Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Bogowie, honor, Ankh-Morpork [Jingo - pl]
Bogowie, honor, Ankh-Morpork [Jingo - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Bogowie, honor, Ankh-Morpork [Jingo - pl]

Электронная книга - «Bogowie, honor, Ankh-Morpork [Jingo - pl]». Краткое содержание книги:

Coś nowego pojawiło się między starożytnymi miastami Ankh-Morpork i Al-Khali. Dosłownie. To wyspa, wynurzająca się z dna Okrągłego Morza Dysku. Ponieważ jest niezamieszkana i oba miasta roszczą sobie do niej prawa, komendant Vimes ze swymi wiernymi strażnikami staje wobec zbrodni tak wielkiej, że żadne prawa jej nie obejmują.
1 ... 74 75 76 77 78 79 80 81 82 ... 87
Перейти на страницу:

— Sir… — Porucznik Hornett pociągnął dowódcę za rękaw. — Czy mogę prosić na słówko?

Vimes słyszał, jak szepczą do siebie, po czym młody człowiek wyszedł.

— No dobrze, wszyscy jesteśmy rozbrojeni — stwierdził Rust. — Jesteśmy „aresztowani”. Co teraz, komendancie?

— Powinienem im przeczytać ich prawa, sir — zauważył Marchewa.

— O czym ty mówisz?

— Tym ludziom na zewnątrz.

— Aha. No tak. Rzeczywiście. No to bierz się do roboty.

O bogowie, zaaresztowałem całe pole bitwy, myślał Vimes. A tego przecież robić nie wolno.

Ale ja to zrobiłem. A w Yardzie mamy tylko sześć cel. I w jednej trzymamy węgiel.

Nie można tego robić.

Czy to ta armia zaatakowała pani kraj, proszę pani? Nie, panie oficerze, tamci byli wyżsi…

A może tak: Nie jestem pewna, niech trochę pomaszerują tam i z powrotem…

Z zewnątrz dobiegał nieco stłumiony głos Marchewy.

— Czy wszyscy mnie słyszą? Panowie w tylnych szeregach? Kto mnie nie słyszy, niech podniesie… Dobrze; czy ktoś ma megafon? Jakiś karton, który mógłbym zrolować? W takim razie będę krzyczał…

— Co teraz? — spytał książę.

— Zabieram pana do Ankh-Morpork…

— Nie wydaje mi się. To byłby akt wojny.

— Kpiny sobie urządzasz z całej sprawy, Vimes! — zawołał lord Rust.

— Czyli coś jednak robię właściwie.

Vimes skinął na Ahmeda.

— Tam odpowiesz za popełnione tutaj przestępstwa, sire — zwrócił się do księcia.

— Przed jakim sądem? — spytał chłodno Cadram.

Ahmed pochylił się.

— Jaki był pański plan, od tej chwili poczynając? — spytał szeptem.

— Nigdy nie myślałem, że uda nam się dotrzeć tak daleko.

— Aha. Cóż… To było bardzo interesujące, sir Samuelu.

Książę Cadram uśmiechnął się do Vimesa.

— Może, kiedy rozważa pan swoje następne posunięcie, zechce pan napić się kawy? — Wskazał ozdobny srebrny dzbanek na stole.

— Mamy dowód — oznajmił Vimes.

Jednak czuł już, jak świat rozpada się pod nim. Kiedy pali się za sobą mosty, najważniejsze jest, by nie stać na nich, rzucając zapałkę.

— Doprawdy? Fascynujące. A komu przedstawi pan ten dowód, sir Samuelu?

— Musimy znaleźć sąd.

— Intrygujące. Może sąd w Ankh-Morpork? Czy sąd tutaj?

— Ktoś mi mówił, że świat patrzy…

Nastało milczenie. Słychać było tylko dobiegające z zewnątrz krzyki Marchewy i od czasu do czasu brzęczenie muchy.

— …bingely-bingely biip… — Głos De-terminarza utracił swe zwykłe ożywienie; wydawał się teraz senny i trochę oszołomiony.

Wszyscy odwrócili głowy.

— …Siódma… Zorganizować obronę przy Bramie Rzecznej… Siódma dwadzieścia pięć… Bezpośrednia walka przy ulicy Zapiekanki Brzoskwiniowej… Siódma czterdzieści osiem, osiem, osiem… Zmobilizować ocalałych na placu Sator… Zadania na dzisiaj: Buduj, buduj, buduj barykady…

Vimes wyczuł za sobą delikatny ruch, a potem lekki nacisk. Ahmed stanął z nim plecy w plecy.

— O czym ta rzecz mówi?

— Nie mam pojęcia. Ale brzmi jak z innego świata, prawda?

Czuł, jak wydarzenia mkną ku dalekiej ścianie. Pot ściekał mu na oczy. Nie pamiętał już, kiedy ostatni raz porządnie się wyspał. W nogach go kłuło. Ręce bolały od ciężkiej kuszy.

