Hiob: Komedia sprawiedliwości [Job: A Comedy of Justice - pl]
- Автор: Хайнлайн Роберт Энсон
- Год: 1992
- Язык: польский
- Год: Rebis
- ISBN: 83-05202-43-9
- Переводчик: Michal Jakuszewski
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Hiob: Komedia sprawiedliwości [Job: A Comedy of Justice - pl]». Краткое содержание книги:
Nie ma tu biblioteki publicznej.
A nawet jedna bibliotekarka informacyjna, która potrafiłaby odpowiedzieć na wszelkie pytania, ważkie i nieistotne, byłaby w niebie bardziej przydatna niż kolejna kohorta aroganckich aniołów. W niebie należałoby zatrudnić wiele takich pań, gdyż pełnienie obowiązków takiej bibliotekarki w Mieście Świętym wymagałoby usposobienia świętego i cierpliwości Hioba. Aby jednak mogły one uprawiać tu swój zawód, potrzebne by im były książki, katalogi czy np. karty biblioteczne. Gdyby dano im szansę, jestem pewien, że potrafiłyby sporządzić katalog książek, skąd jednak wziąć same książki? W niebie najwyraźniej nie funkcjonuje przemysł wydawniczy.
W niebie nie ma żadnego przemysłu. W niebie nie ma gospodarki. Gdy Jehowa zarządził, po wygnaniu z raju, że my — potomkowie Adama — musimy zdobywać swój chleb w pocie czoła, stworzył podstawy ekonomii, które funkcjonowały następnie przez około sześć tysięcy lat.
Ale tak było na Ziemi!
W niebie nie musimy się trudzić w pocie czoła, by spożywać chleb powszedni. W gruncie rzeczy w niebie nie potrzebujemy wcale chleba powszedniego. Nie można tu umrzeć z głodu. Nie można nawet go naprawdę poczuć — najwyżej do tego stopnia, żeby jedzenie sprawiało ci przyjemność, jeśli pragniesz się rozerwać wstępując do jednej z licznych restauracji, jadłodajni czy pizzerni. Najlepszy hamburger, jaki jadłem w życiu, spożyłem w małym lokalu przy Placu Targowym na brzegach rzeki. Wybiegam jednak w swej relacji naprzód.
Kolejną wadę, moim zdaniem nie tak poważną, lecz również dokuczliwą, stanowi brak ogrodów. Nie ma ich wcale, jeśli nie liczyć Gaju Drzewa Życia nad rzeką w pobliżu tronu oraz nielicznych, bardzo nielicznych, ogrodów prywatnych rozsianych tu i ówdzie. Myślę, że wiem, dlaczego tak jest, i jeśli mam rację, czas temu zaradzić. Zanim dotarliśmy do nieba (uniesieni w zachwyceniu i zmartwychwstali zmarli w Chrystusie), mieszkańcami Miasta Świętego były niemal wyłącznie anioły, oprócz miliona męczenników za wiarę, dzieci Izraela tak świętych, że udało im się tu dostać, mimo że nie poznały osobiście Chrystusa, (a więc głównie sprzed roku 30) oraz pewna grupa ludzi z nieoświeconych krajów — cnotliwych dusz, które nawet nie słyszały o Chrystusie.
Tak więc dziewięćdziesiąt dziewięć procent mieszkańców Miasta Świętego stanowiły anioły.
Anioły nie sprawiają wrażenia zainteresowanych ogrodnictwem. To się nawet zgadza. Nie wyobrażam sobie anioła, który (która) opadłby na kolana, aby osadzić dobrze roślinę w ziemi. Nie są one po prostu istotami lubiącymi brudzić sobie ręce, co stanowi konieczność, by wyhodować konkursowe róże.
Teraz, gdy ludzi jest przynajmniej dziesięć razy więcej niż aniołów, myślę, że wkrótce pojawią się ogrody, a wraz z nimi wykłady na temat pielęgnacji gleby i temu podobne — cały niekończący się rytuał zapalonych ogrodników. Teraz ludzie będą mieli na to dosyć czasu.
Większość ludzi w niebie zajmuje się tym, na co ma ochotę, choć nikt ich do tego nie zmusza. Ta sympatyczna kobieta (Suzanne), która pragnęła, abym ją pobłogosławił, zajmowała się we Flandrii wyrabianiem koronek. Teraz uczy tego w szkole otwartej dla wszystkich zainteresowanych. Odniosłem silne wrażenie, iż dla większości ludzi podstawowym problemem związanym z wieczną szczęśliwością jest kwestia zabicia czasu. (Pytanie: czy coś może się kryć w koncepcji reinkarnacji, tak często spotykanej w innych religiach, lecz tak zdecydowanie odrzucanej przez chrześcijaństwo? Czy zbawiona dusza może z czasem otrzymać nagrodę polegającą na skierowaniu jej z powrotem tam, gdzie coś się dzieje? Jeśli nie na Ziemię, to może gdzie indziej? Muszę dostać w swe ręce Biblię i przeprowadzić badania. Ku mojemu totalnemu zdziwieniu w niebie nadzwyczaj trudno jest znaleźć Biblię.)
