Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Bogowie, honor, Ankh-Morpork [Jingo - pl]
Bogowie, honor, Ankh-Morpork [Jingo - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Bogowie, honor, Ankh-Morpork [Jingo - pl]

Электронная книга - «Bogowie, honor, Ankh-Morpork [Jingo - pl]». Краткое содержание книги:

Coś nowego pojawiło się między starożytnymi miastami Ankh-Morpork i Al-Khali. Dosłownie. To wyspa, wynurzająca się z dna Okrągłego Morza Dysku. Ponieważ jest niezamieszkana i oba miasta roszczą sobie do niej prawa, komendant Vimes ze swymi wiernymi strażnikami staje wobec zbrodni tak wielkiej, że żadne prawa jej nie obejmują.
1 ... 68 69 70 71 72 73 74 75 76 ... 87
Перейти на страницу:

— Nie, rzeczywiście nie, prawda? — powiedział. — Ale niech pan będzie sprawiedliwy, sir Samuelu. Klatchianie też mają prawo być fałszywymi draniami. To fakt, ambasador jest tylko napuszonym idiotą. Ankh-Morpork nie ma na nich monopolu. Jednak jego zastępca jako pierwszy czyta pocztę. To… młody człowiek, bardzo ambitny…

Vimes rozluźnił uścisk.

— On? Jak tylko go zobaczyłem, wydał mi się przebiegłym typem.

— Podejrzewam, że gdy tylko pan go zobaczył, wydał się panu Klatchianinem, ale rozumiem, co pan ma na myśli.

— I potrafi pan odczytać ten szyfr, prawda?

— Sir Samuelu, a czy pan nie czyta odwróconych dołem do góry dokumentów Vetinariego, kiedy stoi pan przy jego biurku? Poza tym jestem przecież policjantem księcia Cadrama…

— Więc on jest pańskim szefem, tak?

— A kto jest pańskim szefem, sir Samuelu? Jak już przyjdzie co do czego?

Obaj stali nieruchomi w zwarciu. Ahmed rzęził lekko.

Vimes odstąpił.

— Te listy… Ma je pan?

— Oczywiście. — Ahmed roztarł szyję. — Z jego pieczęcią.

— Wielkie nieba!? Oryginały? Wydawałoby się, że będą zamknięte pod kluczem.

— Były. W ambasadzie. Ale gdy wybuchł pożar, potrzebowali wielu rąk, by przenosić te dokumenty w bezpieczne miejsce. To bardzo… użyteczny pożar.

— Wyrok śmierci na własnego brata… Trudno z czymś takim dyskutować w sądzie…

— Jakim sądzie? Król jest prawem. — Ahmed usiadł. — Nie jesteśmy tacy jak wy. Wy zabijacie królów.

— Właściwy termin to „egzekucja”. I zrobiliśmy to tylko raz, dawno temu. Ale czy po to mnie pan tu sprowadził? Po to całe przedstawienie? Mógł pan przyjść do mnie w Ankh-Morpork!

— Jest pan człowiekiem podejrzliwym, komendancie. Uwierzyłby mi pan? Poza tym musiałem wydostać księcia Khufuraha, zanim, jak by to… „umrze z odniesionych ran”.

— Gdzie jest teraz książę?

— Blisko. I bezpieczny. Mogę pana zapewnić, że bezpieczniejszy jest na pustyni, niż byłby gdziekolwiek w Ankh-Morpork.

— I zdrowy?

— Wraca do siebie. Opiekuje się nim pewna starsza dama, której ufam.

— Pańska matka?

— Bogowie, skądże! Moja matka jest D’regiem! Byłaby głęboko urażona, gdybym jej zaufał. Uznałaby, że źle mnie wychowała.

Tym razem wyraźnie zobaczył minę Vimesa.

— Uważa mnie pan za wykształconego barbarzyńcę?

— Powiedzmy, że ja dałbym Śnieżnemu Stockowi jakieś fory.

— Doprawdy? Proszę się rozejrzeć, sir Samuelu. Pański… teren to miasto, które w pół godziny może pan przejść pieszo. Mój to dwa miliony mil kwadratowych pustyni i gór. Moi towarzysze to miecz i wielbłąd, a zapewniam, że żaden z nich nie zyskał biegłości w sztuce konwersacji. Pewnie, miasta i miasteczka mają swoich strażników, swego rodzaju. To nie są wyrafinowani myśliciele. Ale moim zadaniem jest wyruszać na pustkowia, by ścigać bandytów i morderców, pięćset mil od kogokolwiek, kto stanąłby po mojej stronie. Dlatego muszę budzić strach, muszę zadawać pierwszy cios, bo nie będę już miał okazji, by zadać drugi. Myślę, że jestem człowiekiem w pewnym sensie uczciwym: umiem przeżyć. Przeżyłem siedem lat w ekskluzywnej szkole w Ankh-Morpork, traktowany protekcjonalnie przez synów dżentelmenów. W porównaniu z tym życie wśród D’regów nie jest dla mnie straszne, zapewniam. Wymierzam sprawiedliwość szybko i bez wielkich kosztów.

— Słyszałem, skąd się wzięło pańskie imię…

Ahmed wzruszył ramionami.

