Bogowie, honor, Ankh-Morpork [Jingo - pl]
- Автор: Пратчетт Теренс Дэвид Джон
- Год: 2005
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 978-83-7469-032-4
- Переводчик: Piotr W. Cholewa
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Bogowie, honor, Ankh-Morpork [Jingo - pl]». Краткое содержание книги:
Gorący wiatr szarpał proporce. Słońce połyskiwało na grotach włóczni. Lord Rust popatrzył na swoją armię i stwierdził, że jest dobra. Ale mała.
Pochylił się do adiutanta.
— Nie zapominajmy jednak, że nawet generał Tacticus, kiedy zdobywał przełęcz Al-Ibi, walczył przeciwko dziesięciokrotnie większym siłom wroga.
— Rzeczywiście, sir. Chociaż, o ile pamiętam, jego ludzie dosiadali słoni, sir — odparł porucznik Hornett. — I byli dobrze zaopatrzeni — dodał znacząco.
— Możliwe, możliwe. Za to kawaleria lorda Pinwoe ruszyła kiedyś do szarży na całą potęgę armii pseudopolitańskiej, za co została upamiętniona w pieśniach i legendach.
— Wszyscy zginęli, sir!
— Owszem, zgadza się, ale i tak była to słynna szarża. Oczywiście każde dziecko zna również opowieść o zaledwie stu Efebianach, którzy pokonali całą armię Tsortu. Całkowite zwycięstwo, prawda? Prawda?
— Tak, sir — przyznał ponuro adiutant.
— Aha, czyli zgadza się pan?
— Tak jest, sir. Oczywiście niektórzy kronikarze uważają, że pomogło im trzęsienie ziemi.
— Musi pan w każdym razie przyznać, że siedmiu bohaterów z Hergenu pobiło lud Wielkostopych, choć tamci mieli przewagę stu do jednego.
— Tak, sir. To bajka dla dzieci, sir. Nic takiego naprawdę się nie wydarzyło.
— Chcesz powiedzieć, że moja niania kłamała, chłopcze?
— Nie, sir — zapewnił pospiesznie porucznik Hornett.
— A zatem zgodzisz się także z tym, że baron Mimbledrone samotnie pokonał wojska Krainy Puddingu Śliwkowego i zjadł tamtejsze sułtanki?
— Zazdroszczę mu, sir.
Porucznik raz jeszcze zbadał wzrokiem szeregi. Żołnierze byli bardzo głodni, choć Rust pewnie nazwałby ich drapieżnymi. Byłoby zresztą o wiele gorzej, gdyby nie szczęśliwy przypadek, który w drodze zesłał im deszcz gotowanych homarów.
— Czy nie wydaje się panu, sir, skoro mamy trochę czasu, że warto dopilnować pozycji naszych sił?
— Wydają mi się w świetnej dyspozycji, poruczniku. Mężni ludzie, nie mogą się doczekać bitwy.
— Tak, sir. Ale chodziło mi… raczej… o ich rozstawienie, sir.
— Nie ma co poprawiać, człowieku. Równiutkie szeregi. Mur stali, gotów do pchnięcia w czarne serce klatchiańskiego agresora!
— Tak, sir. Ale… choć zdaję sobie sprawę, jak nikła to szansa… może się zdarzyć, że podczas owego pchnięcia w serce klatchiańskiego agresora…
— Czarne serce — poprawił go Rust.
— …czarne serce klatchiańskiego agresora, sir, ramiona klatchiańskiego agresora, te oddziały tam i tam, sir, ruszą ze skrzydeł i wezmą nas w klasyczne kleszcze.
— Napierający mur stali znakomicie się sprawdził w drugiej wojnie z Quirmem!
— Przegraliśmy ją, sir.
— Minimalnie!
— Ale jednak przegraliśmy, sir.
— Co pan robił w cywilu, poruczniku?
— Byłem mierniczym, sir, i umiem czytać po klatchiańsku. Dlatego mianował mnie pan oficerem.
— Czyli nie potrafi pan walczyć?
— Tylko liczyć, sir.
— Ba! Okaż nieco odwagi, młody człowieku! Chociaż obstawiam, że nie będzie ci potrzebna. Taki Rysiu Klatchysiu nie ma serca do walki. Kiedy tylko pokosztuje naszej zimnej stali, umknie natychmiast.
— Pilnie słucham pańskich opinii, sir — zapewnił adiutant, który ocenił szyki Klatchian i uformował własną opinię na ich temat.
Ta opinia brzmiała: główne siły wojsk klatchiańskich w ostatnich latach walczyły praktycznie ze wszystkimi. Co w niewyrafinowanym umyśle porucznika prowadziło do wniosku, że żołnierze, którzy przeżyli do dzisiaj, to tacy, którzy przywykli do zachowywania życia podczas bitew. Mieli także bardzo wiele doświadczenia w walkach z różnymi przeciwnikami. Ci głupi wyginęli.
