy, że wszyscy zginęli?
— Tak, sir — potwierdził spokojnie Willikins. — Jednakże i my straciliśmy pięciu ludzi. Nie licząc szeregowych Hobbleya i Webba, sir, którzy niestety odeszli w rezultacie obecnego pechowego nieporozumienia. Za pańskim pozwoleniem, sir, zaraz ich stąd usunę.
— Biedaczyska… — mruknął Vimes, świadom, że to nie wystarczy, ale nie wystarczy też nic innego.
— Wojenne szczęście, sir. Szeregowy Hobbley, Ginger dla przyjaciół, miał dziewiętnaście lat i mieszkał przy ulicy Storczyków, gdzie do niedawna robił sznurowadła. — Willikins chwycił zabitego za ramiona i pociągnął. — Zalecał się do młodej damy imieniem Grace, której wizerunek uprzejmie zechciał mi pokazać zeszłej nocy. W służbie lady Venturi, jak zrozumiałem. Gdyby zechciał mi pan podać jego głowę, sir, dopilnuję reszty SMUDGER KTO CI POZWOLIŁ SIADAĆ WSTAWAJ ALE JUŻ WYCIĄGAJ ŁOPATĘ ZDEJMIJ HEŁM OKAŻ TROCHĘ SZACUNKU I BIERZ SIĘ DO KOPANIA!
Obłok dymu przepłynął koło ucha Vimesa.
— Wiem, co pan myśli — powiedział Ahmed. — Ale to jest wojna, sir Samuelu. Proszę się obudzić i powąchać krwi.
— Ale… przed chwilą jeszcze żyli…
— Ten pański przyjaciel wie, jak to działa. Pan nie.
— Jest kamerdynerem!
— I co? Na wojnie zabijasz albo giniesz. To obowiązuje również kamerdynerów. Nie jest pan urodzonym wojownikiem, sir Samuelu.
Vimes potrząsnął mu pałką przed nosem.
— Nie jestem urodzonym mordercą! Widzi pan, co tu jest napisane? Powinienem utrzymywać pokój i tyle! Jeśli w tym celu zabijam ludzi, to chyba czytałem niewłaściwą instrukcję!
Willikins pojawił się cicho i chwycił drugiego trupa.
— Nie było mi dane wiele się dowiedzieć o tym młodym człowieku — powiedział, wciągając go za skałę. — Nazywaliśmy go Pająkiem, sir. — Wyprostował się. — Grał na harmonijce, dość marnie, i tęsknił za domem. Czy napije się pan herbaty, sir? Szeregowy Smith zaraz przygotuje. Ehm…
Kamerdyner odchrząknął delikatnie.
— Słucham, Willikins?
— Waham się przed poruszaniem tego tematu, sir…
— Porusz, człowieku!
— Czy ma pan przy sobie coś takiego jak herbatnik, sir? Nie chciałbym podawać herbaty bez ciasteczek, ale nie jedliśmy nic od dwóch dni.
— Przecież byliście na patrolu!
— Zwiad w poszukiwaniu żywności, sir. — Willikins był wyraźnie zakłopotany.
Vimes nie wierzył własnym uszom.
— Chcesz powiedzieć, że Rust nie czekał nawet, żeby zabrać żywność?
— Ależ tak, sir. Okazało się wszakże…
— Wiedzieliśmy, że coś jest nie tak, kiedy zaczęły wybuchać beczki z baraniną — mruknął szeregowy Bourke. — A suchary też były dość ruchliwe. Wyszło na to, że przeklęty Rust kupił takie rzeczy, co by ich nawet szmaciany łeb nie zeżarł…
— A my przecież jemy wszystko — dodał z powagą 71-godzinny Ahmed.
— SZEREGOWY BURKE JAK WAM NIE WSTYD GADAĆ TAKIE RZECZY O PRZEŁOŻONYCH MOŻECIE ZA TO STANĄĆ PRZED SĄDEM najmocniej przepraszam, sir, ale czujemy się nieco osłabieni.
— Za długie przerwy między nosami, co? — rzucił 71-godzinny Ahmed.
— Ahahaha, sir — odparł Willikins.
Vimes westchnął.
— Willikins, kiedy skończycie, ty i twoi ludzie pójdziecie ze mną.
— Bardzo dobrze, sir.
— I pan też — rzekł do Ahmeda. — Właśnie przyszło co do czego.