Hiob: Komedia sprawiedliwości [Job: A Comedy of Justice - pl]
- Автор: Хайнлайн Роберт Энсон
- Год: 1992
- Язык: польский
- Год: Rebis
- ISBN: 83-05202-43-9
- Переводчик: Michal Jakuszewski
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Hiob: Komedia sprawiedliwości [Job: A Comedy of Justice - pl]». Краткое содержание книги:
Zakonnica zerwała się szybko z miejsca i spojrzała na mnie, wykonując swój dziwaczny dyg.
— Witaj, święty Aleksandrze! To dla nas wielki zaszczyt. Święty Piotr zaraz przyjdzie. Zechce pan usiąść? Czego się pan napije? Szklankę wina? Coca-colę?
— A wiesz, chętnie bym się napił coca-coli. Nie miałem jej w ustach od czasu, gdy byłem na Ziemi.
— Coca-cola? Już się robi. — Uśmiechnęła się. — Powiem panu w sekrecie. To jedyny nałóg świętego Piotra. Dlatego zawsze mamy tu zimną coca-colę.
Nad jej biurkiem rozległ się dobiegający znikąd głos — mocny, dźwięczny baryton takiego typu, jaki charakteryzuje dobrych kaznodziejów — podobny do głosu „Bible” Barnaby’ego, niech jego imię będzie błogosławione.
— Słyszałem wszystko, Charlie. Niech wypije tę colę ze mną. Jestem teraz wolny.
— Czy znowu pan podsłuchiwał, szefie?
— Nie twój interes, mała! Przynieś też jedną dla mnie!
Gdy wpuszczono mnie do środka, święty Piotr podchodził już do drzwi z wyciągniętą ręką. Jak mnie uczono na historii kościoła, sądzi się, że miał on około dziewięćdziesięciu lat, gdy umarł, czy też, gdy został stracony (ukrzyżowany?) przez Rzymian, o ile rzeczywiście tak było. Kapłaństwo zawsze było niebezpiecznym zajęciem, lecz w czasach Piotra było równie ryzykowne jak zawód sierżanta „marines”.
Ten człowiek wyglądał na silnego i dobrze zachowanego sześćdziesięcio- najwyżej — siedemdziesięciolatka. Widać było, że większą część życia przebywał na powietrzu. Miał trwałą opaleniznę i blizny wywołane przez światło słońca. Jego włosy i broda były długie. Wyglądały, jakby nigdy ich nie strzygł. Gdzieniegdzie przetykały je nitki szarości, lecz nie bieli. Ponadto (ku mojemu zdziwieniu) wydawało się, że był niegdyś rudy. Był dobrze umięśniony. Ramiona miał szerokie, a ręce, jak stwierdziłem, gdy uścisnął mi dłoń, stwardniałe.
Ubrany był w sandały i brązowy płaszcz z surowej wełny. Na głowie miał aureolę taką samą jak ja, oraz maluchną czapeczkę spoczywającą w samym środku jego wspaniałego owłosienia.
Spodobał mi się na pierwszy rzut oka.
Zaprowadził mnie do wygodnego krzesła stojącego przy jego biurku i zaprosił, ażebym spoczął, zanim sam usiadł. Siostra Marie Charles przyszła natychmiast, niosąc na tacce dwie cole w znajomych butelkach i nie tak znajome (nie widziałem ich od lat) szklanki do coca-coli z przykrywkami w kształcie tulipana i ze znakiem firmowym. Zastanawiałem się przez chwilę, kto miał koncesję na niebo i jak załatwiano tu podobne sprawy.
— Dziękuję, Charlie — powiedział. — Odbieraj za mnie telefony!
— Na szaro?
— Nie wygłupiaj się! No, jazda!
Zwrócił się do mnie:
— Aleksandrze, staram się przywitać osobiście każdego nowo przybyłego świętego. Musiałem cię jednak przeoczyć z jakiegoś powodu.
— Przybyłem w samym środku tłumu, święty Piotrze. W ciżbie tych wszystkich z zachwycenia. I nie tędy, lecz przez Bramę Asera.
— To wszystko tłumaczy. To był ciężki dzień. Wciąż jeszcze nie wyszliśmy na prostą. Mimo to święty powinien zostać doprowadzony do bramy głównej… przez dwadzieścia cztery anioły z dwoma trąbami. Będę musiał tego dopilnować.
— Szczerze mówiąc, święty Piotrze — wypaliłem — nie sądzę, żebym był świętym. Nie mogę jednak pozbyć się tej fikuśnej aureoli.