Za to obecna armia Ankh-Morpork nigdy jeszcze nie stawała wobec jakiegokolwiek nieprzyjaciela, choć codzienne doświadczenie życia w mieście też może się liczyć, zwłaszcza w gorszych dzielnicach. Porucznik wierzył także, za generałem Tacticusem, że odwaga, męstwo i niepokonany duch to wspaniałe zalety, jednak ustępują przed kombinacją odwagi, męstwa i niepokonanego ducha, połączonych, co ważne, z sześciokrotną przewagą liczebną.
W Ankh-Morpork wszystko wydawało się całkiem proste, myślał. Mieliśmy popłynąć do Klatchu i na herbatę dotrzeć do Al-Khali, by popijać sorbet z uległymi kobietami w Rhoxi. Klatchianie mieli tylko spojrzeć na nasze miecze i rzucić się do ucieczki.
No więc Klatchianie dobrze się im przyjrzeli dziś rano. Jak dotąd nie umknęli. Zdawało się za to, że często parskają z rozbawieniem.
Vimes przewrócił oczami. To działało… Ale jak działało?
Słyszał już wielu doskonałych mówców, lecz kapitan Marchewa do nich nie należał. Zacinał się, powtarzał, gubił wątek i ogólnie mówił bardzo chaotycznie.
A jednak…
A jednak…
Widział zapatrzone w Marchewę twarze. Byli tam D’regowie, kilku Klatchian, którzy postanowili zostać, i Willikins ze swoim przetrzebionym oddziałem. Wszyscy słuchali.
To było jak magia. Mówił im, że są porządnymi gośćmi, a oni wiedzieli, że nie są, ale mówił tak, że przez chwilę mu wierzyli. Tłumaczył, że są wartościowi i szlachetni, i nagle stawało się rzeczą nie do pomyślenia, by go zawiedli. To było jak zwierciadło mowy, odbijające wszystko, co człowiek chciałby usłyszeć. I Marchewa mówił szczerze.
Jednakże ludzie od czasu do czasu oglądali się na Vimesa i Ahmeda. Widział, że myślą, każdy po swojemu: „Jeśli oni w to wchodzą, na pewno wszystko jest w porządku”. Na tym właśnie, co uświadomił sobie z pewnym zażenowaniem, polega przewaga wojska. Ludzie zwracają się do innych ludzi po rozkazy.
— To jakaś sztuczka? — spytał Ahmed.
— Nie. On nie zna żadnych takich sztuczek — odpowiedziała mu Angua. — Naprawdę nie zna. Ojoj…
W szeregach wybuchła bójka.
Marchewa podszedł, schylił się i postawił na nogi szeregowego Bourke oraz D’rega. Obu trzymał swymi wielkimi pięściami za kołnierze.
— Co się dzieje z wami dwoma?
— Nazwał mnie bratem wieprza, sir!
— Kłamca! To ty mnie nazwałeś brudnym szmatogłowym!
Marchewa pokręcił głową.
— A tak dobrze wam obu szło — powiedział ze smutkiem. — Naprawdę musieliście tak się zachować? Teraz bardzo proszę, Hashelu, i ciebie też, Vincent, żebyście podali sobie ręce. Jasne? I przeprosili się nawzajem. Wszyscy mamy za sobą ciężkie chwile, ale wiem, że w głębi serca jesteście porządnymi chłopakami…
Vimes usłyszał szept Ahmeda:
— No to teraz już koniec…
— …więc jeśli podacie sobie ręce, nie będziemy już do tego wracać.
Vimes zerknął na Ahmeda. D’reg miał na twarzy dziwnie stężały uśmiech.
Dwaj walczący bardzo ostrożnie dotknęli się dłońmi, jakby w obawie, że przeskoczy między nimi iskra.
— A teraz, Vincent, przeproś pana Hashela…
Nastąpiło bardzo niechętne:
— …raszam.
— A za co przepraszasz? — zachęcił Marchewa.
— Przepraszam, że nazwałem go brudnym szmatogłowym.
— Bardzo dobrze. A teraz ty, Hashel, przeprosisz szeregowego Bourke.
D’reg przewracał oczami, jakby szukały drogi ucieczki, która pozwoliłaby wymknąć się również reszcie ciała. Wreszcie zrezygnował.
— …aszam…
— Za co?
— …że nazwałem go bratem wieprza…
Marchewa postawił obu na ziemi.
— Świetnie. Jestem pewien, że się zaprzyjaźnicie, jak tylko się lepiej poznacie…