Budka informacyjna znajdowała się dokładnie nad brzegiem Rzeki Wody Życia, która wypływa spod tronu Bożego i przepływa przez Gaj Drzewa Życia. Tron wznosi się w górę z samego środka gaju, jednak znajdując się tak blisko podstawy, nie sposób widzieć go dokładnie. To tak, jakby spoglądać na najwyższy drapacz w Nowym Jorku, stojąc na chodniku tuż przy nim. A nawet jeszcze bardziej. Rzecz jasna, nie można dostrzec twarzy Boga. Patrzy się tysiąc czterysta czterdzieści łokci pionowo w górę. Widzi się jedynie blask… i czuje obecność Ducha Bożego. Budka informacyjna była tak zatłoczona, jak zapowiedział to spotkany przeze mnie cherubin. Pytający nie stali w kolejce, lecz tłoczyli się wokół. Było ich około stu. Spojrzałem na ten tłum, zadając sobie pytanie, ile czasu upłynie, zanim się dopcham do celu. Czy było możliwe dokonanie tego inaczej niż za pomocą najbardziej brutalnych i chamskich metod — nadeptywania na odciski, rozpychania się łokciami i innych podobnych rzeczy, które sprawiają, że domy towarowe wydają się mężczyznom tak mało pociągające?
Stanąłem z tyłu i spojrzałem na ten tłum, usiłując wymyślić jakiś sposób na poradzenie sobie z nim. A może istniała jakaś inna metoda odnalezienia Margrethe, bez potrzeby nadeptywania na odciski.
Stałem tam nadal, gdy podszedł do mnie cherubin z napisem „PERSONEL”.
— Święty, czy pragniesz się dostać do budki informacyjnej?
— Jasne, że tak!
— Chodź ze mną! Trzymaj się blisko!
Miał ze sobą długą pałkę, podobną do tych, jakich używa policja do rozpędzania demonstracji.
— Przejście! Przejście dla świętego! Rozejść się natychmiast!
W jednej chwili znalazłem się za kontuarem budki informacyjnej. Nie sądzę, żeby ktokolwiek odniósł obrażenia, jeśli nie liczyć urażonych uczuć. Jestem przeciwny podobnemu postępowaniu. Uważam, że wszyscy powinni być traktowani równo. Ale tam, gdzie zasadą jest UZOR, bez porównania lepiej jest być choćby i kapralem niż szeregowcem.
Zwróciłem się w stronę cherubina, aby mu podziękować, lecz zdążył już zniknąć.
— Czego sobie życzysz, święty? — Usłyszałem głos. Anioł stojący za kontuarem spojrzał na mnie z góry.
Wyjaśniłem mu, że pragnę odszukać swoją żonę. Zabębnił palcami po blacie.
— Z reguły nie świadczymy podobnych usług. Jest taka spółdzielnia prowadzona przez stworzenia, pod nazwą „Znajdź swych przyjaciół i ukochanych”, która się tym zajmuje.
— Gdzie się ona mieści?
— W pobliżu Bramy Asera.
— Co? Przed chwilą stamtąd przyjechałem. Przez tę bramę dostałem się do nieba.
— Trzeba było spytać anioła, który cię rejestrował. Przybyłeś niedawno?
— Całkiem niedawno. Zostałem uniesiony w zachwyceniu. Pytałem anioła, ale mnie spławił. Kazał mi on, ona… hmm… ten anioł udać się tutaj.
— Hmm. Pokaż mi swoje papiery!
Pokazałem mu je. Anioł przejrzał je powoli i uważnie, po czym zawołał drugiego, który przerwał pracę, aby się im przyjrzeć.
— Tirl! Popatrz na to!
Z kolei drugi anioł przejrzał moje dokumenty, skinął głową z zamyśloną miną, odłożył papiery i spojrzał na mnie, potrząsając smutno głową.
— Czy coś nie gra? — zapytałem.
— Nie, święty. Miałeś po prostu pecha zostać obsłużonym, jeśli można użyć tego słowa, przez anioła, który nie pomógłby nawet najbliższemu przyjacielowi, gdyby miał jakichkolwiek przyjaciół. Dziwi mnie jednak, że ona obeszła się w ten sposób ze świętym.
— Nie miałem jeszcze wtedy tej aureoli.
— To wyjaśnia sprawę. Pobrałeś ją później?
— Nie pobrałem jej. Pojawiła się w cudowny sposób podczas podróży od Bramy Asera.