— …bingely… Ósma zero dwa: Śmierć kapral Tyłeczekeczek… Ósma zero trzy… Śmierć sierżanta Detrytusa… Ósma zero trzytrzytrzy i siedem sekund, sekund… Śmierć funkcjonariusza Wizytuja… Ósma zero trzy i dziedziedziedziewięć sekund… Śmierć, śmierć, śmierć…

— Podobno w Ankh-Morpork jeden z pańskich przodków zabił króla — powiedział książę. — I sam także marnie skończył.

Vimes nie słuchał.

— …Śmierć funkcjonariusza Dorfla… Ósma zero trzy i czternaścienaścienaście sekund…

Postać na tronie zdawała się przesłaniać cały świat.

— …Śmierć kapitana Marchewy Żelaznywładssona… biip…

A Vimes myślał: Niewiele brakowało, bym nie popłynął; o mało co nie zostałem w Ankh-Morpork.

Zawsze się zastanawiał, co czuł Kamienna Gęba owego mroźnego poranka, kiedy ujął topór, nie mając prawnego błogosławieństwa, ponieważ król nie uznałby sądu, nawet gdyby udało się znaleźć sędziów… Owego mroźnego poranka, kiedy szykował się do przecięcia tego, co uważali za ogniwo między ludźmi a bóstwem…

— …biip… Zadania na dzisiajajajaj: Zginąć…

Uczucie popłynęło mu w żyłach niby świeża i ciepła krew. Uczucie, które przychodzi, kiedy prawo wyczerpie swoje możliwości, a człowiek patrzy na drwiącą twarz po drugiej stronie i wie, że nie potrafi żyć dalej, jeśli nie przekroczy granicy, nie zrobi tej jednej czystej rzeczy…

Na zewnątrz rozległy się krzyki. Vimes zamrugał, strzepując z rzęs krople potu.

— Ach… komendant Vimes — odezwał się jakiś głos sprzed granicy.

Znużone oczy spoglądały wzdłuż bełtu.

— Tak?

Jakaś ręka przesunęła się szybko i wyjęła bełt z rowka. Vimes mrugnął; palec odruchowo pociągnął za spust. Brzęknęła cięciwa. A wyraz twarzy księcia Cadrama, wiedział o tym, jeszcze długo będzie go rozgrzewał w zimne noce… o ile kiedykolwiek znowu doświadczy zimnych nocy.

Słyszał, jak wszyscy giną. Ale przecież nie byli martwi. A jednak to przeklęte pudełko mówiło tak… precyzyjnie…

Lord Vetinari teatralnym gestem upuścił bełt kuszy, jak dama z towarzystwa, która musiała chwycić coś lepkiego.

— Dobra robota, Vimes. Rozumiem, że wprowadziłeś osła na szczyt minaretu. Witam panów. — Uśmiechnął się wesoło do zebranych. — Widzę, że nie przybywam za późno.

— Vetinari? — zdziwił się Rust, jakby zbudzony ze snu. — Co ty tu robisz? To przecież pole bitwy…

— Nie jestem przekonany. — Patrycjusz rzucił mu szybki, bardzo osobisty uśmieszek. — Na zewnątrz jest bardzo wielu ludzi, którzy siedzą na piasku. Wielu z nich urządziło sobie coś, co w języku wojskowym nazywa się chyba biwakiem. A kapitan Marchewa organizuje mecz piłkarski.

— Co? — Vimes opuścił kuszę.

Świat stał się na powrót realny. Jeśli Marchewa robi coś tak bzdurnego, to wszystko znów jest normalne.

— Jak dotąd bardzo wiele fauli, niestety. Ale nie nazwałbym tego polem bitwy.

— Kto prowadzi?

— Ankh-Morpork, jak się zdaje. O dwa kopnięcia w łydkę i złamany nos.

Po raz pierwszy od wieków Vimes poczuł, jak wzbiera w nim patriotyzm. Wszystko inne w życiu tkwiło w wychodku, ale jeśli idzie o szturchańce i kopniaki, wiedział, po której stronie stoi.

— Poza tym — ciągnął Vetinari — spora liczba osób jest formalnie aresztowana. Wyraźnie więc stan wojny przestał w praktyce obowiązywać. Mamy jedynie stan meczu. A zatem wydaje mi się, że… jak to określić… wracam. Proszę wybaczyć, sire, to zajmie tylko chwilę.

Podniósł metalowy cylinder i zaczął odkręcać wieko. Z jakiegoś powodu Vimes uznał, że warto odsunąć się na parę kroków.

— Co to takiego?

— Pomyślałem, że może się okazać niezbędny — mówił Vetinari. — Wymagał pewnych przygotowań, ale z pewnością poskutkuje. Mam nadzieję, że będzie czytelny. Bardzo się staraliśmy chronić go przed wilgocią.

Na ziemię wypadł gruby rulon papieru.

— Komendancie, czy nie ma pan czegoś, czym powinien się pan zająć? — dodał Patrycjusz. — Na przykład referowaniem?

Vimes podniósł papiery i przeczytał kilka linijek.

1 ... 74 75 76 77 78 79 80 81 82 ... 87
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)