— Tamten człowiek zatruł wodę. Jedyną studnię w promieniu dwudziestu mil. Umarło pięciu mężczyzn, siedem kobiet, trzynaścioro dzieci i trzydzieści jeden wielbłądów. A muszę zaznaczyć, że były wśród nich bardzo cenne wielbłądy. Miałem zeznanie człowieka, który sprzedał mu truciznę, i wiarygodnego świadka, który tej brzemiennej w skutki nocy widział go przy studni. Kiedy uzyskałem jeszcze zeznanie jego służącego, po co miałem czekać choćby godzinę?

— Czasami mamy też procesy — zauważył z naciskiem Vimes.

— Tak. Wasz lord Vetinari decyduje. Ale pięćset mil od czegokolwiek, prawo to ja. — Ahmed machnął ręką. — Bez wątpienia człowiek ów powoływałby się na okoliczności łagodzące, tłumaczył, że miał ciężkie dzieciństwo albo że cierpi na psychozę natręctw zatruwania studni. Ale ja też mam natręctwo ścinania głów tchórzliwym mordercom.

Vimes skapitulował. Ten człowiek miał trochę racji. I cały miecz.

— Różne metody dla różnych ludzi — stwierdził.

— Osobiście zauważyłem, że cięcie na wysokości ramion skutkuje praktycznie zawsze. Proszę się tak nie krzywić, to był żart. Wiedziałem, że książę planuje tę intrygę, i uznałem, że to nie jest w porządku. Gdyby zabił jakiegoś ankhmorporskiego lorda, to byłaby zwykła polityka. Ale coś takiego… Pomyślałem sobie: dlaczego ścigam złych ludzi po górach, skoro sam biorę udział w wielkiej zbrodni? Książę chce zjednoczyć cały Klatch. Wie pan, osobiście lubię te małe plemiona i kraiki, a nawet ich małe wojenki. Chociaż nie przeszkadzałoby mi, gdyby walczyły z Ankh-Morpork, bo mają ochotę albo z powodu waszych potwornych osobistych nawyków, albo waszej bezmyślnej arogancji… Jest mnóstwo powodów, żeby walczyć z Ankh-Morpork. Kłamstwo do nich nie należy.

— Rozumiem, o co chodzi — zgodził się Vimes.

— Ale co mogę zrobić sam? Aresztować swojego księcia? Jestem jego policjantem, tak jak pan jest Vetinariego.

— Nie. Jestem przedstawicielem prawa.

— Wiem tylko, że musi być jakiś policjant dla każdego, nawet dla królów.

Vimes w zadumie spoglądał na zalaną księżycowym blaskiem pustynię. Gdzieś stały wojska Ankh-Morpork, ile ich tam było. A gdzie indziej czekała armia Klatchu. I tysiące ludzi, którzy mogliby się nawet polubić, gdyby spotkali się towarzysko, teraz ruszą przeciwko sobie i zaczną zabijać. A po tym pierwszym ataku będą mieli dość usprawiedliwień, by robić to znowu i znowu…

Pamiętał, jeszcze w dzieciństwie słuchał, jak opowiadają o wojnie staruszkowie z jego ulicy. Za jego czasów wojny zdarzały się rzadko. Miasta-państwa z Równin Sto próbowały raczej doprowadzić się wzajemnie do bankructwa albo też Gildia Skrytobójców rozstrzygała spory na zasadzie „jeden na jednego”. Przez większość czasu ludzie zwyczajnie się sprzeczali, a choć to bardzo irytujące, to przecież o wiele lepsze, niż mieć przebitą mieczem wątrobę.

To, co najlepiej zapamiętał, obok opisów kałuż wypełnionych krwią i latających w powietrzu kończyn, były słowa jednego ze starców: „A kiedy poczujesz, że noga ci w czymś ugrzęzła, lepiej nie sprawdzać, co to takiego, jeśli chcesz zatrzymać kolację”. Nigdy nie wytłumaczył, o co mu chodziło; inni staruszkowie chyba wiedzieli. Zresztą i tak nic nie mogło być gorsze od tych wyjaśnień, jakie Vimes sam sobie wymyślał. Dobrze pamiętał tych trzech starców; prawie cały dzień siedzieli w słońcu na ławeczce. Mieli do spółki pięć rąk, pięć oczu, cztery i pół nogi oraz dwie i trzy czwarte twarzy. A także siedemnaście uszu (Zwariowany Winston często wynosił swoją kolekcję, by pokazać ją grzecznemu chłopcu, który wyglądał na odpowiednio wystraszonego).

— On chciał doprowadzić do wojny…

Vimes musiał powiedzieć to głośno, inaczej nie potrafiłby umysłem ogarnąć tak obłąkanej idei. Człowiek, którego wszyscy uważali za uczciwego, szlachetnego i dobrego, chciał doprowadzić do wojny…

— Ależ oczywiście — potwierdził Ahmed. — Nic tak nie jednoczy ludzi jak porządna wojna.

Jak postępować z człowiekiem, który myśli w taki sposób? — pytał sam siebie Vimes. Ze zwykłym mordercą, oczywiście, ma się pełen zakres możliwości. Ze zwykłym mordercą by sobie poradził. Istnieją kryminaliści i istnieją policjanci, a jedni i drudzy działają jakby na huśtawce, która jakoś dziwnie się równoważy. Ale kiedy widzi się człowieka, który pewnego dnia usiadł i postanowił rozpocząć wojnę, to czym — w imię siedmiu kręgów piekła — można go zrównoważyć? Potrzebny byłby policjant wielkości kraju.

1 ... 68 69 70 71 72 73 74 75 76 ... 87
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)