Święty Piotr potrząsnął głową:
— Jesteś nim bez dwóch zdań. Nie pozwól, żeby dręczyły cię co do tego wątpliwości. Nikt nigdy nie wie, że jest świętym. Każdemu trzeba o tym napomknąć. W tym tkwi paradoks świętości, że ten, który uważa się za świętego, nigdy nim nie jest. Po prawdzie, gdy po przybyciu moim tutaj wręczono mi klucze i powiedziano, że mam tu rządzić, nie uwierzyłem. Myślałem, że Pan kpi sobie ze mnie w rewanżu za kilka numerów, które mu wyciąłem w czasach, gdy pałętaliśmy się wokół Morza Galilejskiego. Ale nie! On naprawdę mi to zrobił. Rabbi Szymon bar Jona, stary rybak, zniknął, i odtąd jestem świętym Piotrem. Tak samo ty jesteś świętym Aleksandrem, czy chcesz tego, czy nie. Z czasem ci się to spodoba.
Dotknął ręką grubej teczki leżącej na biurku.
— Przeczytałem twoje akta. Nie ma wątpliwości co do twojej świętości. Gdy już je przejrzałem, przypomniałem sobie twój proces. Tomasz z Akwinu wystąpił jako „advocatus diaboli”. Po procesie podszedł do mnie i przyznał, że jego atak był tylko pro forma, i że nigdy nie miał żadnych wątpliwości, iż zasługujesz na ten tytuł. Powiedz mi, czy przy tym pierwszym cudzie, próbie ognia, twoja wiara choć na chwilę cię opuściła?
— Chyba tak. Kiedy to zrobił mi się pęcherz.
Święty Piotr żachnął się:
— Tylko jeden pęcherz! I ty sądzisz, że nie powinieneś być świętym! Synu, gdyby święta Joanna miała taką wiarę jak ty, ugasiłaby ten ogień, w którym ją umęczono. Słyszałem o…
— Przybyła żona świętego Aleksandra — oznajmił głos siostry Marie Charles.
— Wprowadź ją! Później ci o tym opowiem — powiedział do mnie.
Niemal go nie słyszałem. Serce mi waliło z wrażenia.
Drzwi otworzyły się i do pokoju weszła Abigail.
Nie wiem, jak opisać kilka następnych minut. Potworne rozczarowanie połączone z zakłopotaniem będzie chyba najlepszym określeniem.
Abigail spojrzała na mnie i powiedziała surowym głosem:
— Alexander, dlaczego, na Boga, nosisz tę niedorzeczną aureolę? Zdejmij ją natychmiast!
Święty Piotr zagrzmiał:
— Córko, nie jesteś może „u Boga”, zawsze jednak w moim prywatnym gabinecie. Zabraniam ci mówić do świętego Aleksandra w ten sposób.
Abigail zwróciła wzrok w jego stronę i pociągnęła nosem:
— Jego nazywasz świętym? Czy twoja matka nie uczyła cię, że jak się rozmawia z damą, to trzeba wstać? Czy może świętych takie drobiazgi nie obowiązują?
— Wstaję tylko wtedy, kiedy rozmawiam z damą. Córko, masz się do mnie zwracać z szacunkiem. Również do twojego męża będziesz się zwracać z szacunkiem, jaki żona jest winna mężowi.
— On nie jest moim mężem!
— Słucham? — Święty Piotr spojrzał na mnie, potem z powrotem na nią. — Jak to możliwe?
— Jezus powiedział: „Gdy powstaną z martwych, nie będą się żenić, ani za mąż wychodzić, ale będą jak aniołowie w niebie”. Proszę bardzo! To samo powtórzył u Marka. Dwanaście, dwadzieścia.
— Tak — zgodził się święty Piotr. — Sam to słyszałem. Powiedział to saduceuszom. Zgodnie z tym prawem nie jesteś już jego żoną.
— Tak jest! Alleluja! Całe lata czekałam, żeby się uwolnić od tego żłoba, nie popełniając grzechu!
— Nie jestem pewien tego ostatniego. Niemniej fakt, że nie jesteś już jego żoną, nie zwalnia cię z obowiązku uprzejmego odnoszenia się do mężczyzny, który był niegdyś twoim mężem. — Piotr ponownie zwrócił się w moją stronę. — Czy chcesz, żeby tu została?
— Ja? Nie, nie! Zaszła pomyłka.
— Na to wygląda. Córko, możesz odejść!
— Chwileczkę! Skoro przebyłam taki szmat drogi, skorzystam z okazji, żeby powiedzieć kilka rzeczy! To skandaliczne zachowanie, które tu zaobserwowałam! Bez najmniejszego poczucia przyzwoitości…
— Córko, kazałem ci odejść. Czy wyjdziesz na własnych nogach, czy też mam wezwać dwóch krzepkich aniołów, żeby cię stąd wyrzucili?