Bogowie, honor, Ankh-Morpork [Jingo - pl]
- Автор: Пратчетт Теренс Дэвид Джон
- Год: 2005
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 978-83-7469-032-4
- Переводчик: Piotr W. Cholewa
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Bogowie, honor, Ankh-Morpork [Jingo - pl]». Краткое содержание книги:
— Świetnie. Byle po służbie.
— I on także przyjmuje od pana rozkazy? Jest pan niezwykłym człowiekiem, sir Samuelu. Ale nie wydaje mi się, żeby zabił pan księcia.
— Nie. Ale pan by mnie zabił, gdybym to zrobił.
— O tak. Jawne morderstwo, przy świadkach… Jestem w końcu gliną.
Dotarli do wielbłądów. Jeden z nich popatrzył, jak Ahmed szykuje się do drogi, zrezygnował z oplucia go i splunął za to w Vimesa. Bardzo precyzyjnie.
Ahmed spojrzał na piłkarzy.
— W Klatchistanie nomadzi uprawiają bardzo podobną grę — powiedział. — Ale konno. Celem jest przeniesienie obiektu wokół bramki.
— Obiektu?
— Chyba najlepiej myśleć o tym po prostu jak o obiekcie, sir Samuelu. A teraz, jak sądzę, ruszę w tamtym kierunku. W górach są złodzieje. I czyste powietrze. Jak pan wie, zawsze jest dość pracy dla policjantów.
— Myślał pan kiedyś o powrocie do Ankh-Morpork?
— Chciałby mnie pan tam zobaczyć, sir Samuelu?
— To otwarte miasto. Ale proszę pamiętać, żeby po przyjeździe odwiedzić Pseudopolis Yard.
— Ach, żebyśmy powspominali stare czasy…
— Nie. Żeby zdał pan do depozytu miecz. Dostanie pan pokwitowanie i może pan go odebrać przed wyjazdem.
— Trudno mnie będzie przekonać, sir Samuelu.
— Och, myślę, że poproszę tylko raz.
Ahmed roześmiał się, skinął Vimesowi głową i odjechał.
Przez kilka minut był ciemnym kształtem u podstawy kolumny kurzu, potem ruchomą kropką w drgającym od upału powietrzu… a potem pochłonęła go pustynia.
Dzień mijał. Do pawilonu wzywano rozmaitych klatchiańskich urzędników oraz niektórych przedstawicieli Ankh-Morpork. Kilka razy Vimes przeszedł w pobliżu i słyszał podniesione głosy.
Tymczasem armie się okopywały. Ktoś postawił zaimprowizowany drogowskaz ze strzałkami wskazującymi domy żołnierzy. Ponieważ wszystkie znajdowały się w Ankh-Morpork, strzałki wskazywały ten sam kierunek.
Większą część straży znalazł w osłoniętym przed wiatrem zakątku, gdzie pomarszczona klatchiańska kobieta szykowała na małym ognisku dość skomplikowane danie. Wszyscy wyglądali na całkiem żywych, ze zwykłym drobnym znakiem zapytania w przypadku Rega Shoe.
— Gdzie bywaliście, sierżancie Colon? — zapytał Vimes.
— Zostałem zaprzysiężony do zachowania tajemnicy, sir. Przez jego lordowską mość.
— Dobrze. — Vimes nie nalegał. Wyciśnięcie informacji od Colona przypominało wyciskanie wody z gąbki. Mogło poczekać. — A Nobby?
— Jestem, sir! — Pomarszczona kobieta zasalutowała, aż brzęknęły bransolety.
— To ty?
— Tajest, sir! Wykonuję brudną robotę, jaka jest rolą życiową kobiety, mimo faktu, że obecni są tu młodsi ode mnie stażem strażnicy, sir!
— Nie przesadzaj, Nobby — wtrącił Colon. — Cudo nie umie gotować, nie możemy pozwolić Regowi, bo różne kawałki wpadają mu do garnka, a Angua…
— …nie zajmuje się kuchnią — dokończyła Angua.
Leżała z zamkniętymi oczami, oparta o skałę. Tą skałą był Detrytus.
— Zresztą sam się zająłeś gotowaniem, jakbyś się spodziewał, że będziesz musiał — podsumował Colon.
— Kebabu, sir? — zaproponował Nobby. — Mamy dużo.
— Widzę, że zdobyłeś gdzieś sporo żywności — zauważył Vimes.
— Klatchiański kwatermistrz. — Nobby uśmiechnął się pod welonem. — Użyłem na nim swojego seksualnego czaru.
Kebab Vimesa znieruchomiał w drodze do ust, kapiąc mu tłuszczem na nogi. Angua gwałtownie otworzyła oczy i ze zgrozą popatrzyła na niebo.
