Pan Lodowego Ogrodu. Tom II
- Автор: Гжендович Ярослав
- Серия: Pan Lodowego Ogrodu #2
- Язык: польский
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Pan Lodowego Ogrodu. Tom II». Краткое содержание книги:
Oprócz tego pracuje jako dziennikarz „wolny strzelec”, prowadzi stałą rubrykę naukowo-cywilizacyjną w Gazecie Polskiej i tłumaczy komiksy, głównie z serii Usagi Yojimbo i Batman.
W Fabryce Słów ukazała się Księga jesiennych demonów, jego pierwszy autorski zbiór opowiadań grozy.
Pan Lodowego Ogrodu to pierwsza powieść Jarosława Grzędowicza, w mistrzowski sposób łącząca elementy science fiction i fantasy.
Ilustracje Jan J. Marek
Znajduję miecz, oglądam wyszczerbione ostrze i wsuwam go do pochwy. Za zakrętem schylam się po swój kaganek, który odpalam zupełnie normalnie, za pomocą krzesiwa i szczypty trocin.
Droga powrotna wydaje mi się dłuższa, ale jestem zmęczony i głodny, dokładnie tak samo, jak po hiperadrenalinie. Muszę przysiadać ze dwa razy na wilgotnych kamieniach i odpoczywać.
W izbie z grubsza przywrócono ład. Pozbierano porozrzucane sprzęty, stół znowu stanął na nogach, gospodarz zaś zajął swoje tradycyjne stanowisko na karle ustawionym przed paleniskiem. Znalazł inny dzban w miejsce potłuczonego, uzupełnił zapasy piwa. Siedzi teraz i spogląda na mnie z obawą znad okucia rogu.
Wydłubuję z pasa jeszcze srebrną markę i kładę przed nim na stole. Spogląda tymi psimi oczami, w których wyczuwam obawę.
— Dobrze mnie nauczyłeś — wyjaśniam. — Zarobiłeś więc na tamte dwa gwichty. Za tę markę chcę trochę zapasów. Chleb, ser, suszoną wędzonkę, trochę piwa do manierki i jakiś nieduży kociołek. Muszę natychmiast stąd odejść.
Patrzy nieruchomo, jakby nic nie rozumiał. W końcu sięga po monetę i obraca w palcach, po czym robi gest głową w stronę spiżarni. Uznaję to za zaproszenie do samoobsługi.
Przez chwilę bobruję w komorze i znajduję wszystko, co może mi być potrzebne. Mag patrzy na mnie zupełnie obojętnie i nie protestuje, nawet kiedy pokazuję mu bukłak z piekielnie słodkim napojem podobnym do wina pachnącym jakby persymoną i daktylami.
Znajduję też coś, co przypomina prymitywny plecak, właściwie futrzany worek z doszytymi pasami. Pakuję do niego dobytek.
Przystaję jakoś tak w pół drogi do drzwi. Trochę mi łyso i sam nie wiem, dlaczego.
— Jak się nazywasz? — pytam w końcu.
— Lenn Biegnący Za Sroką.
— Dziękuję ci, Lenn. Jeśli uda mi się jakoś sprawić, żeby nie nadeszły najgorsze czasy, to stanie się tak dzięki tobie. Zabiję Czyniących albo zabiorę ich ze sobą.
Milczy przez chwilę, a potem wzrokiem wskazuje wrota do podziemi.
— Zabiłeś go? — pyta z nadzieją. Potrząsam głową ze wstydem. Jest mi głupio.
— Nie potrafiłbym. Jest zbyt potężny, nawet kiedy śpi. Pokazał mi się jako mój wróg i nie zdołałem go pokonać ani mieczem, ani pieśnią bogów.
— Więc dlaczego sądzisz, że zdołasz zabić tamtych? Troczę sajdak do plecaka, zakładam płaszcz. Milcząc, zarzucam ciężki tobół.
— Jak ci na imię?
— Ulf Nocny Wędrowiec — odpowiadam.
— Znajdź drogę, Ulfie.
— Najwyższy na to czas. Idę. Myślę, że już niedługo ty i twój syn będziecie wolni.
Kręci powoli głową i wypija łyk. A potem siedzi tylko i bawi się pod stołem rzemieniem, na którym przedtem wisiała podkowa.
— On nigdy nie wejdzie pomiędzy bogów. Kiedy byłeś tam w środku, pomyślałem, że zabiorę syna i odejdę. Wówczas zostawiłby sobie ciebie. Ale wtedy drzwi się zamknęły, chociaż były wyłamane. On chce inaczej. Mimo to tak myślę, że niedługo będziemy wolni.
Wychodzę i bardzo cicho zamykam za sobą drzwi.
Jest mglisty dzień, powietrze pruje piskliwy trel polującego sokoła. Wracam na szlak, mijam palisadę menhirów i wchodzę w las, nie oglądając się za siebie.
