Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Bogowie, honor, Ankh-Morpork [Jingo - pl]
Bogowie, honor, Ankh-Morpork [Jingo - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Bogowie, honor, Ankh-Morpork [Jingo - pl]

Электронная книга - «Bogowie, honor, Ankh-Morpork [Jingo - pl]». Краткое содержание книги:

Coś nowego pojawiło się między starożytnymi miastami Ankh-Morpork i Al-Khali. Dosłownie. To wyspa, wynurzająca się z dna Okrągłego Morza Dysku. Ponieważ jest niezamieszkana i oba miasta roszczą sobie do niej prawa, komendant Vimes ze swymi wiernymi strażnikami staje wobec zbrodni tak wielkiej, że żadne prawa jej nie obejmują.
1 ... 71 72 73 74 75 76 77 78 79 ... 87
Перейти на страницу:

— Nie widziałem tego przed chwilą, prawda? — upewnił się Ahmed. — Nie widziałem, jak przemawia tonem nauczycielki do Hashela, o którym przypadkiem wiem, że kiedyś tak mocno uderzył człowieka, aż nos tamtego skończył w uchu?

— Owszem, widział pan — zapewniła go Angua. — A teraz proszę ich obserwować.

Kiedy pozostali znowu patrzyli na Marchewę, byli walczący spojrzeli na siebie jak nieszczęśnicy, którzy obaj przeżyli chrzest ognistego zawstydzenia.

Szeregowy Bourke dyskretnie poczęstował Hashela papierosem.

— To działa tylko wtedy, kiedy on jest w pobliżu — dodała Angua. — Ale działa.

I oby nadal działało, modlił się Vimes.

Marchewa podszedł do klęczącego wielbłąda i wspiął się na siodło.

— To przecież Wredny Szwagier Szakala! — powiedział Ahmed. — Wielbłąd Jabbara! Gryzie każdego, kto próbuje go dosiąść!

— Tak, ale to jest Marchewa.

— Gryzie nawet Jabbara!

— A zauważył pan, jak on potrafi dosiadać wielbłąda? — spytał Vimes. — Jak nosi burnus? On tu pasuje. Ten chłopak wychował się w krasnoludziej kopalni. Miesiąc zajęło mu poznanie mojego przeklętego miasta lepiej ode mnie!

Wielbłąd powstał. Teraz sztandar, pomyślał Vimes. Dajcie mu sztandar. Kiedy się rusza na wojnę, sztandar jest konieczny.

Jakby na rozkaz, funkcjonariusz Shoe wręczył kapitanowi lancę ze ściśle zwiniętą na drzewcu tkaniną. Był wyraźnie dumny z siebie. Uszył ten sztandar w wielkiej tajemnicy pół godziny temu. To jedna z zalet zombi w oddziale — zawsze jest ktoś, kto ma igłę z nitką.

Ale jeszcze go nie rozwijaj, instruował w myślach Vimes. Niech go jeszcze nie widzą. Wystarczy im świadomość, że maszerują pod sztandarem.

Marchewa machnął lancą.

— I obiecuję wam jedno! — zawołał. — Jeśli nam się uda, nikt nie będzie o tym pamiętał. Jeśli zawiedziemy, nigdy nie zapomną!

To chyba jeden z najgorszych okrzyków bojowych, uznał Vimes, od czasów słynnego „Dajmy wszyscy poderżnąć sobie gardła, chłopcy!” generała Pidleya. I po raz kolejny doszedł do wniosku, że gdzieś głęboko w kościach musi tu działać magia. Ludzie szli za Marchewą z ciekawości.

— No dobrze, chyba ma pan już armię — przyznał Ahmed. — Co teraz?

— Jestem policjantem. Pan również. Ma być popełniona zbrodnia. Wskakuj na siodło, Ahmedzie.

Ahmed skłonił się nisko.

— Jestem szczęśliwy, że będzie mną dowodził biały oficer, offendi.

— Nie chciałem przecież…

— Czy kierował pan kiedyś wielbłądem, sir Samuelu?

— Nie!

— Hm… — Ahmed uśmiechnął się lekko. — Trzeba go szturchnąć, żeby ruszył. A kiedy zechce się pan zatrzymać, należy uderzyć go kijem bardzo mocno i krzyknąć „Huthuthut!”.

— Wali się go kijem, żeby stanął?

— A jest inny sposób? — zdziwił się 71-godzinny Ahmed.

Jego wielbłąd przyjrzał się Vimesowi, po czym splunął mu w oko.

Książę Cadram i jego generałowie z siodeł obserwowali oddalone szyki nieprzyjaciela. Przed Gebrą zebrały się liczne klatchiańskie armie. W porównaniu z nimi regimenty Ankh-Morpork wyglądały jak grupa turystów, która spóźniła się na swój środek transportu.

— I to wszystko? — upewnił się książę.

— Tak, sire — potwierdził generał Ashal. — Ale widzisz, oni wierzą, że fortuna sprzyja odważnym.