— Powiedziałem, że zdejmę suknię i zacznę krzyczeć, sir, jeśli nie da mi czegoś do żarcia.
— Mnie by to przeraziło na śmierć — przyznał Vimes.
Zauważył, że Angua znów zaczęła oddychać.
— Tak. Myślę, że jakbym tak dobrze rozegrał swoje karty, mógłbym zostać jedną z tych fatalnych femów. Wystarczy mi mrugnąć na mężczyznę, a przebiegnie całą milę. Coś takiego może się przydać.
— Mówiłem mu, że może się z powrotem przebrać w mundur, ale powiedział, że tak mu wygodniej — szepnął komendantowi Colon. — Prawdę mówiąc, zaczynam się trochę martwić.
Nie poradzę sobie z tym, pomyślał Vimes. Nie ma tego w regulaminie.
— Eee… jak by to wytłumaczyć… — zaczął.
— Nie życzę sobie żadnych tam i-synu-akcji — zaznaczył Nobby. — Czasem dobrze jest przejść milę w cudzych butach. O to mi tylko chodzi.
— No, dopóki to tylko bu…
— Uzyskałem połączenie z łagodniejszą stroną mojej osoby, jasne? Poznałem punkt widzenia innego człowieka, nawet jeśli to kobieta.
Przyjrzał się ich twarzom i zamachał rękami.
— Dobrze już, dobrze. Włożę swój mundur, jak tylko posprzątam w obozie. Zadowoleni?
— Coś tu ładnie pachnie!
Podbiegł Marchewa, kozłując piłką. Był nagi do pasa, gwizdek podskakiwał mu na piersi.
— Ogłosiłem przerwę — wyjaśnił, siadając. — I posłałem paru chłopców do Gebry po cztery tysiące pomarańczy. Niedługo połączone orkiestry regimentów Ankh-Morpork zaprezentują musztrę paradną, grając przy tym najlepsze wojskowe przeboje.
— Czy kiedyś ćwiczyli musztrę paradną? — zainteresowała się Angua.
— Chyba nie.
— Więc powinno być ciekawie.
— Marchewa — odezwał się Vimes. — Nie chcę pchać nosa w twoje sprawy, ale gdzie na środku pustyni znalazłeś piłkę?
A głos w głębi jego umysłu powtarzał: Słyszałeś, że on zginął; słyszałeś, że wszyscy zginęli… gdzie indziej.
— Och, ostatnio noszę ją wypompowaną w swoim bagażu, sir. Taka piłka bardzo pomaga w utrzymaniu spokoju. Dobrze się pan czuje, sir?
— Co? A tak. Tylko trochę… zmęczony. No więc kto wygrywa? — Vimes poklepał się po kieszeniach i znalazł ostatnie cygaro.
— Ogólnie mówiąc, jest remis, sir. Ale musiałem zdjąć z boiska czterystu siedemdziesięciu trzech graczy, sir. Klatch mocno wyprzedza nas w faulach, co stwierdzam z przykrością.
— Sport jako substytut wojny, tak?
Vimes pogrzebał w popiołach ogniska Nobby’ego i znalazł… Cóż, lepiej chyba myśleć o tym jak o „pustynnym węglu”. Marchewa spojrzał na niego z powagą.
— Tak, sir. Nikt nie używa broni. I zauważył pan, że klatchiańska armia robi się coraz mniejsza? Niektórzy wodzowie z dalekich części imperium zabierają stąd swoich ludzi. Mówią, że nie warto zostawać, skoro wojny i tak nie będzie. Oni chyba w ogóle nie chcieli tu przychodzić. I nie sądzę, żeby łatwo dali się namówić do powrotu.
Za nimi rozległy się krzyki — to obradujący wychodzili z namiotu. Kłócili się. Był wśród nich lord Rust. Rozejrzał się, mówiąc coś do swych towarzyszy. Po chwili zauważył Vimesa i wściekły popędził ku niemu.
— Vimes!
Vimes uniósł głowę, z dłonią w połowie drogi do cygara.
— Wygralibyśmy, wiesz przecież! — warknął Rust. — Wygralibyśmy! Ale zostaliśmy zdradzeni tuż przed zwycięstwem!
Vimes ani drgnął.
— I to jest twoja wina, Vimes! W całym Klatchu będą się z nas naśmiewać! Wiesz, jak bardzo u tych ludzi ważne jest zachowanie twarzy, a my naszą straciliśmy! Vetinari jest skończony! I ty też! Tak samo jak ta twoja głupia, skundlona i tchórzliwa straż. I co na to powiesz, Vimes? No co?
Strażnicy siedzieli nieruchomo jak posągi, czekając, aż Vimes się odezwie. Albo choćby poruszy.
— No co? Vimes? — Rust pociągnął nosem. — Co to za zapach?