Nie odchodzę daleko, bo padam ze zmęczenia. Znajduję dobrze osłonięte miejsce i drżącymi rękoma rozplatam rzemienie tobołka, a potem pochłaniam kawałek chleba, wędzony ser i coś w rodzaju kiełbasy. Szkoda mi czasu na krojenie kawałków, po prostu odrywam je zębami jak zwierzę. Piwo cieknie mi po brodzie, ledwo pamiętam, by żuć to, co mam w ustach. A potem nie mam nawet siły, żeby uprzątnąć resztki. Po prostu wczołguję się pod liście pierzastej paproci i owijam płaszczem, by zapaść w sen podobny do letargu.
Najbardziej lubię te momenty, kiedy po prostu wędruję. Marsz daje mi rzadko spotykane na Ziemi poczucie wolności. Jest w tym coś pierwotnego, co zamieszkuje obszary mózgu przeznaczone dla zamierzchłych instynktów, sprzed epoki przepisów, opiekuńczych procedur i instytucji kontrolnych. Oto człowiek wędruje przed siebie. Idzie, gdzie chce, śpi tam, gdzie dopadnie go noc. Całe życie zaczyna się ograniczać do teraźniejszości, całe planowanie do jednej doby. Trzeba przeżyć noc, wiedzieć, co zje się jutro i dokąd się udać. Wszystko, co dalej, to już abstrakcje bez większej wartości praktycznej.
Zatem idę. Przez dziewiczy las pokrywający góry. Omijam bardziej wydeptane trakty, korzystam z wąskich ścieżek, czasem najwyraźniej użytkowanych przez zwierzęta, z górskich potoków, gdzie można wędrować żwirowym brzegiem lub skakać po kamieniach. Czasem przedzieram się na przełaj przez las.
Mam cel. Chcę wrócić do Ziemi Ognia. Mam tam przyjaciół, mam konia i sprzęt. Idzie zima.
Czas, który przesiedzę przy kominie w dworzyszczu młodego Atleifa albo w gródku u Grunaldiego.
Czas planowania. Knucia. Zbierania sił.
Teraz bowiem muszę przeistoczyć się w asasyna. Skrytobójcę.
Wędruję.
Cały czas z ponurym cieniem w duszy.
Nie mogę zapomnieć nieszczęsnego maga zostawionego w chacie podobnej do grzyba, w towarzystwie syna-potwora. Nie mogę zapomnieć zasuszonej mumii siedzącej na obracającym się kamieniu.
Mój sojusznik. Mój nauczyciel i doradca. Nikt do tej pory nie powiedział mi tylu pożytecznych rzeczy co on.
Nie mogę sobie darować, że go nie zabiłem.
Był zły. Pewnie równie zły jak van Dyken. Różniło go jedynie to, że usiłował powstrzymać się od działania, którym tamten się upajał.
Powtarzam sobie jeszcze raz: „zły".
Oto znalazłem się w świecie, w którym mają znaczenie właśnie takie opresywne, wartościujące, przedpotopowe kategorie. Tam, stąd pochodzę, za publiczne posłużenie się taką oceną jeszcze do niedawna można było stanąć przed sądem.
Tutaj natomiast to pojęcia zupełnie naturalne. Niemal techniczne. Zło. Dobro. Ot tak, po prostu.
Tu nie można zakreślić rubryki „nie wiem" albo „nie mam zdania". Tu świat ma dwa ostrza, jak włócznia Hatrun. Życie i śmierć. Zło i dobro. Podłość i szlachetność. Nie ma: „nie wiem". Nie ma na to czasu. Wybierasz albo rękojeść, albo głownię. Relatywizmu moralnego brak. Rękojeść w dłoni albo ostrze w brzuchu. Brak miejsca dla Piłatów z Pontu. Tutaj decyzje podejmuje się w ułamku sekundy i raz na zawsze. Ręce można umyć ewentualnie potem. Z krwi.
Dlatego nie mogę sobie darować, że go nie zabiłem.
To prawda, że pewno bym nie zdołał. Ale nawet nie spróbowałem.
Zasłoniłem się swoją misją. Moją przenajświętszą misją i jej abstrakcyjnymi regułami wykoncypowanymi pod słońcem, które tutaj nie zasługuje nawet na to, by być zjawiskiem astronomicznym. Bezimienna iskra wśród gwiezdnego pyłu. Zasłoniłem się jak tchórz regułami, które nie są z tego świata. Regułami hipokrytów, dla których kij ma dziesięć końców i wszystko jest względne, więc każde zdecydowane działanie jest zbrodnią. Oznacza, że zaczynamy różnicować. Posługiwać się pojęciami absolutystycznymi. A od tego tylko krok do wydawania ocen moralnych. A przecież wiadomo, że to skończy się inkwizycją. Lepiej więc odwrócić się plecami. Nie widzieć zła.
Odwróciłem się plecami i odszedłem. Bo nie miało związku z misją.
Nie musiałem stawać do bezpośredniej konfrontacji. Zaklęcie jest niczym program. Wystarczyło zakończyć inaczej ciąg komend, który ściągnął do komory metan. Niechby działał dalej. Niechby zbierał gaz pod stropem, aż do momentu kiedy osiągnie odpowiednie stężenie i opadnie do płonących na podłodze kaganków. Tak to powinno działać. Zaczynam się uczyć.
Zaczynam myśleć jak skrytobójca.