— I to jest powód, by wysłać w pole taką godną pogardy małą armię?

— Oni uważają, sire, że odwrócimy się i uciekniemy, gdy tylko posmakujemy zimnej stali.

Książę spojrzał ku dalekim chorągwiom.

— Dlaczego?

— Trudno powiedzieć, sire. Wydaje się, że to dla nich element wiary.

— Dziwne. — Książę odwrócił się do swych gwardzistów. — Podajcie mi jakąś zimną stal.

Po krótkiej i pospiesznej dyskusji wręczono mu miecz — bardzo ostrożnie, rękojeścią do przodu. Książę przyjrzał mu się, a potem z demonstracyjną starannością polizał. Żołnierze wybuchnęli śmiechem.

— Nie — stwierdził w końcu. — Nie; muszę powiedzieć, że w najmniejszym stopniu nie czuję się zalękniony. Czy ta klinga jest dostatecznie zimna?

— Lord Rust prawdopodobnie użył metafory, sire.

— No tak. Należy do takich, co używają. Cóż, jedźmy zatem i spotkajmy się z nim. Musimy przecież być cywilizowani.

Popędził konia. Generałowie ruszyli za nim.

Po chwili książę nachylił się do Ashala.

— A dlaczego właściwie mamy z nim rozmawiać, zanim zacznie się bitwa?

— To… To gest dobrej woli, sire. Wojownicy powinni okazywać sobie wzajemnie szacunek.

— Przecież ten człowiek jest absolutnie niekompetentny!

— Istotnie, sire.

— I mamy za chwilę rzucić przeciwko sobie tysiące naszych rodaków, tak?

— Istotnie, sire.

— Więc co ten maniak chce zrobić? Powiedzieć mi, że nie ma pretensji?

— Ogólnie biorąc, sire… tak. Jak rozumiem, motto jego dawnej szkoły brzmiało: „Nie jest ważne, czy zwyciężyłeś, czy przegrałeś, ale że brałeś udział”.

Książę bezgłośnie poruszył wargami, powtarzając tę maksymę.

— I wiedząc o tym — rzekł w końcu — ludzie nadal słuchają jego rozkazów?

— Tak się wydaje, sire.

Książę Cadram pokręcił głową. Możemy się wiele nauczyć od Ankh-Morpork, mawiał jego ojciec. Czasami możemy się nauczyć, czego nie robić.

Dlatego przystąpił do nauki.

Najpierw się dowiedział, że Ankh-Morpork władało niegdyś sporą częścią Klatchu. Odwiedził ruiny jednej z ich kolonii i w ten sposób odkrył imię człowieka, który był dostatecznie zuchwały, by do tego doprowadzić. Polecił agentom w Ankh-Morpork dowiedzieć się o nim jak najwięcej.

Nazywał się generał Tacticus. Książę Cadram czytał dużo, pamiętał wszystko, a „taktyka” okazała się bardzo, bardzo użyteczna przy poszerzaniu jego imperium. Oczywiście, samo w sobie prowadziło to do pewnych trudności. Miał granicę, przez którą przechodzili bandyci. Wysyłał więc żołnierzy, by pozbyć się bandytów, ale by całkiem ich zdeptać, trzeba było podbić ich kraj — i wkrótce potem musiał rządzić kolejnym niespokojnym państewkiem wasalnym. Teraz ono miało granicę, przez którą napadali — to pewne jak wschód słońca — całkiem nowi zbóje. A więc nowi poddani — podatnicy — żądali ochrony przed braćmi-bandytami, zaniedbywali płacenie podatków i w dodatku dorabiali sobie na boku drobnymi napadami. Znowu więc trzeba było posyłać tam wojska, czy tego chciał, czy nie…

Westchnął. Dla poważnego budowniczego imperium nie istnieje coś takiego jak ostateczna granica. Istnieją tylko kolejne problemy. Gdyby tylko ludzie zechcieli to zrozumieć…

Nie istniało także coś takiego jak gra wojenna. Generał Tacticus wiedział o tym. Poznaj swojego przeciwnika, tak, szanuj jego zdolności, jeśli je ma, oczywiście. Ale nie udawaj, że po wszystkim pójdziecie razem na drinka i będziecie analizować bitwę szturm po szturmie.

— Może jest szalony, sire — ciągnął generał.

— To świetnie.

— Jednakże doniesiono mi, że niedawno wypowiedział się o Klatchianach jako najlepszych żołnierzach świata, sire.

— Naprawdę?

— I dodał: „kiedy dowodzą nimi biali oficerowie”.

— Ach…

— Zaprosiliśmy go na śniadanie, sire. Odmowa z jego strony byłaby wyjątkowo nieuprzejma.

— Cóż za znakomity pomysł. Czy mamy odpowiedni zapas baranich oczu?

— Pozwoliłem sobie nakazać kucharzom, by zaoszczędzili trochę na taką właśnie ewentualność, sire.

1 ... 71 72 73 74 75 76 77 78 79 ... 87
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)